Prawa autorskie

Wszystkie teksty publikowane na tym blogu są mojego autorstwa. Jeśli jest inaczej, wtedy zaznaczam, że jest to cytat. Kopiowanie i rozpowszechnianie treści tej witryny bez mojej zgody jest niezgodne z prawem.

[Dz.U. z 1994 r. nr24, poz. 83]

czwartek, 26 lipca 2012

(Nie)żołądkuj się...

    Z braku - mam nadzieję, że tylko na razie - kolejnej grupy do uczenia, mam dla Was następny post kuchenny. Będzie, jak się łatwo domyślić, o żołądkach.

    Zdaję sobie sprawę, że przez wiele osób żołądki [czy ściśle mówiąc - ogólnie podroby] są potrawą niegodną jedzenia, taką jakby trochę "nieczystą". Nie będę się z tym odczuciem wdawała w dyskusję, choć w mojej ocenie jeśli ktoś je mięso w ogóle, to nie widzę specjalnej różnicy, czy to jest mięsień pośladkowy w postaci szyneczki, czy tkanka z innej części ciała. Najważniejsze, żeby smakowało :) Wracając konkretnie do żołądków, to kojarzą mi się nierozerwalnie z przedszkolem oraz ze stołówką w podstawówce - taki sztandarowy, tani w przygotowaniu posiłek, idealny do zastosowania w zbiorowym żywieniu. U nas w domu nie przypominam sobie, by Seniorka kiedykolwiek zrobiła żołądki, dlatego też nie miałam ich w repertuarze do czasu, aż poznałam Hipka. Błotny ssak mianowicie podroby uwielbia i mógłby jeść na przemian żołądki, wątróbkę, serduszka, nerki, a potem od początku :) Nerek robić nie zamierzam [chyba, że ktoś podrzuci mi naprawdę prosty przepis - bo te, na które ja się natknęłam, wymagają stanowczo za dużo babrania], serduszka mi jakoś nie smakują - ale za to w żołądkach i wątróbce nieskromnie mówiąc zdążyłam się już wyspecjalizować. Dziś zatem przepis na naprawdę proste, ale co ważniejsze, pyszne żołądki. Proporcje na 4-5 osób.

ŻOŁĄDKI W SOSIE ŚMIETANOWO-KOPERKOWYM

1kg żołądków [kurze lub indycze - te drugie są delikatniejsze w smaku i nieco bardziej "wykwintne"]
2 kostki bulionu warzywnego
4-5 ziarenek ziela angielskiego
kilka listków laurowych
pęczek koperku
śmietana 12%
mąka
pieprz [do smaku]

Żołądki dokładnie oczyścić z farfocli i "żółtego czegoś", pokroić w kawałki [nie za małe!]. Wrzucić do średniej wielkości gara, nalać wody na jakieś 2-3cm nad poziom mięsa, zagotować. Z gotującej się powierzchni wody zdjąć łyżką biały nalot [można przecedzić, jeśli ktoś chce mieć super czysty wywar, ale ja tego nie robię, a i tak wychodzą dobre...], wrzucić kostki bulionowe, ziele angielskie i liście laurowe. Zamieszać, zmniejszyć płomień, przykryć i gotować na bardzo bardzo małym ogniu [ma sobie leciutko bulgotać] ok. 2 godzin. Nie trzeba stać i ich pilnować - od czasu do czasu zaglądamy, czy się za dużo wody nie wygotowało [jeśli tak, to dolewamy, ale WRZĄTKU, żeby nie przerwać gotowania], mieszamy i mamy z głowy. Żołądki się co prawda jak widać długo robią, ale nie wymagają zaangażowania kucharza w tym czasie.
    Kiedy mięso jest miękkie, przygotowujemy "zagęszczacz". W dużym kubku [ja mam taki prawie pół litrowy - Hipek z niego pije kawę :)] robimy miksturę składającą się z 2 pełnych łyżek śmietany, mąki i gorącej wody, które mieszamy do uzyskania jednolitej konsystencji. Następnie powoli toto wlewamy do żołądków, najlepiej od razu mieszając, żeby się nie zrobiły lane kluski. Jeśli jest za mało gęste, to jeszcze dodajemy mąki z wodą, ale już bez śmietany. Na koniec sypiemy pieprz według uznania i wrzucamy drobniutko posiekany pęczek koperku. Mieszamy wszystko łychą... i gotowe :)
    Podajemy z kaszą lub ziemniakami oraz jakąś surówką. Choć Hipek z lenistwa czasem wtrząchnie z bułką, a i tak mu się uszka z uciechy trzęsą.
    No cóż, pozostaje mi życzyć SMOCZNEGO :)



