Prawa autorskie

Wszystkie teksty publikowane na tym blogu są mojego autorstwa. Jeśli jest inaczej, wtedy zaznaczam, że jest to cytat. Kopiowanie i rozpowszechnianie treści tej witryny bez mojej zgody jest niezgodne z prawem.

[Dz.U. z 1994 r. nr24, poz. 83]

środa, 24 listopada 2010

Godzina wychowawcza

   Godzina wychowawcza - jak sama nazwa wskazuje - programowo ma służyć wychowywaniu wychowanków przez wychowawcę :) Jest to taka obowiązkowa godzina w tygodniu ujęta w planie lekcji, którą w założeniach należy poswięcić na kształtowanie prospołecznych postaw u dzieci i młodzieży. Każdy wychowawca na początku roku szkolnego ma obowiązek zgłosić dyrekcji tzw. plan pracy wychowawczej, zawierający rozpisany na godziny spis tematów, jakie się będzie na tych zajęciach przez oba semestry poruszało. W praktyce różnie z tym bywa, jak pewnie wszyscy pamiętamy z własnej kariery szkolnej - nierzadko godzina wychowawcza okazywała się po prostu czasem na to, by można było usprawiedliwić nieobecności, względnie by "druga mamusia" opierniczyła klasę z góry na dół za kiepskie oceny. Choć to i tak pół biedy. Prawdziwą karykaturę godzin wychowawczych to ja miałam przez 4 lata liceum. Nasza wychowawczyni to było wredne, zgorzkniałe kobiecisko, które wyraźnie nienawidziło tego, co robi - i nie przepuszczało żadnej okazji, by dać nam to odczuć. Pamiętam godzinę wychowawczą poświęconą prawom człowieka [widocznie dyrekcja kazała jej coś takiego przeprowadzić]. "Szczena" [przezwisko nadane jej z racji wystającej brody, czyniącej nauczycielkę podobną do Baby Jagi] odczytała beznamiętnym głosem stosowny dokument ONZ, a potem zaczęła go po swojemu komentować...:
   - "Każdy człowiek ma prawo do poszanowania jego godności osobistej..." - no co się tak patrzycie? Nie rozumiecie po polsku? Za trudny język dla was? Z jakiej wyście szkoły przyszli, ze specjalnej? "Nikt nie może być poniżany..." - co to za śmiech? Co, może ktoś was poniża? No, słucham?!

   No, ale Szczena Szczeną, a ja wracam do teraźniejszości. Sama jestem wychowawcą i raz w tygodniu staram się spożytkować tę godzinę w sposób sensowny. Notabene uważam, że samo założenie "godziny wychowawczej" jest poronione i nie służy absolutnie niczemu. Primo - nie da się nikogo uspołecznić przez 45 minut wciśnięte między matematykę a geografię, a secundo - wychowawca i tak musi reagować w zależności od tego, jak przedstawia się sytuacja, więc jakikolwiek sztuczny plan pt. "Uwaga, teraz was będę wychowywać", jest po prostu śmieszny. Tym niemniej takie zajęcia prowadzę jak umiem najlepiej dbając o to, by temat był dostosowany do potrzeb uczniów. Zwłaszcza w Zoo...
   Tjaa... Skoro problem ze skupieniem uwagi i zajęciem się pracą moi podopieczni mają na normalnych zajęciach, to na "luźnej lekcji" zaczyna się prawdziwy dramat. Nie mam tu narzędzi w postaci ocen, by zmusić ich do wykonywania zadań [sami z siebie niestety rzadko coś robią] czy jakiejkolwiek innej aktywności, kombinuję więc jak koń pod górę, by "im się chciało". Przypominam bowiem, że najgorzej się dzieje, kiedy Małpiątka w Zoo są bez zajęcia - bo wtedy z nudów zaczynają roznosić salę albo robić sobie krzywdę. Ale wymyśl tu człowieku taki temat lekcji, by one łaskawie się w niego zaangażowały...
   Przede wszystkim więc - godzinę wychowawczą przeprowadzam zawsze w czwartki, na ostatniej dla nich w tym dniu lekcji. Robię tak z pełną premedytacją, bo wiem, że zostaną na niej nieliczni, tzn. uczniowie grzeczniejsi albo ci, którzy naprawdę muszą [bo np. Dom Dziecka czy kurator drobiazgowo kontroluje, czy delikwent uczęszcza na wszystkie lekcje]. Zostaje ich więc garstka - średnio ok. 6-8 osób [na 23 zapisane do klasy], a reszta zwyczajnie zwiewa i ja tam za nimi wcale nie tęsknię. Nad taką gromadką łatwiej jest zapanować, ale też kameralne grono sprzyja szczerym rozmowom. Istnieje więc szansa, że zajęcia uda się przeprowadzić, choć i z tym różnie bywa.
   Wszystko zależy od tego, czy im się zechce pracować, czy też nie. Jeśli nie - to nie ma takiej siły i tak atrakcyjnego tematu, który by ich do tego skłonił. Zrobiłam raz lekcję o szkodliwości palenia papierosów [a tak z połowa dzieciaków w tej klasie to nalogowi palacze] - przyniosłam rysunki organizmu człowieka, obok był opis tego, co się dzieje "w środku" na skutek palenia. Rozdałam im kredki i kazałam pomalować te miejsca, na które szkodzi nikotyna. Bardzo im się to spodobało - nic to, że kredki wróciły do mnie w stanie agonalnym, ważne, że mieli radochę i zajęcie przez całe 45 minut. Ale co z tego? Gdy potem chciałam wykorzystać ten sam patent na lekcji o szkodliwości alkoholu, to odmówili współpracy: "Co to k***, przedszkole? Nic nie będziemy malować...". Skąd taka zmiana? Proste, trafiłam na zły dzień. Małpiątka są humorzaste i nieprzewidywalne. Tak samo było, kiedy chciałam wykorzystać formułę psychotestu. Na zajęciach poświęconych stylom uczenia się z zapałem zaznaczali sobie odpowiedzi na czytane pytania, by się dowiedzieć, czy są słuchowcami, wzrokowcami czy kinestetykami. Ale kiedy była lekcja o uzależnieniach, z góry stwierdzili, że mają to w d*** i nie będą rozwiązywać żadnego poj*** testu , bo im się nie chce...
   Jutro chcę zrobić lekcję o problemie HIV/AIDS [w końcu 1 grudnia za pasem]. Wymyśliłam dla nich quiz z wiedzy na temat tej choroby - 10 pytań, trzeba zaznaczyć poprawne odpowiedzi. Rozdam, porozwiązują, potem omówimy. Jako marchewkę kupiłam czekoladę, którą dostanie osoba z największą ilością poprawnych odpowiedzi [dla reszty będzie po cukierku, żeby nikt mi nie robił dymów]. Powinno zadziałać, choć cholera ich tam wie. Równie dobrze mogą orzec, że nie lubią czekolady, albo że mogę ją sobie wsadzić tam, gdzie słoneczko nie dochodzi :)
   Trzymajcie kciuki...
  

