Prawa autorskie

Wszystkie teksty publikowane na tym blogu są mojego autorstwa. Jeśli jest inaczej, wtedy zaznaczam, że jest to cytat. Kopiowanie i rozpowszechnianie treści tej witryny bez mojej zgody jest niezgodne z prawem.

[Dz.U. z 1994 r. nr24, poz. 83]

wtorek, 5 kwietnia 2011

Filozofia bloga

   Należą się Wam, drodzy Czytelnicy, wyjaśnienia. Wiem wiem, zaniedbuję Was haniebnie, dostałam z tego tytułu już ochrzan od co niektórych [tu szczególny ukłon w stronę Kasi, jedynej osoby z czasów licealnych, z którą utrzymuję kontakt i to wcale nie dlatego, że los rzucił nas do jednego miasta - otóż ta wyjątkowa dziewoja poskarżyła się, że z powodu ciszy w sieci... nie ma biedna co czytać w pracy :)].
   Zgodnie z założeniami niniejszego bloga poruszana w nim tematyka w lwiej części ma dotyczyć spraw związanych ze szkołą - w końcu autorka na wstępie oświadcza, że "jest młodą nauczycielką". Zostawiam sobie jednakże furtkę i czasami zamieszczam posty omawiające bieżące kwestie społeczne, czy nawet polityczne. Ale na tym - zgodnie z moją "filozofią bloga" - repertuar tematów powinien się zakończyć. Dlaczego? Otóż w moim przekonaniu jeśli sklasyfikować blog jako gatunek literacki, to żadną miarą nie jest on "sieciowym" ekwiwalentem pamiętnika, a to z tej przyczyny, że Internet w założeniu jest przestrzenią publiczną. Owszem, zapewnia w jakimś stopniu anonimowość, ale jest ona bardzo krucha, bo istnieje wiele sposobów, żeby kogoś w sieci namierzyć, jeśli naprawdę się tego chce. Pamiętnik z założenia jest pisany "do szuflady" - no, chyba, że mamy do czynienia z pamiętnikiem literackim, przeznaczonym do publikacji, ale wtedy dostajemy świadomą kreację świata przedstawionego przez autora. Przy lekturze musimy mieć na uwadze, że poziom szczerości narratora jest zwykle wprost proporcjonalny do jego potrzeby ekshibicjonizmu przed światem.
   Już widzę znudzenie na waszych twarzach i kiełkującą pod kopułą myśl typu: "Dragonka, skończ się wymądrzać, tylko przechodź do konretów". No już już, nie mogłam sobie darować małego wykładu z teorii literatury :) Co natomiast w tego wynika? Ano to, że nie zamierzam umieszczać tu postów o charakterze prywatnym, omawiającym moje życie osobiste i to wcale nie dlatego, że nie byłoby o czym opowiadać... Na ten blog teoretycznie może zawędrować każdy, a moja prywatność to moja sprawa i ewentualnie tych bliskich mi osób, którym ufam na tyle, by im się zwierzyć. Nie czuję potrzeby, żeby obtrąbiać przed całym światem życiowe zakręty, a jest ich sporo, niczym serpentyn na górskich drogach. Nie i już. Jeśli ktoś chce poczytać bloga osobistego, to znajdzie ich w Internecie "skolko ugodno" - ale nie pod tym adresem.
   Tak się jednak, moi drodzy Czytelnicy, składa, że ostatnio moją uwagę absorbują wyłącznie kwestie prywatne. Dzieje się tyle ważnych dla mnie rzeczy, że reszta po prostu mało mnie obchodzi. Nie znaczy to, że zaniedbuję swoje obowiązki, bo to do Dragonelli zupełnie niepodobne. Ten typ tak ma, że choćby się waliło i paliło, to sprawy zawodowe na tym nie cierpią. Tym niemniej z ręką na sercu przyznaję, że w obliczu zmian, które się dzieją w moim życiu prywatnym, to nawet małpie numery mi zwisają i powiewają... Przykro mi więc, ale musicie uzbroić się w cierpliwość, aż będę miała i czas, i ochotę, by rozstrząsać drobiazgowo szkolne wydarzenia.
   Zapewniam Was tylko, że wszystko toczy się jak najlepszym torem. Jeśli nic nie pierdzielnie, to będę najszczęśliwszym smokiem w galaktyce. Ale na szczęście też trzeba zapracować i mu pomóc, prawda? Nio, to wybaczcie, że Was zaniedbuję, ale tu chodzi o moją przyszłość. Trzymajcie kciuki za mnie. Wrócę do Was, Robaczki.
  