poniedziałek, 23 lipca 2012

Przerwa na obcokrajowców

    W zeszłym tygodniu - od środy do piątku - trafiła mi się szybka fucha w charakterze lektora dla cudzoziemców łaknących polszczyzny jak kania dżdżu :) Dla tej części moich Czytelników, która dołączyła do nas niedawno, wyjaśniam: Dragonka dorywczo trudni się też nauczaniem języka polskiego jako obcego, tzn. wtedy, kiedy jej się coś trafi. Jeśli nie pamiętacie, jak to się odbywało w poprzednie wakacje, to zapraszam do odświeżenia postów z lipca i sierpnia 2011 [polecam w szczególności "Żółte wiaderko" oraz "Psze pani, co to znaczy"].
    Tym razem było prawie identycznie, jak rok temu - czyli telefon we wtorek, a zajęcia od środy [wskoczyłam na zastępstwo za lektorkę, której pochorowało się dziecko]. Dwóch uczniów, z czego z pierwszym, Dieterem z Drezna, miałam już lekcje indywidualne w tamte wakacje, tak więc przynajmniej bardzo dobrze wiedziałam, czego się spodziewać. Jest to tak na oko 40-letni facet, który prowadzi interesy w Polsce, więc język jest mu potrzebny z powodów biznesowych - ale sprawę też ułatwia fakt, że jego była żona i jednocześnie matka jego dwójki dzieci, jest Polką. Dieter niestety z jakiegoś powodu jest przypadkiem niewyuczalnym, tzn. zatrzymał się na poziomie komunikatywnym, pozwalającym mu się dogadać w taki sposób, aby być zrozumianym, ale na tym koniec. Teraz jednak musi zdać egzamin certyfikacyjny z polskiego na poziomie B1 i dlatego zażyczył sobie ostrego treningu gramatycznego.
   Drugi z uczniów to Andreas, przesympatyczny student antropologii z Kopenhagi. Przyjechał do Polski na 4 miesiące... podglądać gospodarstwa rolników w Bieszczadach. To nie żart - zarzekał się, że to dla niego fascynujący materiał badawczy, bo mało zostało w cywilizowanej części Europy takich "skansenów chłopskich", jak właśnie w Bieszczadach. No cóż, pewnie sporo w tym prawdy... Adreasowi zależało przede wszystkim na tym, by móc się zacząć dogadywać i przeżyć w polskiej głuszy, bo trudno oczekiwać od tubylców, że będą znali angielski :)
    Dowcip z uczeniem obu panów polegał na tym, że Niemiec był na zdecydowanie wyższym poziomie językowym, niż Duńczyk - ale ze względów formalnych nie bardzo się dało przydzielić ich do innych grup. W związku z tym szefowa połączyła ich w parę i niech lektorzy się martwią... No cóż, przerobiłam z nimi trochę gramatyki [dokładnie tryb rozkazujący i warunkowy, bo to im wypadało z programu opracowanego przez poprzednią nauczycielkę], pomęczyłam ich zestawami egzaminacyjnymi z poziomu B1 [ku radości Dietera, a rozpaczy Andreasa], wprowadziłam trochę słownictwa związanego z częściami ciała oraz cechami charakteru [to z kolei bardziej pod potrzeby Duńczyka].
    W ramach ćwiczeń ze słuchania natomiast przytachałam swojego laptopa i uraczyłam panów kronikami filmowymi z lat '50 ubiegłego wieku. Swoją drogą szkoda, że nie wpadłam na ten pomysł już rok temu, bo propagandowe filmy nadają się wprost idealnie do celów szkoleniowych dla obcokrajowców - jest łopatpologiczny obraz, powoli i wyraźnie mówiący lektor, jasny, z góry łatwy do przewidzenia przekaz. Przy okazji rzecz jasna można się dużo nagadać o socjalizmie, socrealizmie, o sytuacji politycznej i społecznej Polski Ludowej. Puściłam więc cudzoziemcom słynną kronikę o stonce ziemniaczanej [którą Dieter był ubawiony, bo okazało się, że jego ojciec w tym samym czasie zbierał "żuka kolorado", ale rzecz jasna w NRD :)], potem filmik o Kole Gospodyń Wiejskich z Moszczenicy śrubujących normy gospodarcze, a na koniec o kobietach-spawaczkach z Huty Ostrowiec i windziarkach z budowy na Muranowie. Byli zachwyceni, choć Bogiem a prawdą nie sądzę, by takie zwroty, jak np. bumelant, dywersant, podżegacz, kułak czy przodownica pracy, przydały im się na co dzień w naszym pięknym kraju :)

    Na zakończenie oddam głos Andreasowi, ponieważ powiedział coś, co utkwiło mi w pamięci. Zapytałam go, dlaczego zainteresował się akurat Polską - bo przecież nawet dla antropologa znalazłoby się w Europie co najmniej kilka ciekawszych nacji. Wygładzając gramatycznie i stylistycznie jego wypowiedź [bo nie byłby w stanie jeszcze zbudować aż tak skomplikowanych zdań], odparł mniej więcej tak:
    - Wy, Polacy, jesteście niesamowici jako naród. No pokaż mi kogoś, kto też jest tak przywiązany do swoich korzeni i tradycji? Przecież was 123 lata nie było w ogóle i co z tego? Zaczęliście od nowa po I wojnie światowej jak gdyby nigdy nic. Gdyby to padło na jakiś inny naród, to po 50 latach byłoby po języku i kulturze, a was nic nie ruszyło, a literatura to się nawet lepiej rozwijała, niż jak mieliście własne państwo. Gdyby nie to, że tak było naprawdę, to nigdy bym w coś takiego nie uwierzył.