piątek, 19 listopada 2010

Rozmyślania nad talerzem ruskich

   Bary mleczne to miejsca, gdzie wszystko zdarzyć się może - kto był, ten rozumie, kto nie był, niech żałuje :) Sieć tego typu lokali jako spadek po PRL-u istnieje chyba w każdym większym polskim miasteczku i mam nadzieję, że to się nie zmieni za mojej kadencji na tym łez padole. Gdzie jeszcze można zjeść porządny, sycący obiad, nie zostawiając przy tym w kasie kilkudziesięciu złotych? No gdzie - w McDonaldzie? Nie rozśmieszajcie mnie, bo mam zajady...
   Do mleczniaków zaczęłam chodzić zaraz na początku pierwszego roku studiów z konieczności - po prostu na obiady gdzie indziej nie było mnie stać (zanim nie dostałam stypednium naukowego), czasu na gotowanie samemu brakowało,a ileż można żywić się mrożonymi pierogami Made in Tesco... Oczywiście bar barowi nierówny, jedne są czyste i porządne, ale są i takie,  że człowiek po przestąpieniu progu owego przybytku od razu odwraca się na pięcie, bo mu jakoś dziwnie ochota na jedzenie przeszła. Generalnie jednak wizyty w mleczniakach polecam od czasu do czasu każdemu i to nie tylko dlatego, że zjecie tam tanio prawdziwy, polski obiad. Miejsca tego typu posiadają wyjątkowy walor - nazwijmy to - edukacyjny. Zapewniam, że klientela barów mlecznych to przekrój przez rozmaite warstwy społeczne. Jasne, że można tu spotkać zapijaczonego jegomościa, który ledwo trafia łyżką do otworu gębowego, ale w mojej "karierze bywalca mleczniaków" natykałam się często na profesora od literatury współczesnej, z którym miałam wykłady, a który wpadał tam regularnie na niedzielnego schaboszczaka. Zapewniam, zaglądając do barów mlecznych można się wiele o społeczeństwie polskim dowiedzieć...
   Znajomość z tego typu przybytkami wypadło mi odświeżyć odkąd zaczęłam pracować w Zoo. Powody są zasadniczo dwa (poza oczywistym - jako nauczyciela nie stać mnie na codzienne jedzenie w lepszej knajpie...): primo - brak czasu na gotowanie obiadów w domu, secundo - po drodze ze szkoły mam akurat naprawdę fajny bar mleczny. Zaglądam tam więc jakieś 2 razy w tygodniu, żeby moje trzewia mogły odetchnąć od nieśmiertelnych kanapek, które zwykle i tak zjadam dopiero po lekcjach. Nie inaczej stało się dzisiaj - i tym razem dane mi było właśnie połączenie przeżyć natury kulinarnej z doznaniami socjologiczno-poznawczymi. Przed państwem: scenka rodzajowa, miejsce akcji - bar mleczny w dużym, polskim mieście.
   Stoję sobie grzecznie w dość długiej kolejce rozmyślając, na co mam ochotę, gdy do przybytku wkraczają dwie dość młode Cyganki z tobołami i trójką dzieci, dwóch chłopców w wieku wczesnoszkolnym plus niemowlę przy piersi płci nieokreślonej. Na wstępie zaznaczam, jestem ostatnią osobą, którą można posądzić o uprzedzenia na tle rasowym (kto mnie zna, ten wie), ale niestety, pojawienie się rodziny cygańskiej w barze mlecznym w 9 przypadkach na 10 nie kończy się niczym przyjemnym (o ile nie owocuje wręcz zadymą). Nie inaczej było i dziś. Panie zaczęły od dość nachalnego żebrania, awanturując się i szarpiąc kolejkowiczów za rękawy, a dzieci wtórowały im płaczem (najmłodsze) oraz przymilaniem się na wszelkie możliwe sposoby (te starsze). Po uzbieraniu jakiegoś drobiazgu przystąpiły do zakupów, oczywiście poza kolejką, płacąc jednogroszówkami, wykłócając się i próbując oszukiwać Bogu ducha winną kasjerkę. Zapewniam, nawet aniołowi puściłyby nerwy. Ludzie wracają z pracy i chcą spokojnie zjeść obiad, a tu tego typu obrazek...
   Od jednej myśli nie mogłam się opędzić, siedząc nad talerzem i obserwując tę cygańską rodzinkę kątem oka. Patrzyłam mianowicie na dwóch starszych chłopców i zastanawiałam się, DLACZEGO ONI KURNA NIE SĄ W SZKOLE?!
   Nie zagłębiając się w tym momencie w moralną ocenę dorosłych, zdrowych osób, które zamiast pracować, spędzają cały dzień na żebraniu, to scyzoryk w kieszeni otwiera mi się ilekroć widzę, jak zatrudniają do tego również swoje dzieci. A to dlatego, że w ten sposób UCZĄ JE, że wyciąganie ręki i jęczenie "daj pani, daj" to jedyny sposób na życie. Takie dziecko nigdy nie pójdzie do normalnej pracy, bo skoro tatuś i mamusia nie splamili sobie nią rączek, to i ono przecież nie będzie.
   Mało tego. O co zakład, że takie Cyganiątko za kilka lat wyląduje w Zoo? Bo dla mnie to tak jasne jak fakt, że dziś na szczęście jest piątek, a to oznacza dwa dni spokoju psychicznego, z dala od moich kochanych Małpiątek...

czwartek, 18 listopada 2010

Ludzki odruch

   Dziś krótki wpis, którym sama sobie chcę poprawić nastrój (a co tu ukrywać, ostatnio psychicznie nie mam się najlepiej). Pracę, jak wiadomo, obiektywnie mam wyczerpującą nerwowo i raczej wprawiającą w stan permanentnego doła, niż przynoszącą satysfakcję. Ale nawet w Zoo zdarzają się od czasu do czasu takie momenty, od których Dragonce robi się cieplej - choć na moment.

