Dziś mam tak naprawdę pierwszy dzień wakacji. Wczoraj jeszcze musiałam pojechać do Zoo na radę plenarną, która trwała kilka godzin. Dla niezorientowanych - "ogłoszenia parafialne" dyrekcji, czytanie sprawozdań, roboczy przydział czynności na kolejny rok szkolny, informacje na temat egzaminów poprawkowych. Generalnie nuda, ale niestety konieczna ze względów formalnych.
Na odnotowanie zasługuje nowe zarządzenie Głównej, pod którym podpisuję się obiema rękami [to jest skrzydłami...]. Otóż Szefową - podobnie jak mnie - wkurzyła nadmierna ilość egzaminów klasyfikacyjnych przyznawanych wagarowiczom i krętaczom, którzy traktują ten przywilej jako dodatkowy termin na zasadzie "a może się uda". W rezultacie przychodzą kompletnie nieprzygotowani, dostają jedynki... które potem poprawiają w sierpniu. Oni mają w nosie, a my, nauczyciele, musimy dwukrotnie uruchamiać całą procedurę związaną z egzaminami. Główna poszła więc po rozum do głowy, dokładnie przeanalizowała statut szkoły i wyczytała, że egzamin klasyfikacyjny należy się TYLKO uczniom, którzy mają nieobecności USPRAWIEDLIWIONE. W pozostałych przypadkach jest to wyłącznie dobra wola Rady Pedagogicznej - i jak praktyka pokazywała, rada zbyt często wyrażała zgodę na egzamin z byle powodu. Szefowa więc oznajmiła, że od września prawo do egzaminu klasyfikacyjnego będą mieli wyłącznie uczniowie, których nieobecności mają odpowiednią "podkładkę", a nie żadne tam "trudna sytuacja życiowa". Co więcej, podanie o egzamin z uzasadnieniem małpka będzie jej musiała OSOBIŚCIE zanieść w zębach do gabinetu - co na pewno będzie wystarczającym zabiegiem odstraszającym kombinatorów, bo uwierzcie, nie chcielibyście być w skórze ucznia, na którego wydziera się Główna... Następnie w stosownym terminie wołany będzie wychowawca delikwenta i z nim dokładnie analizowany konkretny przypadek. I dopiero w sytuacji, kiedy Szefowa nie będzie miała żadnych zastrzeżeń, to podanie zostanie przedstawione Radzie Pedagogicznej do przegłosowania.
Co to oznacza w praktyce dla małpek? Ano prostą kalkulację: lepiej się nie nauczyć, przyjść i dostać jedynkę - niż robić uniki. W przypadku bowiem oceny niedostatecznej na koniec bez łaski dostaje się poprawkowy [a nawet dwa]. Natomiast jeśli nauczyciel wyliczy, że brakuje obecności - to pozamiatane, powtarzamy klasę... Mam tylko szczerą nadzieję, że moi koledzy i koleżanki z pracy będą w tej kwestii konsekwentni i nie będą na siłę klasyfikować leni i kombinatorów, którzy absolutnie na to nie zasługują.
Ale dość o szkole - bo w końcu jestem na urlopie. Co zatem porabia Smok? Zasadniczo się roztapia. Najmniejszy wysiłek powoduje, że dosłownie robię się cała mokra i zupełnie nic na to nie mogę poradzić. Mój organizm dokładnie w ten sposób ratuje się przed przegrzaniem, trudno. Jedyne, co mogę robić, to uzupełniać płyny, by się z kolei nie odwodnić. Jedynym plusem tej pogody jest to, że prawie wcale nie chce mi się jeść. Ciśnienia nawet nie mierzę, nie chcę się przestraszyć :)
Zamierzałam pospać, ale się nie dało, bo za gorąco. Wstałam więc prawie o tej samej porze, co Hipek do pracy [czyli po 6 rano]. Swoją drogą, jak tu się cieszyć z wakacji, skoro błotny ssak i tak jest poza domem i ciężko haruje...? No nic to, odwaliłam domowe obowiązki, czyli sprzątanie, pranie, zakupy. Wiecie co, chrzanię takie układy, że po każdorazowym wyjściu z domu na to słońce muszę w Pomarańczowej Jaskini dochodzić do siebie godzinę [nic a nic nie przesadzam!]. Siedzę zatem przed laptopem, stopy mam w miednicy z zimną wodą, w twarz dmucha mi podręczny wentylatorek [nabytek Hipka] i popijam zieloną herbatę w temperaturze pokojowej [genialna sprawa na upały]. I nic mi się nie chce.