    Wiecie co? Szkoda, że - uogólniając - Polacy nie potrafią tak optymistycznie popatrzeć na swoją historię, jak ten młody obywatel Danii. Może przestaliby wtedy tak sobie dogryzać i prowadzić wojny polsko-polskie... Wiem wiem, marzenia ściętej głowy.

wtorek, 17 lipca 2012

Potrawa sezonowa - leczo

Zgodnie z życzeniem ostrzeżenie dla Mag - UWAGA, BĘDZIE O ŻARCIU! :)

   Nim znowu mnie wymiecie z Pomarańczowej Jaskini, mam dla Was następny post kulinarny, korzystajcie więc, póki są wakacje i małpki nie dostarczają żadnych tematów. Dziś będzie leczo, czyli typowa, sezonowa, wakacyjna potrawa. Nie polecam gotowania tego specjału poza okresem letnim ze względu na jakość warzyw. Jasne, że zarówno pomidory jak i paprykę można niby dostać przez cały rok, ale sami wiecie, jak to wygląda w naszej szerokości geograficznej - wszystko jest drogie, wątpliwej jakości, a po spożyciu nieuchronnie odbija się chemią. To już lepiej napchać się leczo po uszy w wakacje [podobnie, jak z bobem :)], a potem przez resztę roku wziąć sobie na wstrzymanie.
    Przepis podaję na duży garnek - obiad spokojnie dla 4-5 osób.

LECZO

3-4 cebule
2 średnie cukinie
6-8 papryk w różnych kolorach
8-10 pomidorów
kiełbasa zwyczajna [ile kto tam chce :)]
1-2 łyżeczki koncentratu pomidorowego [opcjonalnie!]
ziele angielskie, liście laurowe, pieprz, sól, bazylia

    W dużym garnku rozgrzewamy kilka łyżek oliwy z oliwek i wrzucamy do zeszklenia pokrojoną w grubą kostkę cebulę. Cukinie obieramy, wyjmujemy łyżeczką nasiona ze środka [na upartego można tego nie robić - ale ja tam nie lubię tych farfocli...], kroimy w dużą kostkę i wrzucamy do cebuli. Podlewamy ODROBINĄ gorącej wody, dodajemy 5-6 ziarenek ziela angielskiego i kilka listków laurowych, po czym przykrywamy pokrywką i zaczynamy duszenie [od czasu do czasu trzeba zamieszać]. Paprykę pozbawiamy nasionek, kroimy w paski, potem w dużą kostkę, wrzucamy do garnka, mieszamy, dusimy dalej. Pomidory sparzamy wrzątkiem, ściągamy z nich skórkę, kroimy w dużą kostkę - i do gara. Kiełbasę kroimy w talarki, podsmażamy lekko i dodajemy do reszty. Całość doprawiamy solą, pieprzem i bazylią po czym próbujemy - jeśli wyda nam się "za mało pomidorowe", to można podrasować koncentratem. Dusimy jeszcze kilka minut i danie gotowe.
    Można podawać na dobrą sprawę z czym się chce - pasuje zarówno ryż, jak i ziemniaki, makaron, chleb. Bez dodatków też będzie pyszne :) A jeszcze lepsze na drugi dzień, kiedy się przegryzie.




poniedziałek, 16 lipca 2012

Sposób na wyczyszczenie lodówki

    Z racji tego, że powróciłam - choć na razie jeszcze na krótko - do Pomarańczowej Jaskini, czas na kolejny wspis z serii "Dragonella w kuchni". Nie może być inaczej - Hipopotam sam przyznał, że przez tydzień mojej nieobecności nie jadł uczciwego, ciepłego obiadu, jeśli nie liczyć odgrzewanych kotletów mielonych, których pokaźny zapas zostawiłam mu przezornie w zamrażalniku. Trzeba to zmienić, robiąc przy okazji generalny przegląd lodówki. A niezawodną metodą na takie porządki jest przyrządzenie zapiekanki.
    Jest to moja podstawowa potrawa obiadowa jeszcze z czasów studenckich, jako że jest szybka, posiadająca nieskończenie wiele wariantów, a koszt potrzebny do jej przygotowania zależy tylko od tego, jak dużym budżetem dysponujemy. Można zatem przygotować wypasioną zapiekankę, inwestując w najlepsze mięso, dodatki i ser - albo urządzić wersję minimalistyczną, zużywając do niej resztki posiłków zalegających w lodówce. Gwarantuję - ciężko znaleźć coś, co po dodaniu przypraw, posypaniu serem i zapieczeniu nie będzie dobrze smakowało... Z tego względu zapiekanka zresztą nadaje się z powodzeniem i na eleganckie przyjęcie [wersja de lux], jak i na kolację dla dwojga, kiedy pod koniec miesiąca dokładnie ogląda się każdą wydaną złotówkę.
    Ciężko podać kanoniczny przepis na zapiekankę, zamieszczę zatem ogólne wskazówki, jak ją przygotować. Nie obejdzie się bez majstrowania przy recepturze - i na tym zresztą właśnie polega cały urok tego dania. Dla wygody składniki podzieliłam na kategorie, które potrawa każdorazowo powinna zawierać, ale już to, co zaliczymy do każdej z nich, to naprawdę nasza sprawa. Ja podaję tylko propozycje.