   Kinga nie należy do najbardziej lotnych osób, w dodaktu choruje na chronicznego lenia i ciężko ją zapędzić do jakiejś aktywności związanej z tematem lekcji. Jest też dość infantylna i bywa, że nie mam pojęcia, jak z nią rozmawiać, kiedy zaczyna zachowywać się jak mała dziewczynka (łącznie z naśladowaniem głosu dziecka i seplenieniem) albo domagać się, by ją tak traktowano. Wyobraźcie sobie atrakcyjną, 16-letnią blondynkę, która kładzie się na ławce i prosi, by jej zaśpiewać kołysankę - albo podchodzi i zaczyna zaplatać nauczycielce warkoczyki "bo będzie pani słooodko wyglądała"... Nigdy jednak nie była w stosunku do mnie chamska, złośliwa czy wulgarna, tzn. jej "numery" nie były obliczone na to, by mi zrobić przykrość, nie były atakiem.
   No cóż, do wczoraj... Miałam z Kingą dwie lekcje i od początku wyraźnie widać było, że "coś ją ugryzło". Przez pierwsze 15 minut próbowałam ją skłonić, by zajęła się tematem, ale wyraźnie dała do zrozumienia, że ani myśli robić cokolwiek (położyła się na ławce okraszając komentarz kilkoma bluzgami), więc dałam jej spokój informując, że jeśli nie zmieni zdania, to skończy się to jedynką. Nie specjalnie ją to obeszło - siedziała nic nie robiąc przez całą pierwszą godzinę i pół drugiej, a ja konsekwentnie wstawiłam jej tę gałę. I tak by się pewnie zajęcia zakończyły, ale pod koniec chyba się Kinga znudziła, więc zaczęła przeszkadzać koleżance z sąsiedniej ławki rysując jej po zeszycie, zabierając telefon, szturchając itp. Panienki zaczęły się kłócić, Kinga głośno bluzgać, a ja po kilku upomnieniach zagroziłam, że wlepię jej uwagę. Na co usłyszałam: "No i se wstawiaj, ch*** z tym, pier*** mi to" - i kilka jeszcze innych tego typu uroczych komentarzy. Spojrzałam więc na nią smutno, a cały przebieg lekcji opisałam drobiazgowo w ich klasowym zeszycie, który pokazałam wychowawczyni.
   O zajściu zdążyłam zapomnieć (uwierzcie, takie wybuchy Małpiątek w Zoo są na porządku dziennym...) - aż tu mi dziś na lekcję z moją klasą zaraz po dzwonku przychodzi Kinga. I swoim starym infantylnym głosem oświadcza, że chce mnie przeprosić: "bo byłam wczoraj podkur*** na maksa, a jeszcze mnie Natalia wkur***, a pani się niepotrzebnie wcięła... No nie chciałam no... Damy se buzi?". Mojej klasie lekko szczęka opadła (no i dobrze, niech widzą, że za złe zachowanie trzeba przeprosić), ale mnie udało się zachować kamienną twarz i odpowiedzieć, że w porządku, przeprosiny przyjmuję i mam nadzieję, że Kinga będzie w przyszłości bardziej panować nad swoimi emocjami. Dodałam, że uwagi nie skreślę (byłoby to szalenie niepedagogiczne), ale zrobię adnotację, że uczennica przyszła następnego dnia i przeprosiła. To chyba Kingę uspokoiło, bo swoim starym zwyczajem rozczochrała mi włosy i poleciała.
   Nio. Nic tak nie poprawia humoru, jak ludzkie odruchy u Małpiątek.

wtorek, 16 listopada 2010

Poznaj belfra swego...

   W nowej szkole pracuję od września tego roku, więc siłą rzeczy  stanowię dla uczniów tejże placówki zagadkę przyrodniczą. Nie ma w tym niczego dziwnego - dobry wywyiad to podstawa, a żeby wroga zniszczyć, trzeba go najpierw rozpracować :) Każdy ma jakieś słabe punkty i ich odkrycie jest kwestią szalenie ważną, bo można wtedy przystąpić do ataku, wykonać niespodziewany Blitzkrieg, powalić przeciwnika i przystąpić do odliczania, kiedy już leży na łopatkach...
   No dobrze, żarty żartami, ale informacje o życiu osobistym człowieka, z którym ma się do czynienia, okazują się bezcenne - pod warunkiem, że umie się z nich skorzystać. W Zoo akurat "wywiad ma się dobrze": każdy uczeń ma założoną teczkę gromadzoną przez Panią Pedagog, do której  - oprócz niej i dyrekcji - wgląd mają osoby sprawujące bezpośrednią pieczę nad Małpiątkiem, czyli wychowawca i nauczyciele przedmiotowi. Trzeba przyznać, że jest to kopalnia wiedzy, bo Pedagog notuje tam dosłownie wszystko, co może mieć jakiekolwiek znaczenie, od informacji na temat dotychczasowej "kariery szkolnej" delikwenta (np. trzeci rok w tej samej klasie z powodu wagarów), po niekiedy bardzo drażliwe dane dotyczące rodziny (np. ma czworo rodzeństwa, każde z innego ojca...). Ja, jako wychowawca, nie wyobrażam sobie pracy z TĄ MŁODIEŻĄ bez świadomości, jak wygląda ich życie prywatne - a czemu, to już chyba zdążyliście się przekonać.
   Uczniowie rzecz jasna również próbują zdobyć informacje o nauczycielach, ale oczywiście nie mają do dyspozycji takiego arsenału środków, jak my. Aby się czegoś dowiedzieć, zasypują nas gradem pytań, a że są to małpiątka bardzo często zwyczajnie nie rozumiejące granic dobrego smaku czy wychowania, to te pytania potrafią wprawić w osłupienie - i to nie tylko pedagoga z tak świeżym stażem w Zoo, jak autorka tego bloga. I w dzisiejszym poście po raz kolejny oddam głos moim podopiecznym, tym razem pod hasłem: "czego uczniowie chcą się ode mnie dowiedzieć". Już Sokrates zauważył, że pytania są dużo ciekawsze od odpowiedzi, zostawię więc kwestie nurtujące uczniów bez komentarza. Na niektóre raczyłam odpowiedzieć (bo były całkiem zwyczajne, neutralne), ale, jak się sami przekonacie, ciekawość małpiątek nie zna granic...
   O co więc pytano Dragonellę?
  
