Prawa autorskie

Wszystkie teksty publikowane na tym blogu są mojego autorstwa. Jeśli jest inaczej, wtedy zaznaczam, że jest to cytat. Kopiowanie i rozpowszechnianie treści tej witryny bez mojej zgody jest niezgodne z prawem.

[Dz.U. z 1994 r. nr24, poz. 83]

środa, 1 lipca 2015

Przymusowy odpoczynek u Seniorki

    W Pomarańczowej Jaskini trwa remontowy Armagedon, a ja i Jej Wysokość jesteśmy na wygnaniu na wsi u Seniorki. Rozpirdziu ma się skończyć planowo w niedzielę i tej wersji się trzymamy, bo ja nie mam zamiaru rodzić w jakimś miejscowym szpitalu. Choć oczywiście na wszelki wypadek mam ze sobą torbę szpitalną i wszystkie wyniki ciążowych badań.
    Co robię? Generalnie nudzę się jak mops, bo nic mi robić nie wolno. Czasem łaskawie pozwolą mi wykonać jakieś prace kuchenne, przy których mogę siedzieć. Czeka mnie tylko uprasowanie wyprawki dla Hipcioliny. Babcia Seniorka już prawie wszystko skompletowała, brakuje kilku drobiazgów, na które będę polowała na Allegro. Patrząc na to wszystko czuję się trochę tak, jak bym się cofnęła do czasów przedszkola i znów bawiła się lalkami :) A ubranek Godzilla ma chyba tyle, ile i ja i Hipek razem wzięci. Zresztą, sami zobaczcie:





    Ze strategicznych wakacji u Seniorki najbardziej cieszy się Jej Wysokość. No po prostu nie poznaję koteczka. Polata, wybiega się, skubnie soczystej trawki, potem przyjdzie "na głaska" - i dalej do ogrodu. Jest milutka i kochana, zero agresji i fochów. Nabiera także umiejętności społecznych. Do Seniorki, jak już wielokrotnie pisałam, przychodzą odetchnąć rozmaite kociaki z okolicy. W tym roku wpada tutaj sympatyczny i kontaktowy mały, biało-rudy kocurek. Jest tak z dwa razy mniejszy od Pumy, więc pierwszego dnia po naszym przyjeździe, kiedy się pojawił, to tak go pogoniła, że mało łapek nie połamał. Ale okazuje się, że się jakoś dogadali. Obwąchali sobie pyski i jakoś podzielili ogrodem - jak jedno przebywa po prawej stronie, to drugie po lewej. Nie dażą się na razie jakąś wybitną sympatią, ale Jej Wysokość łaskawie pozwala mu przebywać na posesji pod warunkiem, że rudziak nie wchodzi jej w paradę. Mam nawet krótki filmik dokumentujący ten stan:





    Oprócz tego Puma poczuła się w obowiązku zabrać się za moją edukację. Otóż wczoraj idealnie podczas obiadu weszła majestatycznie do salonu z wielką tłustą żabą zwisającą jej smętnie z pyska. Myśleliśmy, że przyniosła sobie na obiad, ale tymczasem położyła płaza z dumą koło mnie na dywanie, miauknęła i sobie poszła. Wzruszyłam się i rzecz jasna pochwaliłam koteczka, że zadała sobie trud, by przygotować mi francuskie danie. Ale w czasie, kiedy poszłam do kuchni po ręcznik papierowy, by żabę sprzątnąć, okazało się... że stworzonko ożyło i kicnęło pod kanapę [przesiedziała tam do wieczora - ostatecznie udało mi się ją złapać i zwrócić jej wolność]. Najwidoczniej więc Pumisko postanowiło nauczyć mnie, jak się poluje - na biednej, śmiertelnie wystraszonej żabie :)

UPDATE - 4 LIPCA, SOBOTA

   Rudziak staje na uszach i przytupuje rzęsami, żeby się tylko wkraść w nasze łaski. Został nakarmiony resztkami i zaczął się zachowywać zupełnie jak kot domowy. Chodzi za ludźmi krok w krok, rozmawia, daje się głaskać, gdyby mu pozwolić, to wpakowałby się na kolana. A ostatnią noc spędził na ganku śpiąc na wycieraczce i tęsknie patrząc przez szybę do domu. 
    Puma natomiast wyraźnie jest tym wszystkim zdezorientowana. Czai się na niego, syczy i fuka, ale nie atakuje. Czasem pozwoli się małemu zbliżyć i obwąchać, bo on jest jej bardzo ciekawy i generalnie to chyba chce się z Jej Wysokością zaprzyjaźnić, jak zresztą ze wszystkimi. Gdybyśmy pobyły tu dłużej, to pewnie oba koty by się zakumplowały. No ale jutro wracamy, bo remont jest na finiszu.
   (Wstawiłam inny filmik na miejsce starego, bo udało mi się nakręcić lepszy).