ZAPIEKANKA STUDENCKA

1. WYPEŁNIACZ:
ugotowany gruby makaron (np. muszelki, rurki, ostatecznie świderki) / ugotowane ziemniaki (nie pogniecione!) / ugotowany ryż - jednym słowem coś, co nam zostało z poprzedniego obiadu :)

2. WKŁADKA MIĘSNA LUB RYBNA:
kiełbasa zwyczajna (kroimy w plasterki i podsmażamy) / kabanos / wędina / tuńczyk z puszki

3. WKŁADKA WARZYWNA (świeża, mrożona i/lub z puszki):
pomidor, brukselka, brokuły, kalafiory, kukurydza, groszek, fasola, oliwki - słowem, naprawdę wszystko, co nam wpadnie w łapki

4. SER ŻÓŁTY
starty na tarce o grubych oczkach

5. PRZYPRAWY
u mnie zioła prowansalskie lub bazylia i oregano, sól, pieprz

Bierzemy naczynie żaroodporne, które smarujemy wewnątrz tłuszczem (u mnie obowiązkowo oliwa z oliwek). Jeśli jako wypełniacz służą nam ziemniaki, to kroimy je na plastry i wykładamy nimi dno naczynia, a potem warstwami układamy pozostałe składniki. Jeśli użyjemy makaronu lub ryżu, to ładujemy go do miski tak, jak byśmy mieli robić sałatkę i łączymy z resztą. Ważne, by do środka dosypać trochę startego sera (wtedy nam się ładnie rozpłynie, zlepi warzywa i mięso, przez co potrawa nie będzie sucha). Całość po upchaniu w naczyniu jeszcze raz obficie posypujemy serem. Zapiekamy w temperaturze ok. 180 stopni na złoty kolor (jakieś 30-40 minut). Najlepsza jest na gorąco, choć znam i amatorów zimnej zapiekanki (ukłony w stronę Hipka). Można podawać z keczupem, musztardą czy sosem czosnkowym.

W mojej dzisiejszej zapiekance wylądowały:
- ziemniaki
- pomidory z sosem śmietanowym (resztka wczorajszej surówki z obiadu)
- kiełbasa zwyczajna
- czerwona fasola z puszki
- gotowane brokuły
- ser żółty

Tak to wygląda PRZED zapieczeniem:



 
A tak na chwilę przed skonsumowaniem :)




piątek, 13 lipca 2012

Kwiatki mojej Matki

    Zgodnie z obietnicą - dziś będzie więcej oglądania, niż mojego gadania. 
    Jak wspominałam ostatnio, Seniorka uwielbia prace ogrodowe, a już chyba najbardziej sadzenie i pielęgnowanie kwiatów. Było tak odkąd pamiętam. W zamierzchłych czasach smoczego dzieciństwa w szarych domach z betonu realizowała swoją pasję poprzez zapełnianie wszelkich możliwych pokojów [a mieliśmy ich trzy] różnej maści paprotkami [nieśmiertelne kwiaty epoki PRL-u], bluszczami, fikusami oraz obowiązkowo pelargoniami w skrzynkach na balkonie - zresztą, do tych ostatnich mam do dziś uraz :) Odkąd jednak stała się wraz z mężem posiadaczką wiejskiego domu wraz z ogrodem i sadem, to ma prawdziwe pole do popisu. Niemal każdą wolną chwilę tutaj poświęca na tworzenie i pielęgnowanie rabatek, na których dominują róże [ulubione kwiaty Seniorki], choć czasem trafią się i inne rośliny - na przykład lilie, które z kolei akurat lubi Smok. Postępy prac ogrodowych są skrzętnie dokumentowane, jako że Seniorka aktywnie udziela się w Internecie na forum różanym. Fotografie poszczególnych odmian róż są posegregowane w katalogach, a ponieważ jest tego zatrzęsienie, to dłuższą chwilę zajęło mi dokonanie selekcji i wybór reprezentatywnej grupy zdjęć. 
    Na początek wstawiam obiecaną lilię, a także z bliska zrobione zdjęcie ostróżki. A potem już polecą róże. Patrzcie zatem, podziwiajcie - i koniecznie zwróćcie uwagę na nazwy :)


 Lilie

 Ostróżka

 Chopin

Marselisborg Castle

 Charles Austin

 Chippendale
[zwana oczywiście przeze mnie Hipkiem]