   - Ile ma pani lat?
   - Ile pani waży?
   - Gdzie pani mieszka?
   - Czy ma pani chłopaka?
   - Dlaczego pani jeszcze nie wyszła za mąż?
   - Czy chce mieć pani dzieci?
   - Dlaczego się pani nie maluje?
   - Dlaczego pani farbuje włosy?
   - Jakich pani perfum używa?
   - Czy zawsze pani nosi spodnie?
   - Czy ma pani cellulit?
   - Czy jest pani dziewicą?
   - Czy goli pani cipkę?
   - Czy pani wagarowała w szkole?
   - Czy pani się kiedyś upiła?
   - Czy jarała pani trawę?
   - Czy spisała panią kiedyś psiarnia?
   - Czy napije się pani ze mną wódki, jak skończę 18 lat?
   - Czego pani słucha?
   - Czy pani kiedyś przeklina?
   - Czy pani chce tu pracować?
   - Ile pani zarabia?
   - Na kogo będzie pani głosowała w wyborach?

   I tak dalej... Nie traktuję tych pytań jako ataku, nawet, jeśli ewidentnie naruszają moją prywatność. Rozumiem, że małpiątka w ten sposób próbują mnie poznać, spojrzeć na mnie z innej strony. Nie odmawiam im tej przyjemności, choć z drugiej strony nie wyobrażam sobie np. innego komentarza do do pytania: "Czy goli pani cipkę?" niż: "Daruj Andrzejku, ale to sprawa wyłącznie między mną a moim partnerem..." :)

piątek, 12 listopada 2010

Archetyp domu a lekcja w Zoo

   Zaryzykuję tezę, że nauczyciel języka polskiego przygotowujący się do lekcji ma o wiele cięższe zadanie, niż jego kolega po fachu wykładający matematykę czy fizykę. I nim mnie w tym miejscu "ścisłowcy" odsądzą od czci i wiary, postaram się ową tezę uzasadnić.
   Nadrzędnym celem lekcji zarówno polonisty, jak i matematyka, jest przekazanie określonego materiału, dostarczenie informacji, względnie wyćwiczenie jakiejś umiejętności z uczniami. Tu jednak rola "ścisłowca" się kończy, gdy tymczasem polonisty często dopiero zaczyna... Dowcip polega na tym, że ułamki, procenty czy wzory trygonometryczne są w swojej wymowie obojętne, nie budzą większych emocji [no chyba, że ktoś się ich nie nauczy, wtedy przed klasówką emocje są, a jakże...], nie wywołują skojarzeń. Literatura już natomiast jak najbardziej i wcale nie mam na myśli banalnej dyskusji pod hasłem: "Czy podobała wam się lektura, czy nie?".
   Konkrety? Wyobraźcie sobie, że każecie charakteryzować Sonię Marmieładow ("Zbrodnia i kara") albo Tomasza Judyma ("Ludzie bezdomni") dziecku alkoholika. Albo analizować Księgę Hioba komuś, kto ma w rodzinie ciężkochorą osobę. Już nie wspomnę o "ryzyku" powiązanym z opowiadaniami Tadeusza Borowskiego - II wojna śwatowa była nie tak dawno. Przykłady można mnożyć, a prawda jest taka, nauczyciel nie jest w stanie przewidzieć, z czym i komu dana historia się skojarzy. A od polonisty przecież dodatkowo wymaga się, by na swoich lekcjach kształtował określone postawy moralne, wykorzystując do tego literaturę. I on musi umiejętnie balansować między przekazywaniem konkretnej wiedzy a wskazywaniem aspektu etycznego - bo jeśli przegnie w którąkolwiek stronę, to położy lekcję...

   Nawet w zwyczajnej szkole prezentowanie literatury wymaga zdolności przewidywania reakcji uczniów, a co dopiero w Zoo... Tutaj słowo daję - NIGDY nie można być pewnym, co, w którym momencie i u kogo wywoła jaką reakcję. Żeby nie szukać daleko - omawiałam z 3 gimnazjum fragmenty "Pana Tadeusza", anegdotę Wojskiego o Doweyce i Domeyce. Czy może być coś niebezpiecznego w zabawnej historyjce o dwóch szlachcicach użerających się z powodu zbieżności nazwisk? No mnie też się wydawało, że nie... Zaczęłam więc spokojnie zajęcia od zapytania, czy zdażyła się moim podopiecznym w życiu taka sytuacja, że ich nazwisko było powodem jakiejś pomyłki lub niecodziennej sytuacji. A i owszem, zdażyło się... Brat Uli "dostał kosą", bo nazywał się tak samo, jak jakiś złodziejaszek, który zadarł z silniejszymi od siebie. A Rafałek wtrąca, że pierwsze co zrobi po skończeniu 18 lat, to zmieni sobie nawzisko na panieńskie matki, bo nie będzie się nazywał tak jak "ten sk*** mój ojciec". A ty sobie, nauczycielu, prowadź wesolutko lekcję o Doweyce i Domeyce po takich deklaracjach...