wtorek, 22 marca 2011

Małpka nr 6 - Bida z Nędzą

   Dziś będzie o Sebastianku. Kto uważnie śledzi niniejszego bloga, ten kojarzy tę postać. Tak tak, to ów klient, który przypadkiem trafił na wycieczkę do Muzeum Lotnictwa, kiedy akurat zdarzyło się "święto państwowe" i raczył zawitać do szkoły.
   Chłopak ma 16 lat, nie jest więc już dzieckiem, ale patrząc na niego nie mogę powstrzymać się przed zdrabnianiem jego imienia, również kiedy zwracam się bezpośrednio do zainteresowanego. Ma niewinną buźkę i na pierwszy rzut oka wcale nie wygląda na typową Małpkę. Nawiasem mówiąc nie omieszkałam mu tego powiedzieć: ostatnio skończyliśmy zajęcia troszkę wcześniej, a że to była ich ostatnia lekcja, to spakowali się i już "luźno" czekali na dzwonek. Sebastianek wyjął papierosa, umieścił go sobie w ustach i siedział na ławce majtając nogami. Poprosiłam, żeby schował fajkę, co zrobił bez szemrania pytając: "A co, bardzo panią razi?". Na co odparłam zgodnie z prawdą: "Sam papieros nie, ale po prostu do ciebie nie pasuje. Masz bardzo miłą i sympatyczną twarz, a ta fajka wszystko psuje". Koledzy zaczęli się z niego nabijać, że pozory mylą, ale samemu chłopcu chyba zrobiło się przyjemnie. Mam przynajmniej taką nadzieję.
   Sebastian pochodzi z bardzo biednej rodziny [swoją drogą - ciekawe, od kogo wysępił tego szluga...?]. Nie widać tego na pierwszy rzut oka, owszem, ubrany jest czysto i w "całe" ubrania, ale przecież wywiad szkolny działa... Zresztą, do Zoo chodziło też jego starsze rodzeństwo i inni nauczyciele mówili mi, że ich dyskretnie dożywiali. Nie inaczej jest z moim uczniem. Notabene takie działania wymagają dużego taktu. Pamiętam taką sytuację - przerwa między dwoma polskimi w ich klasie, zostałam w sali i wyjęłam kanapkę, pora była wczesnoobiadowa. Kiedy zaczęłam ją rozpakowywać, poczułam na sobie czyjś natarczywy wzrok, to było aż namacalne doświadczenie. I rzeczywiście - Sebastian siedzący w drugim rzędzie ławek wpatrywał się w tę kanapkę w taki sposób, w jaki ja zwykle gapię się na zabytkowe starodruki. Kiedy się zorientował, że widzę jego wzrok, grzecznie życzył mi smacznego a potem spytał lekkim tonem: "A z czym pani ma?". W tym momencie Dragonka uruchomiła pokłady swoich zdolności aktorskich i rzuciła tak niedbale, jak umiała: "Eee, z kiełbasą żywiecką i pomidorem... Wiesz co, a miałbyś ochotę? Po tej godzinie i tak jadę do domu na obiad, jak zwykle w pracy nie mam czasu zjeść kanapki i w sumie to mi się nie bardzo chce, ale szkoda, żeby się zmarnowała... To co, lubisz żywiecką...?" Nie muszę chyba dodawać, że wziął i pochłonął, natomiast zachował twarz i uwierzcie, to było nie mniej ważne, niż zapełnienie żołądka.
   Sebastian rzadko pojawiał się w szkole w pierwszym semestrze i ma coś około pięciu enkaeli, w tym z języka polskiego. Na pytanie, jak ma to zaliczyć odparłam, że przede wszystkim chodzić na zajęcia i nie łapać pał, to wtedy go puszczę. I trzeba przyznać, że jak na razie się wywiązuje - dostał nawet ostatnio 3 ze sprawdzianu z "Quo Vadis" i przeczytał "Małego Księcia". Pracuje tak, jak umie, widać, że się stara, a to mi wystarczy. Ma potwornie niewyparzony język i bluzga tak, że uszy puchną, choć kiedy "łapie się" na tym, że przeklął przy mnie, to się poprawia i w związku z tym mają miejsce tego typu zabawne wypowiedzi: "Psze pani, to kiedy znowu popierdalamy... to jest idziemy na jakąś wycieczkę?". Ostatnio uparł się, że chce się ze mną wybrać na kawę - i weź tu człowieku odmów, żeby się chłopak głupio nie poczuł... Najpierw stwierdziłam, że jestem zajęta, a poza tym zawsze wolałam facetów starszych ode mnie, na co odparł niewzruszony: "Ale to mena też pani weźmie, weselej będzie." W końcu stanęło na tym, że wrócimy do rozmowy, jak skończy szkołę, bo ja z głąbami się nie umawiam, nawet koleżeńsko. Ma teraz dodatkową motywację do nauki :)
   Co tu dużo mówić, lubię chłopaka. Nie twierdzę, że jest święty - sporo pije, zdaje się, że pali też nie tylko tytoń. Ma poza tym jakąś sprawę o kradzież, nie znam szczegółów, bo nie jestem jego wychowawcą. Potrafi wycinać brzydkie numery i nie panuje nad złością, jak typowa Małpka. Ale jeśli chce, umie być bardzo symatyczny i taki "normalny". A przy mnie na ogół chce.

   [Od lutego schudłam już łącznie 8,5 kg :) :) :)]