 Nostalgie

 Parole

 Lavaglut

Sympathie


środa, 11 lipca 2012

Survival

    Uciekłam przed upałami na wieś - czyli do posiadłości Seniorki [o wcześniejszych wizytach u niej możecie przeczytać tutaj albo w tym poście]. W piątek wieczorem całe stado - smok, hipopotam i kot - zapakowali się do PKS-u i po niezbyt przyjemnej, ale na szczęście i niezbyt długiej podroży wylądowali w zaciszu bajkowego ogrodu. O tym, że jest tu naprawdę pięknie, możecie się przekonać zaglądając na bloga Hipka i przypominając sobie jego posty z września ubiegłego roku [czyli jedendwa i trzy]. Seniorka uwielbia prace ogrodowe, a nade wszystko pielęgnowanie róż, których to kwiatów wiecznie ma za mało - więc cały czas zamawia i sadzi coraz to nowe odmiany. Swoją drogą powybieram chyba ich najpiękniejsze zdjęcia i następnym razem uraczę Was foto-postem o tym, co się tu wyrabia :) Tym razem jednak nie będzie o kwiatach, ale o przygodach strachliwego koteczka, któremu obiecywano "wczasy pod gruszą", a tymczasem okazało się, że został wywieziony na obóz przetrwania...
    Co tu dużo mówić - Jej Wysokość albo się starzeje [choć ma dopiero 2,5 roku!], albo po prostu stała się prawdziwą miastową damą. Na co dzień w Pomarańczowej Jaskini robi wszystko, by wymusić na nas jak najczęstsze spacery, a kiedy się to nie udaje, to całymi dniami przesiaduje w oknie, tęsknie spoglądając na otaczający ją świat. Pocieszaliśmy ją więc już od czerwca: "Zobaczysz Puma, już niedługo pojedziemy na wieś. Tam będziesz miała duży ogród, żeby się wybiegać, drzewa, po których się będziesz wspinać, żabki, które będziesz łapać...". Co się okazało na miejscu? Ano owszem, jakieś żabki i motylki się złowiło, ale co do reszty, to już z umiarkowanym entuzjazmem. Trochę poganiała, kilka drzew zaliczyła - ale jakoś tak bardziej "kontrolnie" - dużo chętniej natomiast przesiadywała w środku domu, ograniczając się do obserwowania ogrodu przez otwarte na oścież drzwi na taras.
    Później pojawiły się "schody" w postaci konkurencji. W poprzednich postach wspominałam, że Seniorka urządza tu coś w rodzaju kociej stołówki MOPS-u. Regularnie przychodzi Kocia Mama ze swoją podrośniętą już córeczką [znaną już Wam Srajdką z filmiku]. Puma jest od obu kociaków dwa - albo i trzy - razy większa, ale odwagę ma gonić tylko tego młodszego. Kiedy pojawia się Kocia Mama, to najpierw obie fukają na siebie, po czym Jej Wysokość dyskretnie się wycofuje w domowe zacisze - mimo że spokojnie mogłaby załatwić intruza dwoma kłapnięciami. Wygląda to doprawdy zabawnie, kiedy duże, spasione, czarne bydle wycofuje się raczkiem przed małą, wychudzoną, wiejską kotką...
    Od wczoraj jednak sprawy pokomplikowały się jeszcze bardziej. Otóż w ogrodzie pojawił się pies! Puszek [mało oryginalne, ale dość adekwatne imię] należy do starszej córki męża Seniorki i został zostawiony mu pod opiekę na czas wakacyjnego wyjazdu. Pies - nieduży, brązowy, kudłaty kundelek - jest do gatunku takich, co to muchy nie skrzywdzą, a dzieci mogą go ciągnąć za uszy i ogon, a on nawet nie mrugnie. Jest naprawdę sympatyczny i posłuszny, kręci się po podwórku [do domu ma zakaz wstępu], a na Pumę sam nie zwraca uwagi. Jej Wysokość natomiast - jako że w swoim życiu nie miała kontaktów z psami - mało nie dostała zawału na jego widok. Wczoraj ograniczała się jedynie do obserwowania przybysza przez okno ze strategicznego miejsca na stoliku w ganku, a kiedy wieczorem wzięłam ją na dwór, to przy pierwszych oznakach zainteresowania kudłacza [po prostu zaczął iść w jej stronę] zwiała błyskawicznie między tuje rosnące koło ogrodzenia i potem dłuższą chwilę musiałam jej szukać. Całą noc natomiast spała ze mną, bojąc się nawet podchodzić do swojego ulubionego okna wychodzącego na taras - bo po drugiej stronie leżał Puszek.
    Rano dzielny - aczkolwiek i strachliwy - koteczek postanowił jednak zobaczyć, na ile może sobie pozwolić w nienawistnym świecie zdominowanym przez psa. Gdy tylko więc rano otworzyłam drzwi na taras, najpierw czujnie zlokalizowała jego położenie - spał sobie grzecznie przy furtce, osłonięty z kilku stron drzewami i krzewami. Puma bezszelestnie [jak to tylko koty potrafią] zaczęła krok po kroku skradać się do niego, chcąc zapewne sprawdzić, na ile blisko pozwoli jej do siebie podejść. Widok był przekomiczny, bo posuwała się w iście żółwim tempie, łapka za łapką, przez dobre 10 minut :) W końcu rzecz jasna Puszek zorientował się, że jest obserwowany, wstał i zrobił kilka kroków w jej stronę [nawet nie szczekając!] - ale Pumy już nie było, bo dała nogę między tuje. I tak to trwają bez przerwy podchody: pies krąży po obejściu [jak na dzielnego stróża przystało], a kot krąży koło psa, na tyle jednak daleko, by w razie czego móc ratować się ucieczką. Jaki będzie dalszy ciąg tej historii, to zobaczymy. Obiecuję natomiast, że jeśli uda mi się uwiecznić te podchody na zdjęciach, to zamieszczę je w tym poście jako UPDATE :)

UPDATE

    Jej Wysokość na łonie natury

piątek, 6 lipca 2012

Trawestacja Szymborskiej a'la Puma

Mam nadzieję, że pani Szymborska by się o to nie obraziła...