   Właśnie siedzę nad lekcją dla 2 klasy gimnazjum. Celem jest wprowadzenie pojęcia archetypu domu, a potem analiza fragmentu "Prawieku..." Olgi Tokarczuk, traktującego o budowaniu domu Misi. Podręcznik zaleca rozpoczęcie zajęć od budowania sieci skojarzeń semantycznych wokół pojęcia "dom".
   Tjaaa... Już to widzę... Jak mam pytać o skojarzenia na temat domu dziecko, które jest w bidulu? Albo takie, które ma dom, ale  boi się do niego wrócić po lekcjach? Jak mam analizować archetyp domu z grupą uczniów, dla których to pojęcie znaczy zupełnie co innego, niż dla przeciętnego człowieka? Podać definicję i cechy "ideału domu", dając jednocześnie do zrozumienia, że to jest "norma w normalnym świecie", do którego dane dziecko nie ma wstępu?
   Ot, takie dylematy polonisty robiącego konspekty zajęć...

czwartek, 11 listopada 2010

A co Ty wiesz o patriotyzmie...?

Co to dziś znaczy - "patriotyzm", "patriota"?

   Takie pytanie zadałam uczniom 2 klasy liceum [pracowałam jeszcze w poprzedniej szkole] jako "wstępniak" do lekcji dotyczącej "Hymnu do miłości ojczyzny" Ignacego Krasickiego. W planach miałam wywołanie krótkiej, maksymalnie 10-minutowej wymiany zdań [w języku metodyki nauczania nazywa się to "dyskusja sterowana" :)], wprowadzającej dzieciaki we właściwy temat lekcji. Wywołałam natomiast niechcący tak zaciekłą dyskusję, że absolutnie nie chciałam jej przerywać i w rezultacie na omówienie oświeceniowej oktawy zostało mi raptem kilkanaście minut, ale nic to :)
   Już sam fakt, że temat zaowocował dyskusją, uważam za bardzo dobry objaw, bo to znaczy, że wzbudził emocje, dotknął "czegoś tam w środku" moich uczniów. Najgorsza reakcja, jakiej się obawiałam, to wzruszenie ramion, wyraz twarzy jak podczas oglądania transmisji rozgrywek szachowych, względnie komentarze rodzaju: "Że hę...? A o co się pani sor rozchodzi...?" Zawsze - przy omawianiu utworów literackich, ale też kiedy dotyczy to innych spraw - powtarzam moim podopiecznym, że nie ma nic gorszego, niż obojętność. Książka może wam się podobać lub nie, ale najgorsze, jeśli po was spłynęła. No dobrze, jeśli spłynęła jedna, to może być wina tekstu (trafiliście na grafomana), ale jeśli sytuacja się powtarza, to radzę przestać spędzać wolny czas w galeriach handlowych tudzież przed telewizorem i/lub kompem, zanim zamienicie się do końca w bezwolne maszyny, którymi idealnie się steruje. Do życia nie można podchodzić obojętnie, bo to oznacza pozwolenie, by ktoś inny narzucał nam swoją wolę.
   Ale dość dygresji, wracam do tematu patriotyzmu. W dyskusji klasowej trafiły się głosy skrajne [był wśród uczniów akurat i młody polski nacjonalista - burczący hasła w rodzaju "Polska tylko dla Polaków" i że prawdziwy Polak to jednocześnie katolik - i kosmopolita utrzymujący, że patriotyzm to dla niego puste słowo, bo on i tak będzie mieszkał tam, gdzie mu będzie najwygodniej, a w ogóle to granice powinno się znieść i najlepiej, gdyby wszyscy mówili jednym językiem], co i dobrze, bo podgrzewały atmosferę. Udało mi się natomiast skierować rozmowę na kwestię w moim odczuciu najważniejszą - co to znaczy DZIŚ być patriotą? Patriota podczas wojny wie, co ma robić - łapie za karabin, a jeśli nie może walczyć, to zajmuje się konspirą. Ale co na robić patriota, kiedy nie ma zagrożenia z zewntątrz, mamy niepodległość i państwo, którym zarządzamy sami? Ha...?
   Myślę, że dzisiejszy dzień jest właściwą porą, by zadać sobie takie pytania. Taki zresztą był i cel lekcyjnej pogadanki - nie wywołałam jej po to, by narzucić uczniom swój punkt widzenia [choć owszem, przedstawiłam go, o co zresztą zostałam poproszona - "A czy sor jest patriotką?"]. Chciałam ich zmusić, by zaczęli się nad tym problemem zastanawiać. I udało się.

   A co to oznacza dla mnie? Przede wszystkim przywiązanie do języka i kultury narodowej. Trudno mi to wytłumaczyć komuś, kto tego nie doświadczył, ale samo brzmienie języka polskiego wywołuje we mnie ciepłe uczucia. Przypomina mi się taka ilustracja z mojego życia: wracałam z 2-tygodniowych kolonii wakacyjnych we Włoszech, miałam jakieś 13 lat. Jasne, tęskniłam za rodzicami - ale nawet nie wyobrażacie sobie, jakiego wzruszenia doświadczyłam po przekroczeniu na powrót polskiej granicy, kiedy w głupim McDonaldzie panienka PO POLSKU zwróciła się do mnie z pytaniem: "Co Ci podać?", a ja jej mogłam PO POLSKU odpowiedzieć, że: "Proszę fishburgera i ciastko z owocami". Nie żartuję, miałam ochotę ją uściskać... Zaznaczam - nie uważam jednocześnie, że inne języki są gorsze. Brzmienie niektórych mi się podoba (np. rosyjski, czeski czy hiszpański), a niektórych nie (np. niemiecki czy francuski), ale to nie ma znaczenia, język to język, środek komunikacji. Natomiast TYLKO brzmienie polskiego powoduje u mnie coś w rodzaju przypływu czułości. I to może tłumaczyć w pewnym stopniu zainteresowanie tekstami pisanymi w tym języku. Zwłaszcza "dobrymi tekstami".
   Na koniec napiszę, co odpowiedziałam uczniom na pytanie, co w takim razie ma robić dziś polski patriota. No jak to co? Rzecz jasna, starać się mówić poprawnie, dbać o niezaśmiecanie języka, znać polską historię - ale nie tylko. Powinien się uczyć, zdobywać wykształcenie, dobry zawód, by móc wykonywać potrzebną pracę. Powinien chodzić na wybory. Powinien przestrzegać prawa, a jeśli uzna, że prawo jest szkodliwe, to robić co może, by je zmieniono. Powinien wyrzucać papiery do kosza, a nie na chodnik. Powinien reagować, kiedy widzi, że komuś dzieje się krzywda. Powinien obserwować inne narody i uczyć się - od nich i na ich błędach.
   Idę teraz na spacer. Ciepłą jesień mamy tego roku, a "piękna nasza Polska cała, piękna, żyzna i wspaniała". :) Pa, robaczki :)
  

środa, 10 listopada 2010

Co u Havranka?