czwartek, 17 marca 2011

Skutki załamania pogody

   Po kilku dniach wiosennej aury mamy załamanie pogody - ot, marzec. Mokro, zimno, do pracy daleko. W szkole ogrzewanie wyłączyli i w związku z tym jest lodowato: w poniedziałek, ostatniego dnia przed ochłodzeniem, w budynku było co najmniej kilka stopni mniej, niż na zewnątrz. Opuszczając mury miałam wrażenie, że wchodzę do sauny. Obecnie każdą wolną chwilę [a nie ma ich dużo] spędzam grzejąc dłonie trzymając w nich kubek gorącej kawy. Nie spadek temaperatury jest jednak najgorszy. O wiele poważniejszym problemem są wiejące od kilku dni silne wiatry. Panie i panowie, w Zoo rozpoczęła się akcja HALNY.
   Małpki to swtorzenia bardzo wyczulone na zmiany pogody. Nie jestem biologiem, nie wyjaśnię Wam więc, dlaczego tak się dzieje, ale tu z obserwacji nauczycielskich wynika jednoznacznie - przy gwałtownych załamaniach pogody dzieciakom odbija o wiele bardziej, niż zwykle. A już prawdziwy dramat ma miejsce, jeśli zaczyna silnie wiać. Wówczas nawet spokojni zazwyczaj uczniowie zaczynają się odszczekiwać, a ci, z którymi i tak są problemy, zaczynają przechodzić sami siebie. Jak zwykle, żeby nie być gołosłowną, opiszę Wam dwie sytuacje, świeżutkie jak poranne bułeczki z Awiteksu...
   Robiłam ostatnio w zawodóce sprawdzian z części mowy. Oddałam, omówiłam, na kolejnej lekcji odbyła sie poprawa dla chętnych - zainteresowany był nią jeden uczeń, ale dobre i to, zresztą, ich problem, nie mój. Sprawa zamknięta, realizuję nowy temat. Lekcja trwała już dobre 15 minut, zdążyłam się porządnie rozgadać na temat królestwa zmarłych w mitologii greckiej, kiedy wparował mi na zajęcia Piotr, typ "wiecznie nabuzowanego dresa", z nieodłącznym redbullem made in Biedronka w ręce. Żadnego dzień dobry czy przepraszam za spóźnienie, tylko od progu żąda tonem nieznoszącym sprzeciwu, żebym mu pokazała sprawdzian [a dostał z niego pałę]. Odparłam spokojnie, że omówienie się odbyło, ja teraz prowadzę lekcję, a kartkówkę dostanie do ręki w stosownej, wolnej chwili. Chłopak widocznie nie był przygotowany na odmowę, bo zaczął się awanturować - stanął koło biurka, wymachiwał rękami i wpadł w słowotok mający na celu zastraszenie mnie i sprawienie, bym TERAZ ZARAZ JUŻ spełniła jego rozkaz. Wiem, że jedyne, co mogę zrobić w takiej sytuacji, to zachować stoicki spokój przy jednoczesnym twardym powtarzaniu jak zdarta płyta, że "nic z tego, usiądź, teraz prowadzę lekcję", bo jeśli pozwolę sobie na okazanie emocji, to po mnie. Trwało to dobre kilka minut, nim usiadł, co nie znaczy, że przez resztę lekcji był spokój. Przerywał mi tok zajęć jeszcze kilkanaście razy, kilka razy wstawał z miejsca wymachując rękami. Zachowywał się jak kibol na meczu, a o tym, jak poważna to była sytuacja może świadczyć reakcja jego kolegów z klasy, którzy w pewnym momencie stanęli po mojej stronie i zaczęli go uspokajać: "Piotrek, morda, siadaj już, powiedziała, że potem pokaże, nie?" Nawiasem mówiąc, kiedy wreszcie podeszłam do niego ze sprawdzianem [rzeczywiście, był na to moment, bo reszta była zajęta czytaniem mitu o Orfeuszu i Eurydyce], to krzyknął, że teraz to nie chce i mogę sobie to w dupę wsadzić... Czysta, zwierzęca agresja, nakręcana przez wysoką ilość tauryny we krwi [skoro nie pije się nic innego poza napojami energetycznymi...] plus halny.
   Dziś za to było jeszcze "zabawniej". Na zajęciach w mojej osobistej małpiarni pojawił się Marek - rzadko chodzi, miał sporo enkaeli, dziś natomiast był wyraźnie podminowany. Od początku lekcji znalazł sobie pasjonującą rozrywkę w postaci zabawy obluzowanym blatem stolika i wyjmowaniem z niego wielkich, metalowych śrub przytwierdzających blat. Upomnienia rzecz jasna kompletnie ignorował, nie miał też zamiaru brać udziału w zajęciach - kiedy rozdałam książki z tekstem "Dziadów Dwójki", popatrzył z pod byka i prychnął: "A na ch*** mi to, i tak nie będę czytał". Odparłam, że to jego wybór, ale jeśli po przeczytaniu przeze mnie na głos fragmentu nie będzie wiedział, o czym on jest, to dostanie jedynkę. Wobec niezmienionej postawy Marka [a dodatkowo usiłował na różne sposoby uniemożliwić mi czytanie] dotrzymałam słowa. Po omówieniu fragmentu odwróciłam się, by zapisać notatkę na tablicy... i w tym momencie w tablicę uderzyła z całym impetem metalowa śruba ławki, w odległości mniej więcej dwóch palców od mojej twarzy. Marek siedział z bezczelnym uśmiechem na twarzy, a kiedy spytałam, czy zdaje sobie sprawę, że to było zagrożenie dla mojego życia, wycedził patrząc mi prosto w oczy: "No co, złapała mnie pani za rękę? To nie ja".
   Tu pojawia się pytanie: co nauczyciel może zrobić w takiej sytuacji. Oczywiście, nie mam dowodu, że to on, a przecież nikt z klasy mi tego nie potwierdzi i nawet nie prosiłabym ich o to. Okoliczności jednak były jasne. Spisałam więc notatkę służbową z dokładnym opisem całego zajścia, zglosiłam sprawę Wiceszefowej, wzywam też matkę Marka na rozmowę. Przykro mi to mówić, ale w tym momencie nic więcej nie mogę zrobić.
   W Zoo powinien być monitoring nie tylko na korytarzu, ale również w salach. Szkoła powinna zatrudnić ochroniarza. Póki co jednak nie ma co o tym marzyć, a ja mogę tylko mieć nadzieję, że następnym razem podobna metalowa śruba nie trafi mnie z impetem w głowę. Tak niestety wygląda rzeczywistość w tej placówce. Może być kilka miesięcy względnego spokoju, ale to nie znaczy, że jestem bezpieczna. I dla własnego dobra nie wolno mi o tym zapomnieć.