Upał - tego się nie robi kotu.
Bo co ma począć kot
w nagrzanym mieszkaniu.
Kłaść się pod wentylatorem.
Szukać cienia pod biurkiem.
Nic niby się takiego nie dzieje,
a jednak nie do wytrzymania.
Niby słońce świeci,
a jednak aż do przesady.
I zasuwają po południu rolety.

Słychać kroki na schodach,
ale jakieś cięższe.
Ręka, co drapie kota za uchem,
także bardziej ospała.

Dzień się nie zaczyna
o swojej zwykłej porze.
I wszystko kończy się później
niż powinno.
Pani niby jest i jest,
ale jakaś dziwna
i uporczywie nie wstaje z kanapy.

Myszkę od komputera się strąciło.
Wodę z miski rozlało.
Na lodówkę wskoczyło i klucze zrzuciło.
Nawet złamało zakaz
i podrapało krzesło.
Co więcej jest do zrobienia.
Spać i czekać...
NA OCHŁODZENIE.

środa, 4 lipca 2012

Bób dobry

    Jestem bobożercą. Mam to po Seniorce - jeśli postawi się przede mną miskę bobu, to będę jadła, dopóki się nie skończy, najwyżej potem pęknę. Może to i dobrze, że sezon na to cudo jest dość krótki? Ale za to, skoro już jest, to należy się go nawpierniczać na cały rok, podobnie zresztą jak z truskawkami.
    Oczywiście najprościej jest ugotować bób w osolonej wodzie i jazda. Ale jakoś tak od dłuższego czasu chodziło za mną znalezienie jakiegoś fajnego przepisu na "coś z bobu". Myślę, że pierogi mogłyby być dobrym pomysłem, ale kto będzie stał w kuchni i babrał się z pierogami przy takich upałach, jak obecnie? No, w każdym razie na pewno nie Smok... Przydałoby się coś na zimno. Może sałatka? Siadłam więc, przegrzebałam Internet i trafiłam na interesujący przepis. Dałam go do akceptacji Hipopotamowi, a ponieważ mruknął, że w porządku, to zabrałam się do dzieła. Co z tego wyszło, to zaraz zobaczycie. Według mnie całkiem smaczna alternatywa dla tradycyjnych sałatek - ale chrzest bojowy przejdzie wieczorem, kiedy błotny ssak wróci z pracy. Na razie stoi w lodówce i się przegryza [sałatka, nie Hipek, rzecz jasna :)].


SAŁATKA Z BOBEM I KURCZAKIEM

2 woreczki ryżu [ja zawsze do sałatek używam parabolicznego, bo nie ma prawa się skleić]
pół kilo bobu
pół kilo piersi z kurczaka
pęczek rzodkiewki
kiełki [sojowe albo z fasoli]
mały jogurt naturalny
2-3 łyżki majonezu
sól, pieprz [do smaku]









Ugotować w osolonej wodzie ryż oraz bób, wystudzić. Pierś z kurczaka pokroić w kostkę i osoloną podsmażyć na patelni, wystudzić. Kiedy wszystko będzie chłodne, przystępujemy do łączenia składników. Do dużej miski wrzucamy ryż i kurczaka. Bób obieramy ze skórki, rzodkiewki kroimy na pół [jeśli są bardzo duże, to na ćwiartki], a potem na cienkie plasterki. Kiełków dajemy "na oko" [u mnie wyszło 3/4 puszki]. Majonez mieszamy z jogurtem, zalewamy sałatkę, dodajemy pieprz, mieszamy. No i już...
Trzymajcie kciuki, żeby Hipkowi smakowało :)