   W poście "Zdrowotna spychologia" opisywałam zmagania z naszą ukochaną państwową służbą zdrowia w kontekście zagrożenia gruźlicą. Poznaliście tam mojego przyjaciela i jednocześnie współlokatora: intelektualistę-suchotnika :) Jest to osoba z wszech miar nietuzinkowa i na pewno będę jeszcze wielokrotnie o nim wspominała. Na razie jednak spieszę z doniesieniami na temat jego stanu zdrowia, bo moi czytelnicy co jakiś czas wyrażają zaniepokojenie jego stanem. Dziś więc króciutki tekst pt:

"No co z tym Havrankiem?!"

   Otóż, panie i panowie, pacjent będzie żył :) Pierwsze 3 tygodnie spędził w szpitalu w izolatce, a wstęp do niego miały jedynie osoby, które przywdziały fartuchy i maski. Notabene, tak zwyczajne czynności jak prysznic, w jego przypadku zamieniały się w skomplikowaną pod względem logistycznym operację. Pacjenci i personel całego piętra byli zamykani w salach, a po Havranka przychodziła zabezpieczona fartuchem i maską pielęgniarka, która prowadziła go do łazienki. Tam nieszczęśnik dokonywał ablucji, po czym był odprowadzany do swojej izolatki. Kiedy już się w niej na powrót znalazł, następowała dezynfekcja korytarza i łazienki za pomocą specjalnej lampy niszczącej bakcyle gruźlicy. Dopiero wtedy siostra mogła wypuścić innych chorych oraz pielęgniarki, a życie oddziału wracało do normy...
   Po 3 tygodniach zapadła decyzja, że chory może kontynuować leczenie w warunkach domowych. Umożliwia to "ukształtowanie terenu", ponieważ rodzice Havranka mają domek jednopiętrowy, odizolowali więc nieszczęśnika - niczym księżniczkę na wieży - na górze, a sami przenieśli się na parter. Przebywa tam do dnia dzisiejszego, choć od niedawno dopiero zdjęto mu nakaz ścisłej izolacji i może już przyjmować gości [tzn. nie zaraża już gruźlicą]. Ma w planach opuścić domowy szpital w połowie grudnia, ale to zalezy od tego, jak szybko będzie nabierał sił.
   A osłabiony jest bardzo... Gruźlica wyżarła mu w płucu dziurę 3 na 4 cm, a do szpitala trafił z 15 kilogramami niedowagi. Leczony jest końską dawką antybiotyków [bierze 19 tabletek dziennie...] i tak będzie przez co najmniej pół roku. Ma w planach sprawienie sobie laski, by się tak nie męczyć przy chodzeniu. Z tym rekwizytem zresztą będzie niezły numer, bo Havranek nie byłby sobą, gdyby nie wynalazł czegoś pasującego do jego image'u "groźnego czarnego zakapiora" :) Ubiera się wyłącznie na czarno, a jesienią i zimą zwykł nosić czarny, skórzany płaszcz. Laska ma zatem być czymś w rodzaju cienkiej, wojskowej szpicruty... Nie jest wcale prosto coś takiego namierzyć, ale Havranek nie należy do osób, które łatwo sie poddają :)
   Tak czy inaczej, suchotnik wraca do zdrowia. I wypada mieć nadzieję, że choroba zmusi go, by zaczął regularnie jadać i się wysypiać. Nie samą pracą żyje człowiek, a co dopiero gruźlik...

sobota, 6 listopada 2010

Małpka nr 3 - Innastraniec

   Czas na kolejną Małpkę, tym razem dość nietypową.
   W Zoo dzieci normalne to anomalie przyrodnicze. Wypada zapytać, co rozumiem przez stwierdzenie "dzieci normalne". Już wyjaśniam - to takie, które mają szczęśliwe domy z kochającymi, spełniającymi swoje zadania rodzicami, nie mają kuratora na karku i nie czekają na wyrok w sprawie pobicia lub kradzieży, nie leczą się psychiatrycznie, nie posiadają przepitych vel przepalonych mózgów i nie siedziały 2-3 lata w poprzedniej klasie w innej szkole, zanim dyrekcja naszej się nad nimi ulitowała. Normalne dzieci w Zoo nie mają czego szukać, a jeśli już się pojawiają, to wypada mieć nadzieję, że "nauka" tutaj nie zrobi im krzywdy. Jak się można domyślić nikt, kto może pójść do zwyczajnej szkoły, do Zoo się nie wybierze. Mimo to czasem trafia się takie "normalne biedacwto", które musi się tu uczyć. I dziś przedstawię Wam jedno z nich.