wtorek, 8 marca 2011

Sukcesik pedagogiczny

   Pochwalę Wam się moim sukcesem pedagogicznym.
   Otóż - jak wspominałam - zaczęłam z drugą gimnazjalną omawianie "Małego Księcia". Przytachałam książki z biblioteki, rozdałam, czytamy fragmenty, oglądamy obrazki, rozmawiamy, śmiejemy się. Coś tam zapisujemy na tablicy w formie wniosków, ale bez przesady - nie po to, żeby ich zmęczyć, tylko po to, by jakiś ślad w zeszytach pozostał. Przy okazji fragmentu z Pijakiem notabene wyszła nam bardzo ciekawa dyskusja na temat alkoholizmu. Gwoli przypomnienia spotkanie Małego Księcia z Pijakiem wygląda mniej więcej tak [cytuję z pamięci]:

Mały Książę: Co robisz?
Pijak: Piję.
MK: Dlaczego pijesz?
P: Aby zapomnieć.
MK: O czym?
P: Zapomnieć, że się wstydzę.
MK: A czego się wstydzisz?
P: Wstydzę się tego, że piję...

   Według mnie w tym dialogu jest kwintesencja problemu uzależnień, błędnego kółeczka, tego, jak alkoholik za wszelka cenę szuka usprawiedliwienia dla nałogu, gdy tymczasem jedynym powodem picia jest po prostu samo uzależnienie od tej substancji... Nieistotne zresztą, co ja myślę, ważniejsze, że Małpki się na ten temat rozgadały. A większość z nich to dzieci alkoholików, więc problem znają od podszewki...
   W każdym razie - dowiedziałam się, że po mojej lekcji dwóch totalnych leserów [w tym Sebastianek, ten, który "przypadkiem" trafił na wycieczkę do Muzeum Lotnictwa - obaj chopcy mieli jedyneczki na półrocze]... pomaszerowało do biblioteki, gdzie pożyczyli sobie "Małego Księcia", a potem czytali przez całą historię i niemiecki, kategorycznie odmawiając jakiejkolwiek innej aktywności ["Pani nie przeszkadza, toż czytam!"].
   Śmiejcie się, ale jestem z siebie dumna, jak paw. Wcale bym się nie zdziwiła, gdyby to była pierwsza książka, jaką ci chłopcy przeczytali w życiu [co do jednego z nich, to trochę mi ulżyło, bo to znaczy, że on jednak umie czytać...]. Super, że udało mi się ich zachęcić, tym bardziej, że to mądry tekst i kontakt z nim dobrze im zrobi.
   Możecie mi wierzyć, ale takie momenty bardzo dodają skrzydeł. A czym byłby Smok bez skrzydeł?

czwartek, 3 marca 2011

Dragonella czyta Małpkom

   Słyszeliście pewnie o kampanii pt. "Cała Polska czyta dzieciom". W skrócie - to  idea wzmacniania więzi rodzinnych poprzez czytanie dzieciom na dobranoc połączona z wyrabianiem w najmłodszych nawyku lektury. Pomysł na pewno trafny. Kto miał "czytających" rodziców, ten wie, o czym mówię. Ja na szczęście takich posiadałam - no nie było mowy, żeby przed snem mama albo tato nie układali w ten sposób do snu mnie i brata. Rzecz jasna mieliśmy też takie ustrojstwo, jak adapter, ale na szczęście mimo to rodzice nie czuli się "zwolnieni z obowiązku" osobistego zaznajamiania nas z książkami. Za co jestem obojgu BARDZO wdzięczna.
  
   Głośne czytanie na języku polskim w Zoo bywa koniecznością. Specyfika tego przedmiotu polega na analizie tekstów literackich, a przecież nie da się tego zrobić bez ich znajomości. O tym, że dzieciaki przeczytaja jakąś lekturę w domu, można zwykle zapomnieć [jak do tej pory - skłoniłam trzy osoby do przeczytania "Antygony" oraz dwie do zapoznania się z "Balladyną", ale na tym zdaje się koniec...], a tekst omówić trzeba. Dłuższe książki staram się więc "załatwić" wyświetleniem klasie ekranizacji, a potem przedstawieniem wybranych wątków na fragmentach czytanych w trakcie lekcji [tak z powodzeniem omówiłam "Quo Vadis", ale np. z "Panem Tadeuszem" już mi nie wyszło, bo zawodówka... odmówiła oglądania filmu]. Krótsze zaś wałkuję po kawałeczku na zajęciach - udało się w ten sposób przebrnąć przez pamiętnych "Niemców", jutro zacznę tym trybem "Małego Księcia", a w niedalekiej przyszłości "Dziady Dwójkę". Tu ideałem jest, jeśli możemy czytać uwtór z podziałem na role, ale nie zawsze tak się da, bo zdażają się protesty i bunty... Dragonka więc często chcąc nie chcąc sama bawi się w lektora.
   Odkryłam po jakimś czasie, że Małpki w zasadzie lubią, jak im czytam. Nie jestem ś.p. Holoubkiem, ani nawet moim ojcem [który w genialny sposób umie naśladować różne głosy], ale jako niespełniona aktorka zawsze wczuwam się w to, co czytam. To w sumie nie wymaga dużo wysiłku - zadbać, by mężczyzna "mówił" grubszym głosem, niż kobieta lub by słychać było emocje w wypowiedzi postaci czy ironię w narracji. Można też czasem dodać drobne gesty, tylko tak, by książka nie wypadła z ręki. Ostatnio po zaprezentowaniu fałszywej lamentacji Nerona nad śmiercią córeczki dostałam brawa od drugiej gimnazjalnej :) Pomyślałam sobie wówczas: "Biedne dzieci, pewnie nikt wam nie czytał na dobranoc, prawda...?"