wtorek, 3 lipca 2012

Sprawy wakacyjne - i kolejny przepis kulinarny

    Dziś mam tak naprawdę pierwszy dzień wakacji. Wczoraj jeszcze musiałam pojechać do Zoo na radę plenarną, która trwała kilka godzin. Dla niezorientowanych - "ogłoszenia parafialne" dyrekcji, czytanie sprawozdań, roboczy przydział czynności na kolejny rok szkolny, informacje na temat egzaminów poprawkowych. Generalnie nuda, ale niestety konieczna ze względów formalnych.
    Na odnotowanie zasługuje nowe zarządzenie Głównej, pod którym podpisuję się obiema rękami [to jest skrzydłami...]. Otóż Szefową - podobnie jak mnie - wkurzyła nadmierna ilość egzaminów klasyfikacyjnych przyznawanych wagarowiczom i krętaczom, którzy traktują ten przywilej jako dodatkowy termin na zasadzie "a może się uda". W rezultacie przychodzą kompletnie nieprzygotowani, dostają jedynki... które potem poprawiają w sierpniu. Oni mają w nosie, a my, nauczyciele, musimy dwukrotnie uruchamiać całą procedurę związaną z egzaminami. Główna poszła więc po rozum do głowy, dokładnie przeanalizowała statut szkoły i wyczytała, że egzamin klasyfikacyjny należy się TYLKO uczniom, którzy mają nieobecności USPRAWIEDLIWIONE. W pozostałych przypadkach jest to wyłącznie dobra wola Rady Pedagogicznej - i jak praktyka pokazywała, rada zbyt często wyrażała zgodę na egzamin z byle powodu. Szefowa więc oznajmiła, że od września prawo do egzaminu klasyfikacyjnego będą mieli wyłącznie uczniowie, których nieobecności mają odpowiednią "podkładkę", a nie żadne tam "trudna sytuacja życiowa". Co więcej, podanie o egzamin z uzasadnieniem małpka będzie jej musiała OSOBIŚCIE zanieść w zębach do gabinetu - co na pewno będzie wystarczającym zabiegiem odstraszającym kombinatorów, bo uwierzcie, nie chcielibyście być w skórze ucznia, na którego wydziera się Główna... Następnie w stosownym terminie wołany będzie wychowawca delikwenta i z nim dokładnie analizowany konkretny przypadek. I dopiero w sytuacji, kiedy Szefowa nie będzie miała żadnych zastrzeżeń, to podanie zostanie przedstawione Radzie Pedagogicznej do przegłosowania.
    Co to oznacza w praktyce dla małpek? Ano prostą kalkulację: lepiej się nie nauczyć, przyjść i dostać jedynkę - niż robić uniki. W przypadku bowiem oceny niedostatecznej na koniec bez łaski dostaje się poprawkowy [a nawet dwa]. Natomiast jeśli nauczyciel wyliczy, że brakuje obecności - to pozamiatane, powtarzamy klasę... Mam tylko szczerą nadzieję, że moi koledzy i koleżanki z pracy będą w tej kwestii konsekwentni i nie będą na siłę klasyfikować leni i kombinatorów, którzy absolutnie na to nie zasługują.
   
    Ale dość o szkole - bo w końcu jestem na urlopie. Co zatem porabia Smok? Zasadniczo się roztapia. Najmniejszy wysiłek powoduje, że dosłownie robię się cała mokra i zupełnie nic na to nie mogę poradzić. Mój organizm dokładnie w ten sposób ratuje się przed przegrzaniem, trudno. Jedyne, co mogę robić, to uzupełniać płyny, by się z kolei nie odwodnić. Jedynym plusem tej pogody jest to, że prawie wcale nie chce mi się jeść. Ciśnienia nawet nie mierzę, nie chcę się przestraszyć :)
    Zamierzałam pospać, ale się nie dało, bo za gorąco. Wstałam więc prawie o tej samej porze, co Hipek do pracy [czyli po 6 rano]. Swoją drogą, jak tu się cieszyć z wakacji, skoro błotny ssak i tak jest poza domem i ciężko haruje...? No nic to, odwaliłam domowe obowiązki, czyli sprzątanie, pranie, zakupy. Wiecie co, chrzanię takie układy, że po każdorazowym wyjściu z domu na to słońce muszę w Pomarańczowej Jaskini dochodzić do siebie godzinę [nic a nic nie przesadzam!]. Siedzę zatem przed laptopem, stopy mam w miednicy z zimną wodą, w twarz dmucha mi podręczny wentylatorek [nabytek Hipka] i popijam zieloną herbatę w temperaturze pokojowej [genialna sprawa na upały]. I nic mi się nie chce.
    Ale przepraszam, wykonałam dziś jedną pożyteczną rzecz. Zrobiłam online kwerendę po miejskich bibliotekach i namierzyłam kilka książek, które przydadzą mi się do napisania pracy podyplomowej. Teraz muszę zebrać się w sobie, pojechać je zamówić i odebrać, a jak się domyślacie, nie bardzo mam na to ochotę przy tej temperaturze za oknem. Może jutro... :) Namierzyłam też dwie knigi wydane na początku XX wieku dostępne online w postaci skanów [kochana Biblioteka Uniwersytetu Śląskiego :)]. Śmiejcie się, ale budzi się we mnie żyłka naukowca i szperacza, czyli Smok w swoim żywiole. Zamierzam skompletować materiały, a potem je zapakować i wynieść się na wieś do Seniorki. Tyle przynajmniej będę miała wakacji... Ale to dopiero w przyszłym tygodniu, jak już, bo zapowiadają ochłodzenie. Nie mam zamiaru ładować się nikomu na łeb w takim stanie fizycznym [a on się nie polepszy, dopóki są upały], nawet, jeśli ten ktoś to moja najukochańsza rodzicielka.

    A teraz, moi drodzy Czytelnicy, zachęcona zainteresowaniem, jakie wzbudził Urodzinowy Galaretkowiec Hipka [o czym świadczą liczne komentarze pod postem], zaserwuję Wam dziś kolejny przepis. Mam nadzieję, że nie obrazicie się, że na czas wakacji blog szkolny zmieni charakter - przynajmniej w części - na blog kulinarny... Obiecuję, że nie będzie to stan permanentny, ale edukacyjnie mamy sezon ogórkowy [chyba, że odezwą się obcokrajowcy...], a o czymś pisać trzeba. Mam w zanadrzu kilka przepisów, które są naprawdę dobre i sprawdzone. Nie powinniście być zawiedzeni.
    Lubicie szpinak? Nie każdy jest jego fanem, ale jeśli tak, to uraczę Was czymś ekstra - roladą szpinakową. Wbrew pozorom bardzo prosta i szybka w przygotowaniu - całość zajmuje najwyżej godzinę. Niestety, obecnie nie mogę jej robić, bo Hipkowi zrobił się do niej uraz - wcinał ją ochoczo na pierwszym etapie choroby, a potem go od tej potrawy odrzuciło... Cóż, może to kiedyś przejdzie. Oby, bo roladka jest w dechę.