   Misza* jest przemiłym, grzecznym i spokojnym chłopcem, w dodatku uzdolnionym plastycznie i marzącym o nauce w liceum o profilu artystycznym. Ma jednak jeden zasadniczy problem - jest obywatelem jednego z krajów byłego ZSRR, tam się wychował i skończył gimnazjum. Jego ojciec prowadzi w Polsce prywatną firmę i dopiero rok temu udało mu się tu ściągnąć żonę i dzieci. Misza rok przesiedział w domu, ale dłużej tak być nie mogło, wszak jest niepełnoletni i podlega obowiązkowi szkolnemu. Za słabo jednak mówi po polsku, by przyjęła go jakakolwiek zwyczajna szkoła (o wymarzonym liceum plastycznym nie wspominając). I tak oto trafił do Zoo... Jest w klasie zawodowej i w ramach praktyk montuje kabiny prysznicowe, zlewy i sedesy. A ja go uczę języka polskiego...
   Nie poinformowano mnie, jak się sprawy mają, ale zorientowałam się dość szybko, co "jest nie halo". Trzeba było widzieć jego minę, kiedy - zgodnie z programem nauczania - zaczęłam z nimi we wrześniu omawiać "Lament świętokrzyski", "Bogurodzicę", a potem "Treny" Kochanowskiego... Chłopiec jest na tyle cichutki, że nawet nie poskarżył się, że siedzi jak na chińskim kazaniu, tylko dzielnie przepisywał z tablicy tak, jak umiał najwierniej i wpatrywał się we mnie wielkimi ze zdziwienia oczami. Ja natomiast poleciałam do wiceszefowej, naświetliłam jej problem i jednocześnie przedstawiłam swój pomysł na jego rozwiązanie. Pomysł został przyklepany, omówiony z rodzicami chłopca i przez nich zaakceptowany.
   Tak się - szczęśliwie dla Miszy - składa, że skończyłam drugą specjalizację polonistyki: nauczanie języka polskiego jako obcego. Czym innym jest bowiem uczenie polskiego dziecka, a czym innym obcokrajowca. Wymaga to spojrzenia "z zewnątrz" na gramatykę i słownictwo i zapewniam, polonista bez odpowiedniego przygotowania nie jest w stanie tego zrobić bez szkody dla ucznia.
   Oficjalnie wszystko jest po staremu - Misza chodzi na lekcje z klasą, prowadzi zeszyt i pracuje, jak umie, nawet próbuje pisać sprawdziany. Raz w tygodniu natomiast zostaje ze mną po lekcjach i wtedy ma miejsce właściwa nauka. O spotkaniach tych wie dyrekcja, wychowawczyni i rzecz jasna rodzice chłopca. Konspiracja jest konieczna, bo inaczej koledzy nie daliby mu żyć - już i tak ma łatkę "innastrańca", a jeszcze jak by wyszło na jaw, że jest tu na specjalnych prawach...?
   Czego uczę Miszę? Zaczęliśmy od deklinacji - dopełniacz, potem biernik (dwa najczęściej używane polskie przypadki). Końcówki, zasady, zastosowanie w zdaniach... Potem słownictwo - na pierwszy ogień dotyczące człowieka, części ciała, potem cechy charakteru. Zdążyłam mu już zrobić dwie klasówki: z dopełniacza cztery plus, "podpisanie ludka" na pięć. I oby tak dalej. Nie mogę się doczekać, kiedy będziemy omawiać miejscownik - rzecz jasna przyniosę mu sztandarową piosenkę do nauki tego przypadka, czyli "W kinie, w Lublinie" Brathanków :)
   Wiecie co? Czekam na te cotygodniowe zajęcia tak niecierpliwie, że aż przebieram nogami. Przysięgam, jest to JEDYNY mój uczeń w tej szkole, któremu się "chce". I słusznie. Sama mu powiedziałam: "Misza, ty masz się tak przykładać do polskiego, żebym cię tu we wrześniu za rok nie widziała".
   I mam nadzieję, że tak będzie. Szkoda go do Zoo.

* - jak myślicie, co tradycyjnie zrobiłam z imieniem? :)

piątek, 5 listopada 2010

Smocze wywiadówki

   Tym razem będzie o wywiadówkach.
   Możecie mi wierzyć - zebrania z rodzicami są dla belfra dość stresujące. No dobrze, nie wykluczam, że po kilkunastu latach pracy pewnie wpadnę w rutynę i będę podchodziła do wywiadówki tak mechanicznie, jak do mycia zębów. Póki co jednak każdorazowo wracam do domu wypluta i przemielona. Nie inaczej było i wczoraj, choć z zupełnie innych powodów, niż to drzewniej bywało.
   A jak bywało? Doskonale pamiętam "moją pierwszą wywiadówkę". Mialam 24 lata, był to 3 dzień mojej pracy na stanowisku nauczyciela. Mówiąc dosadnie - świadomość, że mam stanąć przed 30-osobową grupą ludzi w wieku moich rodziców (lub niewiele młodszych), prawić o składkach na komitet, o prawach i obowiązkach ucznia i generalnie mądrzyć się, jak bym była alfą i omegą, sprawiała, że chciałam mieć na sobie zgrabne i modne pieluchomajtki... Nie było jednak tak tragicznie, a jak się okazało później, prowadzenie zebrań szło mi dość dobrze. Ogólnie mówiąc miałam dość trudną klasę (oczywiście, jak na realia normalnej szkoły...) i zdecydowanie lepiej dogadywałam się z rodzicami moich wychowanków, niż z nimi samymi. Poza tym szybko przekonałam się, że na wywiadówki i tak nigdy nie przychodzą mamusie i tatusiowie tych delikwentów, z którymi są największe problemy. Tych rodziców trzeba długo i mozolnie ścigać telefonami, zanim raczą przyjść. Ale może to i lepiej, bo bardzo często "trudne dziecko" oznacza też "trudnego rodzica", a więc takiego, który z góry wie wszystko najlepiej i zakłada, że szkoła chce zrobić ukochanemu dzieciątku krzywdę, a w ogóle to program jest przeładowany, a nauczyciel nie jest odpowiedzialny tylko za trzęsienie ziemi, gradobicie i koklusz... Z takim rodzicem lepiej rozmawiać na osobności :)
   Ale i od tej reguły bywają wyjątki, o czym przekonałam się wczoraj. Zawitała do mnie siostra i jednocześnie prawna opiekunka dziewczęcia - nawzijmy ją dla wygody Agnieszką (imię jak zwykle zmienione) - które uczę polskiego (nie jestem jej wychowawczynią). Chciała wyjaśnić kwestię zarobienia przez rzeczoną pannicę trzech jedynek na czysto. Przyszły obie, chętnie więc zgodziłam się na rozmowę - myślałam naiwnie, że faktycznie będzie dobra okazja, by Agnieszka, czując się bezpiecznie w towarzystwie swojej siostry, spokojnie ustaliła ze mną warunki poprawy tych ocen. Dziewczę niestety inteligencją nie grzeszy, na lekcjach pojawia się sporadycznie, a jeśli się łaskawie zjawi, to i tak rozmawia z koleżanką z ławki, całkowicie ignorując moje polecenia. W dodatku nie panuje nad sobą (co jak już wspomniałam - w Zoo jest na porządku dziennym) i odnosi się do mnie po chamsku. No ale myślę sobie - dogadamy się na spokojnie i będzie ok.
   Tjaaa... Już po kilku minutach stało się dla mnie jasne, po co tak naprawdę zawitała do mnie siostra Agnieszki - oraz niestety, gdzie moja uczennica nauczyła się w tak arogancki i pogardliwy sposób odnosić do ludzi. Zaczęło się od mojego ukochanego sugerowania, że to ze mną jest coś nie tak "bo jak to się dzieje, że Agnieszka na innych przedmiotach dostaje dobre oceny, tylko u pani jedynki? I jak to jest, że tylko z panią się nie może dogadać?" Odparłam spokojnie, że nie wiem, bo nie towarzyszę Agnieszce na innych przedmiotach i odpowiadam tylko za to, co się dzieje u mnie - a drugą część pytania można równie dobrze odwrócić i sformułować: jak to się dzieje, że z każdym innym uczniem w końcu się jakoś dogaduję, a z Agnieszką nie...? Dalej już było z górki - siostra zaczęła swoją tyradę, już nawet nie sugerując, a wprost zarzucając, że te oceny są niesprawiedliwe, bo się uwzięłam, że nie dałam dziecku szansy, zadawałam wredne pytania i tym podobne. Próbowałam się ze dwa razy jeszcze odezwać, ale mi przerwano, więc odpuściłam. Kiedy się zapowietrzyła, powiedziałam tylko, że nie będę rozmawiała na tym poziomie, bo nie ma to sensu, skoro ta pani i tak lepiej wie, jak było. Oświadczyłam też, że spotaknie możemy kontynuować, ale tylko w obecności pani wicedyrektor lub pedagoga szkolnego, po czym wskazałam mojej rozmówczyni drzwi. Na to usłyszałam, że jeśli w dzienniku pojawi się jeszcze jedna jedynka, to one "mnie załatwią", podadzą do sądu, blablablabla...
   Cóż, uroki bycia nauczycielem... Najgorsze w tym wszystkim jest to, że ja się jeszcze takimi wariatkami przejmuję i pozwalam, by niszczyło mi to spokój na długo. I tu wcale nie chodzi o strach przed "załatwieniem" - w kwestii oceniania naprawdę nie mam sobie nic do zarzucenia, dziewczę nic nie umiało i stąd te gały. Czemu więc mną telepie? Chyba za porządna do tej roboty jestem :)
   Nawiasem mówiąc - Agnieszka oczywiście na polski dziś nie przyszła. No i dobrze, czas działa na jej niekorzyść. Niech nie chodzi dalej, to będzie nieklasyfikowana...