   Wczoraj, podczas nalotu na moją jaskinię Smoczycy-Seniorki narodził się pomysł akcji "Cała Polska czyta Małpkom" - a ściślej mówiąc: "Dragonella czyta Małpkom". Moja rodzicielka przekonała mnie, że można by spróbować coś takiego zorganizować w Zoo na stałe, oczywiście, jeśli tylko będą chętni... Powiedzmy pół godziny czytania im na głos książek w odcinkach. Wybór treści może być różny, oni przecież nie znają praktycznie niczego. Może być Sienkiewicz [przecież takie "Quo Vadis" czy inny "Pan Wołodyjowski" idealnie się do tego nadaje!], może być Dickens, Dumas, a sądzę, że gdybym im przyniosła "Królową Śniegu" Andersena, to też by słuchali z zainteresowaniem. Pytacie o korzyści? Poza oczywistymi, że coś wreszcie z "wielkiej literatury" poznają, to nie mniej ważne będą te - nazwijmy to - społeczne. Niech zobaczą, że można w ten sposób spędzić fajnie czas, poczytać coś, a potem o tym porozmawiać.
   Co więcej - trzeba by się zorientować, czy na taką akcję nie dałoby się przypadkiem wyciągnąć jakichś funduszy unijnych. Unia finansuje różne pomysły edukacyjne, dlaczego miałaby nie dokładać się do inicjatywy niesienia kultury i uspołeczniania Małpek, czyli dzieci "zagrożonych demoralizacją"?
   Przyznam, że jestem bardzo zapalona do tego pomysłu. Bardzo bym się cieszyła, gdyby to wypaliło.
   Ergo - muszę z tym iść do Wiceszefowej :)

czwartek, 24 lutego 2011

Małpka nr 5 - Ciężarówka

   Małpka, którą dziś Wam opiszę, również ma nierówno pod kopułą, ale w znacznie mniejszym - tj. mniej szokującym - stopniu, niż Ania Psychopatka.
   Skoro już jestem przy Ani, to wtrącę dygresję. Otóż dziewczę od pamiętnego wybuchu, który skończył się moją wizytą na policji, pokazało się w szkole raz, a potem wszelki słuch po niej zaginął. Odczekałam miesiąc, po czym - zgodnie z powinnością wychowawcy - zadzwoniłam do jej rodzicielki, wypytać o powód nieobecności córki. Matka wzdychając ciężko stwierdziła, że Ania "obraziła się na Panią" i nie będzie chodziła do szkoły, a ona, matka, nie ma jak jej do tego zmusić. I że może wróci po comiesięcznej wizycie pani kurator w ich domu, która może przemówi małej do rozsądku [że do czego, przepraszam najmocniej...?] - "bo wie Pani, co ja mogę, ona mnie w ogóle nie słucha". No mamusia jest rozbrajająca po prostu... Jasne, tak najłatwiej, rozłożyć ręce i stwierdzić, że się nie ma wpływu na dziecko - Ania przypominam ma dopiero 15 lat. To kto ma mieć wpływ? Ta kobieta w takim razie powinna co najwyżej rybki hodować, a nie córkę wychowywać... Olewactwo, a potem umywanie rąk - i efekty widzimy.
   Ja natomiast spokojnie poinformowałam, że jeśli dziewczynka nie będzie chodziła do szkoły, to zgłosimy to odpowiednim służbom, a sama Ania będzie nieklasyfikowana i nie ukończy roku.
   Obraziła się na mnie, dobre sobie... Ojej ojej, chyba sobie żyły podetnę... :)