ROLADA SZPINAKOWA

2 opakowania mrożonego szpinaku [2x450g]
4 jajka
2-3 łyżki bułki tartej
2 serki śmietankowe typu "almette"
sól, pieprz, czosnek granulowany [do smaku]
plastry wędzonego łososia / upieczona pierś z indyka pokrojona w cienkie plastry / tuńczyk z puszki

Szpinak rozmrozić [najlepiej zostawić na noc], dobrze odcisnąć. Do zimnego szpinaku dodać 4 żółtka, bułkę tartą, przyprawy, zmiksować. Ubić pianę z 4 białek i ostrożnie wymieszać łyżką z masą szpinakową. Blachę piekarnika wyłożyć pergaminem i na nim równomiernie rozsmarować ciasto. Piec ok. 20 minut w temp. 200 st. C. Na CIEPŁE ciasto nałożyć kuchenną ściereczkę, zwinąć w rulon i tak wystudzić. Następnie rozwinąć roladę i wysmarować serkami. Na to rozłożyć równomiernie łososia [albo indyka czy tuńczyka]. Ostrożnie zawinąć w roladę, wstawić do lodówki, by się schłodziło. WCINAĆ.
Rewelacyjne na drugi dzień, jak się przegryzie, ale szczerze wątpię, by przetrwało tyle czasu...


                                                [Rolada szpinakowa - wersja z tuńczykiem]




niedziela, 1 lipca 2012

Et tu, Brute, contra me?!

    Już bardzo dawno bohaterką posta nie była Jej Wysokość. To haniebne niedopatrzenie musi być nadrobione :)
    Pumisko w upały głównie śpi. Okna w Pomarańczowej Pieczarze wychodzą na północny-zachód [było to istotne kryterium przy poszukiwaniu przez Smoka lokum], w wyniku czego naprawdę gorąco robi się tu dopiero około godziny 15-16. Przed południem w ogóle nie ma tu słońca, a i w samo południe jest na szczęście całkiem znośnie. Jej Wysokość zatem do godzin obiadowych urzęduje na parapecie, który jest specjalnie w tym celu osłonięty siatką, żeby bydlątko nie wypadło. Wygląda to dziwacznie zwłaszcza z zewnątrz - siatki, jako że jest przezroczysta, w ogóle nie widać z ulicy i odnosi się wrażenie, że kot wisi w powietrzu, jeśli się o nią właśnie opiera. A jak wygląda Puma w swoim prywatnym solarium, to możecie zobaczyć w tym poście.
    Kiedy robi się za gorąco, futrzak przenosi się do środka na specjalnie dla niej przez Hipka zamontowaną półeczkę pod sufitem. Chłodno, mięciutko [bo deskę wyłożyliśmy ręcznikiem, a jakże...], a na dodatek cisza i spokój. Taki koci azyl.




    Dziś jednak ja i Hipek zadbaliśmy, żeby się kotu nie nudziło. Najpierw zafundowaliśmy jej manicure, czyli obcinanie pazurków u przednich łapek. Trzeba to niestety robić regularnie, bo Jej Wysokość ostrzy sobie te narzędzia zbrodni w tempie zawrotnym, co odczuwają kolana Smoka, robiące Pumie zwyczajowo za wygodną kanapę do poobiedniej drzemki. Jeśli chodzi o tę czynność, to doszliśmy z Hipkiem do perfekcji. On ją trzyma za pomocą dużego ręcznika, którym owija futrzakowi głowę tak, aby nie widziała co się dzieje, ja natomiast szybko i sprawnie przeprowadzam zabieg. Zajmuje nam to nie dłużej, niż 2-3 minuty i trzeba przyznać, że miauki protestu dobywające się podczas obcinania są raczej pro forma. Ale dziś nie koniec na tym. Błotny ssak postanowił bowiem, że skoro nam tak sprawnie poszło, to należałoby przy okazji kota wykąpać. Jak postanowił, tak też uczyniono - niczego nie podejrzewającą Pumę wsadziliśmy pod prysznic i dalejże... Tego zabiegu nie zniosła już z równie stoickim spokojem - darła się niczym podczas wizyty u weterynarza. Szybkie namydlenie specjalnym kocim szamponem, potem równie szybkie spłukanie - i już futrzaka nie było, nawet nie dała się porządnie powycierać.  
    Chodzi teraz "na bardzo obrażonych łapkach" i nie pozwoliła się nawet przebłagać kawałkiem kiełbasy szynkowej, podetkniętej przez mającego lekkie wyrzuty sumienia Hipka. Owszem, ofiarę przebłagalną łaskawie spożyła, ale to nie znaczy, że nam wybaczyła. Póki co siedzi na parapecie, układa fryzurę i suszy się na słoneczku.