wtorek, 2 listopada 2010

Cytaty cynią cłowieka ocytanym

   Od początku istnienia tego bloga "chodzi za mną" opisanie, jak wygląda zwyczajna, codzienna lekcja w Zoo. To tylko pozornie proste zadanie. Kiedy próbuję postronnym ludziom, którzy nigdy nie widzieli TAKIEJ szkoły od środka opisać, co się dzieje na zajęciach, reagują zwykle na dwa sposoby. Pierwsza grupa wybucha śmiechem, bo te historie brzmią tak nieprawdopodobnie, że nie do pomyślenia jest, by były prawdziwe. Druga grupa myśli, że koloryzuję. Kiedy jednak upewniam ich po raz n-ty, że to wydarzyło się naprawdę - zasypują mnie gradem arcy-mądrych rad, bo przecież skoro ja, jako pedagog, dopuszczam do takiego zachowania, to znaczy, że ze mnie d***, a nie pedagog. Cóż, życie to nie film "Młodzi gniewni", ja nie jestem Michelle Pfeipfer i tu nie ma happy endu...
   Poznaliście do tej pory szczegółowo dwie małpki, poznacie w przyszłości jeszcze kilka. Trzeba jednak pamiętać, że w szkole jest jeszcze "cała reszta" - czyli inne dzieciaki, dla których Zoo jest ostatnią szansą i których nie chce już żadna inna szkoła. A te "inne szkoły" musiały mieć przecież powody, by się takiego małpiątka pozbyć, niczym śmierdzącego jajka...
   W tym poście oddam po prostu głos moim podopiecznym. Będzie on złożony z cytatów - wyrwanych z kontekstu, pojedynczych wypowiedzi uczniów skierowanych na lekcjach pod moim adresem. Tym razem nie komentuję, nie stawiam diagnozy: dlaczego, jak, po co, co dziecię miało na myśli i o co woła tą wypowiedzią. Nie. Tym razem refleksję pozostawiam Wam. Oto, z czym młoda kobieta, polonistka, przychodząca w dobrej wierze na zajęcia, styka się codziennie.
   Wypowiedzi z konieczności będą cenzurowane, w taki jednak sposób, by można było odczytać, co małpiątko powiedziało. One wszakże się nie "wykropkowują", tylko mówią wprost.

   "Pani jest 100 lat za Murzynami".
   "Pani jest jakaś nienormalna".
   "Skąd pani się urwała? Co pani ćpa?"
   "Podokuczajcie pani razem ze mną!"
   "Ona jest jakaś chora na głowę!"
   "Krzesłem ją, krzesłem!"
   "Ja zaraz pani coś zrobię..."
   (na polecenie wyjęcia zeszytu) "Sama se wyjmij!"
   (na zwrócenie uwagi, że do nauczyciela nie mówi się na ty) "A jak mam mówić, może jeszcze proszę pani?!"
   (uczennica spóźniła się 20 minut, więc domagałam się wyjaśnień) "Jeszcze mi będziesz robić wyrzuty?!"
   (na polecenie przepisania notatki z tablicy) "Mam to w d***!"
   "Nowi nauczyciele nie będą mi mówić, co mam robić"
   (kiedy odmówiłam wyjścia z sali w czasie lekcji) "Wal się!"
   "Wyr*** mnie w d***sko!"
   "Ch*** ci w d***!"
   J***ać panią od polskiego!"

Chyba wystarczy?
To na dziś enter.