   Ale wracamy do kolejnej szalonej Małpki. Beatka chodzi do 3 klasy gimnazjum, ma 17 lat, ale jest tak zniszczona - alkoholem, papierosami oraz zapewne "lżejszymi" narkotykami - że wygląda starzej ode mnie. Ma rozbiegane oczka, jest wulgarna i kompletnie nie panuje nad gniewem. Jej krzyk jest słynny na całe Zoo, bo słychać go w promieniu dwóch pięter od sali, gdzie klasa ma lekcje: "Ooo, znów Beatka daje czadu...". Moja przygoda z tym dziewczęciem zaczęła się już na pierwszej lekcji - otóż razem z koleżankami postanowiły najwidoczniej urządzić nowej polonistce kocówę, pokazując jej, kto tu rządzi. To były pamiętne zajęcia - wyzwiska, obrzucanie mnie papierami, no mało brakowało, by założyły mi przysłowiowy już kosz na głowę. 
   Sama Beatka, kiedy podeszłam do sali, by otworzyć drzwi, powitała mnie okrzykiem: "Ja pier***, no ruda i w okularach, nie no, przejeb*** mamy!". Potem było tylko gorzej, od bluzgów buzia jej się nie zamykała. W skrócie - dosadnie dawała wyraz, gdzie mogę sobie wsadzić swoje polecenia, gdzie ją mogę pocałować oraz jaki zawód powinnam według niej wykonywać [rzecz jasna, ten ponoć najstarszy...]. Koszmar nie skończył się wraz z dzwonkiem, ponieważ Beatka przyszła na lekcję, którą miałam z inną klasą, rzecz jasna na polecenie wyjścia tylko się gromko zaśmiała, a następnie robiła na oczach innych dzieciaków dokładnie to samo, co wcześniej. Ukoronowaniem było napisanie na tablicy wiele mówiącego wezwania treści: "Jeb*** panią od polskiego".
   Do dziś nie wiem, jak wytrzymałam te zajęcia, a przypominam, że był to drugi dzień mojej pracy w tej szkole. Po wszystkim poszłam roztrzęsiona do pedagog, która spokojnie posadziła mnie za biurkiem, poleciła spisać notatkę służbową, a następnie wezwała do szkoły policję. Tego samego dnia jeszcze zostałam przesłuchała i tak oto Beatce założono sprawę o obrazę funkcjonariusza publicznego podczas pełnienia obowiązków służbowych.
   Dziewczę stawiało się w sposób tak wyraźny jeszcze tylko na następnej lekcji, wparowując jak burza i drąc się od progu: "Przez panią wezmą mnie do zakładu!". Okazało się bowiem, że Beatka ma już niejedno na sumieniu [trafiła do Zoo m.in. za podpalenie gablotki na korytarzu w poprzedniej szkole, a także za pobicia i notoryczne wagary], rozgrzebaną inna sprawę z powództwa cywilnego, więc zatarg ze mną może się okazać kroplą przepełniającą czarę. Rzecz jasna odparłam spokojnie, że to nie przeze mnie, bo to nie ja ją obraziłam, tylko ona mnie i że trzeba było pomyśleć o konsekwencjach wcześniej. Próbowała gróźb, potem próśb, wyłała do mnie nawet swojego ojca z przeprosinami [!] - wszystko, byle bym wycofała skargę. Rzecz jasna tego zrobić mi nie było wolno, bo wtedy pokazałabym, że jestem giętka i byłoby po mnie...
   W efekcie w końcu jej nie zamknęli [długa historia, dlaczego...]. Sama Beatka natomiast spokorniała tylko w tym względzie, że jej szał i ataki przestały być wymierzone we mnie. Bo tak to - przez CAŁE półrocze nie przepracowała normalnie ani jednej lekcji. Pół biedy, jeśli po prostu siadała i słuchała muzyki przez telefon na słuchawkach, ale zwykle nie było aż tak różowo. Ona lubi koncentrować uwagę i robić dużo hałasu wokół siebie. Jej pojawienie się w szkole zawsze oznaczało, że z zajęć nic nie wyjdzie. Jak prowadzić lekcje wobec uczennicy, która śpiewa na całe gardło, skacze po ławkach, tańczy, bije koleżanki albo zadaje nauczycielowi najbardziej intymne pytania, jakie jej tylko przyjdą do głowy?
   Semestr z języka polskiego zakończyła oceną niedostateczną [bo jakże by inną?], natomiast teraz zacznie się ciekawie. Otóż Beatka jest w ciąży - i to zagrożonej, musi więc jak najwięcej leżeć. Wiadomo, jeśli teraz nie skończy gimnazjum, to już pewnie nigdy tego nie zrobi. Będzie więc miała indywidualne nauczanie w domu. I kogo ubiorą w język polski...? No ba - to naturalne, że mnie, jako jej polonistkę, zwłaszcza, że akurat mieszkamy w tej samej dzielnicy miasta. Wesoło będzie, choć mam cichą nadzieję, że w warunkach domowych, nie mając się przed kim popisywać, będzie skłonna do jakiejkolwiek pracy i co najważniejsze, uda mi się ją przygotować do egzaminu gimnazjalnego.
   Hmmm... że niby nadzieja matką głupich? :)

wtorek, 22 lutego 2011

Znikam, ale się nie pojawiam :)