Ale przepraszam, wykonałam dziś jedną pożyteczną rzecz. Zrobiłam online kwerendę po miejskich bibliotekach i namierzyłam kilka książek, które przydadzą mi się do napisania pracy podyplomowej. Teraz muszę zebrać się w sobie, pojechać je zamówić i odebrać, a jak się domyślacie, nie bardzo mam na to ochotę przy tej temperaturze za oknem. Może jutro... :) Namierzyłam też dwie knigi wydane na początku XX wieku dostępne online w postaci skanów [kochana Biblioteka Uniwersytetu Śląskiego :)]. Śmiejcie się, ale budzi się we mnie żyłka naukowca i szperacza, czyli Smok w swoim żywiole. Zamierzam skompletować materiały, a potem je zapakować i wynieść się na wieś do Seniorki. Tyle przynajmniej będę miała wakacji... Ale to dopiero w przyszłym tygodniu, jak już, bo zapowiadają ochłodzenie. Nie mam zamiaru ładować się nikomu na łeb w takim stanie fizycznym [a on się nie polepszy, dopóki są upały], nawet, jeśli ten ktoś to moja najukochańsza rodzicielka.
A teraz, moi drodzy Czytelnicy, zachęcona zainteresowaniem, jakie wzbudził Urodzinowy Galaretkowiec Hipka [o czym świadczą liczne komentarze pod postem], zaserwuję Wam dziś kolejny przepis. Mam nadzieję, że nie obrazicie się, że na czas wakacji blog szkolny zmieni charakter - przynajmniej w części - na blog kulinarny... Obiecuję, że nie będzie to stan permanentny, ale edukacyjnie mamy sezon ogórkowy [chyba, że odezwą się obcokrajowcy...], a o czymś pisać trzeba. Mam w zanadrzu kilka przepisów, które są naprawdę dobre i sprawdzone. Nie powinniście być zawiedzeni.
Lubicie szpinak? Nie każdy jest jego fanem, ale jeśli tak, to uraczę Was czymś ekstra - roladą szpinakową. Wbrew pozorom bardzo prosta i szybka w przygotowaniu - całość zajmuje najwyżej godzinę. Niestety, obecnie nie mogę jej robić, bo Hipkowi zrobił się do niej uraz - wcinał ją ochoczo na pierwszym etapie choroby, a potem go od tej potrawy odrzuciło... Cóż, może to kiedyś przejdzie. Oby, bo roladka jest w dechę.
ROLADA SZPINAKOWA
2 opakowania mrożonego szpinaku [2x450g]
4 jajka
2-3 łyżki bułki tartej
2 serki śmietankowe typu "almette"
sól, pieprz, czosnek granulowany [do smaku]
plastry wędzonego łososia / upieczona pierś z indyka pokrojona w cienkie plastry / tuńczyk z puszki
Szpinak rozmrozić [najlepiej zostawić na noc], dobrze odcisnąć. Do zimnego szpinaku dodać 4 żółtka, bułkę tartą, przyprawy, zmiksować. Ubić pianę z 4 białek i ostrożnie wymieszać łyżką z masą szpinakową. Blachę piekarnika wyłożyć pergaminem i na nim równomiernie rozsmarować ciasto. Piec ok. 20 minut w temp. 200 st. C. Na CIEPŁE ciasto nałożyć kuchenną ściereczkę, zwinąć w rulon i tak wystudzić. Następnie rozwinąć roladę i wysmarować serkami. Na to rozłożyć równomiernie łososia [albo indyka czy tuńczyka]. Ostrożnie zawinąć w roladę, wstawić do lodówki, by się schłodziło. WCINAĆ.
Rewelacyjne na drugi dzień, jak się przegryzie, ale szczerze wątpię, by przetrwało tyle czasu...
[Rolada szpinakowa - wersja z tuńczykiem]