   Panie i Panowie, NAPRAWDĘ widać efekty.
   Zważyłam się dziś w szkole u pielęgniarki: od początku lutego, czyli od wyjazdu "na warzywa" doliczając trzeci dzień Dukana ubyło mnie 4,5kg :) :) :) A to już COŚ.
   Jeśliby nawet uznać, że cyferki kłamią, to mam inny dowód trudny do podważenia. Otóż nawet Małpki płci żeńskiej ostatnio mi powiedziały, że ładnie chudnę... Dzieciakom można zarzucić niejedno, ale na pewno nie brak szczerości. Jak się sami przekonaliście po moich wpisach, one mówią to, co myślą, nie mają wyczucia granic, a żaden "wersal" ich nie dotyczy. W każdym razie - ostatnio dziewczynki z 3 gimnazjum odnotowały oficjalnie fakt, że znikam :)
   Przy okazji - zainteresowały się, co ja takiego robię, że mam cerę "jak pupcia niemowlaka". No dobra, faktycznie cera to chyba najsilniejsza strona mojego wyglądu i nie ma się do czego przyczepić. A co odpowiedziałam Małpkom?
   Proste - nie jaram [niczego], nie maluję się i nie chodzę na solarium. Na takie dictum dziewczęta tylko westchnęły: "No tak, nie do zrobienia..." Ale rzeczywiście, mimo wieku cerę mam w lepszym stanie, niż niejedna z nich.
   W piątek czeka mnie próba bojowa. Otóż mam plenarkę - to taka główna rada podsumowująca semestr. Zwykle tego rodzaju zebrania to katorga: pamiętam w poprzedniej szkole, ciągnęły się po 5-6 godzin, zawsze po lekcjach, więc człowiek wracał do domu ciemną nocą, wypluty, przerobiony na najtańszą mielonkę made in Tesco i niezdolny do niczego, poza walnięciem w kimono. Ale nie w Zoo :) U nas dyrekcja jest konkretna, sprawna i nieskłonna do mnożenia bytów ponad normę. Plenarki trwają tu góra 3 godziny, a zwykle krócej. W dodatku przebiegają w przemiłej atmosferze, pełnej śmiechu, który jest wszystkim potrzebny, by odreagować.
   Dobra, to skąd próba bojowa? Główna Szefowa ma imieniny - na bank więc będzie dobre ciasto... "Dobre" to znaczy domowe i pachnące, pieczone przez Wice, która z mąki, cukru i dodatków umie wyczarować kulinarnego "Pana Tadeusza".
   A JA JESTEM NA DUKANIE!!!
   KURNA!!!

niedziela, 20 lutego 2011

Sposób na odchudzenie Smoka

   Dziś wyjątkowo wpis dotyczący życia pozaszkolnego Smoka. Nie lubię tu pisać o sprawach prywatnych, bo stoi to w sprzeczności z moją Filozofią Bloga. Sami zaobserwowaliście już, że postów niedotyczących bezpośrednio mojej pracy pojawia się tu bardzo mało i jest to celowy zabieg. Tym razem jednak mam ochotę zrobić odstępstwo, a ponieważ to mój blog, to mi wolno, a co :)
   Smok jaki jest, każdy widzi. Wielkie, potężne, zielone, od czasu do czasu odbije mu się siarką, co powoduje samozapłon obiektów znajdujących się w bezpośrednim otoczeniu. Ktoś może powiedzieć, że taka już smocza natura, którą należy zaakceptować i pielęgnować. Niestety, sam zainteresowany gad tej opinii nie podziela. Kolor łusek akurat nie stanowi problemu, za to gabaryty już tak... Jak wiadomo, w dzisiejszych czasach piękne jest tylko to, co chude i ta prawidłowość dotyczy również mnie. Nie jest tragicznie, Greenpeace nie spycha mnie do wody, kiedy leżę na plaży, a lustra nie pękają ilekroć koło nich przechodzę, tym niemniej zgubienie kilku (kilkunastu?) kilogramów by mi się przydało.
   Ba, ale jak to zrobić skutecznie, bez "efektu jojoba" [cytat z mojej znajomej :)], w miarę szybko [bo jeśli mimo wysiłków nie ma efektów, to Smok się zniechęca...] i bezboleśnie? Dodam, że na operację odsysania tłuszczu mnie nie stać i nie zanosi się na to ani w bliższej, ani w dalszej przyszłości. Wiem też niestety, że na dłuższą metę nie jestem w stanie zmusić się do regularnych ćwiczeń - no smoki są leniwe i już. Pozostaje więc uprzejme podziękowanie Szewczykowi Dratewce za kotlety z baraniny i przejście na dietę.
   Dieta to też jednak nie sprawa dla amatorów. Musi być taka, aby zadziałała, ale też by pozwoliła normalnie funkcjonować, czyli nie osłabiała i nie narobiła szkód w organizmie. Diet istnieje skolko ugodno, wybierać, przebierać... Moja ulubiona to owocowo-warzywna, na której zresztą byłam przez ostatnie 2 tygodnie. Plusem jest to, że czuję się po niej świetnie, pełna energii, a w dodatku sam skład nie stanowi dla mnie problemu - to może brzmi jak herezja [w końcu jestem Smoczycą], ale mam za sobą 9 lat bycia wegetarianką. Minus to jednak powolność - to sposób żywienia nastawiony głównie na oczyszczenie organizmu, więc chudnięcie jest li i jedynie efektem ubocznym. 3,5 kg w dwa tygodnie to troszkę za mało jak na wysiłek włożony w ich zgubienie. Jaki wysiłek? A spróbujcie się odżywiać wyłącznie jabłkami, marchewką, kapustą kiszoną i ogórkami...
   Co w związku z tym? Po długich rozważaniach postanowiłam pójść za modą i spróbować diety Dukana. Wiem wiem, trzeba cholernie uważać i się nawadniać, by nie rozwaliła nerek. Obiecuję, że będę :) Nasłuchałam się jednakże od różnych osób tylu achów i ochów na temat doktora Pierre'a, że sama "też tak chcę". A już dobił mnie mój były uczeń mający już od dawna status kumpla, który od stycznia "zgubił Dukanem"... 12kg! Kurde... To ja się tu męczę i raptem poleciały trzy z hakiem...? Dość tego :)
   Dziś pierwszy dzień proteinek. Od rana wpierniczam chude serki, zagryzam makrelą, a w ramach przekąski pieczonym indykiem. I tak będzie do czwartku, kiedy to będzie mi można włączyć trochę warzyw. 
   Jej Wysokość wyraża swoją zdecydowaną aprobatę odnośnie mojego nowego sposobu żywienia. Od każdego produktu domaga się haraczu :)

wtorek, 15 lutego 2011

Powrót

   Zoo stoi jak stało, tzn. małpki go nie wysadziły przez ferie. Zresztą, nawet one nie są tak krótkowzroczne, by to robić. Gdzie by się podziały, gdyby nie my? Który zakład by je przyjął? Chyba tylko karny...
   Pierwszy dzień minął dość spokojnie. W zawodowej lekcja o zaimkach (właśnie powtarzamy hurtem wszystkie części mowy, a w przyszłym tygodniu czeka ich sprawdzian i już widzę, że będzie ubaw po pachy). Czterech uczniów, w tym Misza, który dzielnie robił ćwiczenia i momentami radził sobie o wiele lepiej, niż jego koledzy - bądź co bądź "rodzimi użytkownicy języka". Byłam z niego dumna, bo zadania zdecydowanie wykraczały poza poziom zaawansowania językowego tego chłopaka. Przy okazji swoim zapałem posłużył mi jako pomoc dydaktyczna. Otóż 15 minut po dzwonku wparował spóźniony Danielek - niegłupi gość, tylko z ADHD i szeregiem innych zaburzeń oraz z chronicznym leniem. Dostał kartkę z częścią teoretyczną i ćwiczeniami, a ponieważ zasady w Zoo głoszą, że w przypadku tak znacznego spóźnienia to do nauczyciela należy decyzja, czy wpisać "S", czy zostawić nieobecność, to łaskawie wziął kserówkę i rzucił okiem (kuratorka go rozlicza z realizowania obowiązku szkolnego). Zaraz jednak zawyrokował, że "to jakieś poj***e jest", trudne, on nie umie i nie będzie tego robił. Odparłam spokojnie, że gdyby się nie spóźnił, to usłyszałby część teoretyczną, którą tłumaczyłam na początku lekcji - i odesłałam go do kartki, gdzie i tak było wszystko łopatologicznie wyjaśnione. Danielek naburmuszony zaczął się bawić komórką, ale ja go zignorowałam i spokojnie pracowałam z pozostałą trójką ostrzegając tylko, że jeśli się nie weźmie do roboty, to nieobecność w dzienniku zostanie. Była to dobra strategia, bo Małpiątko przestało być w centrum uwagi, a to już mu było nie na rękę. A kiedy usłyszał, że Misza radzi sobie z tymi ćwiczeniami dość dobrze, to już przecież nie mógł dalej twierdzić, że to przekracza jego własne możliwości. No gdzież, on, taki genialny miałby być głupszy od "jakiegoś Ruska"?! A zatem zakasał rękawy i rzecz jasna poradził sobie świetnie, bo - jak wspomniałam - nie jest głupi, tylko leniwy. Hie hie hie... W efekcie pracowała mi ładnie cała czwórka, za co zostali nagrodzeni pod koniec lekcji plusami (trzy plusy równają się piątce).
   A do mojej osobistej klasy przybyła nowa Małpka płci żeńskiej. Na razie siedziała cicho i notowała, bo cóż innego mogła robić? Nikogo nie zna... Ale nie mam złudzeń. Skoro przyjęli ją w połowie semestru to znaczy, że z poprzedniego gimnazjum musiała wylecieć. Jeszcze nie wiem za co, ale się dowiem, niech tylko dotrą jej papiery... Mam nadzieję, że tylko za wagary i kiepskie stopnie, a nie za pobicie/kradzież/podpalenie czy inne tego typu uczniowskie rozrywki.

niedziela, 13 lutego 2011

Skończyło się to Eldorado...

   Jak tam, Robaczki? Stęskniliście się?
   Melduję posłusznie, że już wracam. Co prawda siedzę właśnie w pociągu [kto to widział, Smok w pociągu - a skrzydła to nie łaska, proszę Szanownego Gada...?] i przede mną jeszcze dłuuuga droga, ale urlop nieuchronnie zbliża się ku końcowi. A od wtorku znów do Zoo.
   Przydał mi się ten odpoczynek i to bardzo. Nie ma to jak przez dwa tygodnie nie zastanawiać się, co mi tym razem wyląduje na plecach, kiedy odrwócę się, by zapisać temat na tablicy. No i notuję u siebie klasyczne objawy malutkiej uroczej nerwiczki - mianowicie od kilku nocy mam sny z Zoo w roli głównej. Wiadomo, organizm przygotowuje się psychicznie do walki, adrenalinka zaczyna krążyć we krwi, a ja zaczynam odczuwać napięcie - stąd koszmarki. Wiem, że nie musi być od razu tak strasznie, jak się na to nastawiam, ale Dragonka instynkownie przygotowuje się na najgorsze. Zawsze może przy okazji zadziała coś, co Smoczyca Seniorka nazywa Efektem TUP - Telepatyczne Usuwanie Przeszkód.
   Z przyjemniejszych doniesień - jestem lżejsza, powabniejsza, a łuski mi się błyszczą jak wypolerowane. Mogę startować w konkursie na Miss Jaskini :) Słowem - plan wykonany.
   Jutro się byczę [smoczę...?], ale potem znów ruszy pisanie postów. W końcu to blog szkolny.
   Miłej niedzieli życzę. Pa pa :)