poniedziałek, 22 czerwca 2015

Godzilla

    Pragnę uspokoić wszystkich moich Czytelników, że nic złego się u mnie nie stało. Po prostu - siedzę przez większość czasu [choć z przerwami] w Pomarańczowej Jaskini na L4, więc nie doglądam małpek i nic się nie dzieje. To o czym mam pisać? Obiecałam przecież solennie, że nie będę Was zanudzała samym faktem mojej ciąży, a to siłą rzeczy u mnie teraz temat numer jeden, który steruje całym moim życiem.
    A od konsekwencji "stanu błogosławionego" nie ma już żadnej ucieczki. W sumie to co mogło wyjść po skrzyżowaniu Smoka z Hipopotamem? No przecież nie malutka kruszynka... Hipciolina powinna obecnie ważnyć tak gdzieś w granicach 1800g, a skubana ma już 2400... Przy czym dalej ona tyje, a ja chudnę. No i już jest zwarta i gotowa do wyjścia, choć został jej ponad miesiąc. Pani doktor orzekła, że mogę urodzić w każdej chwili - no i wylądowałam z początkiem czerwca na przymusowym L4. Nie muszę leżeć plackiem, ale mam się oszczędzać, wypoczywać, zero wysiłku, bla bla bla. Świetnie, super, akurat wtedy, kiedy jest zakończenie roku - a świadectwa i arkusze ocen to mi chyba krasnoludki machną...

    W tym roku zresztą małpki-leserki mają farta, jeśli chodzi o język polski. Mianowicie puściłam naprawdę kogo się tylko dało, tzn. również tych uczniów, którzy normalnie nie mieliby co liczyć na dopalacze, tylko zdawaliby egzaminy poprawkowe lub klasyfikacyjne. Czemu tak złagodniałam? Nie chcę swoją obowiązkowością obarczać innych polonistek. Przecież jasne, że ja raczej nie będę siedziała w komisjach egzaminacyjnych - może klasyfikacyjnych to jeszcze [bo to w czerwcu], ale poprawkowe są pod koniec sierpnia, kiedy już będę dawno na macierzyńskim. Wyglądałoby to tak, że ja poulewam, a pierniczyć się z tym będą inni. No to bez chamstwa... Dawałam więc enkaele i jedynki raczej w takich przypadkach, kiedy małpiątko dostawało negatywne oceny w ilości hurtowej, czyli i tak bez szans na jakiekolwiek egzaminy poprawkowe. Wyjątkiem jest jeden bezczelny typek z trzeciej zawodowej - mieliście go już okazję poznać, chodzi o Kamila, którego kiedyś przepytywałam z wiadomości o hymnie. Wyjątkowo niesympatyczny i roszczeniowy kawał żłoba, który teraz jest święcie przekonany, że z racji uczęszczania do trzeciej, ostatniej klasy, to on już naprawdę nic nie musi, a to jest w końcu taka szkoła, że mu wystawimy pozytywne oceny, bo mu się należą i już. Pierwsze półrocze zaliczył nawet na tróję, ale w drugim zwyczajnie przestał przychodzić - pojawił się dosłownie dwa albo trzy razy. No to jak miałam go niby sklasyfikować, skoro otrzymał tylko jedną ocenę cząstkową? A zatem ma skubaniec egzamin klasyfikacyjny z polskiego. Ciekawe swoją drogą, czy się na niego pofatyguje, bo może jest przekonany, że nie musi :)

    No i tak to... Z końcem czerwca zostanę wywieziona z Jej Wysokością do mamy na wieś, a w Pomarańczowej Jaskini zaczyna się remont. W związku z tym przestanie być tu aż tak pomarańczowo, bo Hipciolina powinna dorastać jednak w otoczeniu bardziej stonowanych kolorów. Choć jej pokoik i tak się machnie na tradycyjny, niemowlęcy kolor, czyli niebieski. Łóżeczko i komoda z przewijakiem już czekają cierpliwie w piwnicy na zmontowanie, a "dziecięce BMW" [czyli wózek] na pierwszą jazdę. W ogóle to wszystko czeka - choć to mam nadzieję jednak jeszcze dopiero za miesiąc.

czwartek, 21 maja 2015

Malarstwo w zawodówce

   Pamiętacie, jak moje gimnazjalne małpki opisywały "Sąd Parysa" na ocenę? Tym razem zadałam podobną pracę w mojej osobistej drugiej zawodówce. Przez ostatnie 2 tygodnie, kiedy byłam w szkole, starałam się robić wszystkim moim klasom tyle zadań na ocenę, ile wlezie, żebym w razie czego miała ich z czego sklasyfikować. Najpierw zarządziłam pisemną analizę dwóch wierszy - dostali "Wspomnienie" Tuwima oraz "Prospekt" Szymborskiej - ale ponieważ nie wyszło rewelacyjnie, to pomyślałam, że może z malarstwem się uda. W końcu bez przesady, chyba każdy średniorozgarnięty, pełnoletni człowiek jest w stanie opisać, co widzi na obrazku? Przynajmniej w teorii :)
    Jeśli chodzi o epoki kulturalno-literackie, to w drugim półroczu omawialiśmy modernizm oraz XX-lecie międzywojenne. W związku z tym postanowiłam wrzucić im na ruszt jedno dość czytelne dzieło impresjonistyczne [mające robić za "to łatwiejsze"], oraz coś ekspresjonistycznego, tak, żeby się mogli pobawić i powymyślać cuda-wianki. 
    Jak poszło? To oczywiście zależy komu, ale generalnie rzeczywście lepiej niż zgadywanie, co poeta miał na myśli. Mam w tej klasie co prawda osoby, które choćby się zawściekły, to i tak nie są w stanie pisemnie sklecić jednego poprawnego zdania. Tak jest np. z Michałkiem [jestem jego wychowawczynią już szósty rok], który mechanikiem może będzie i dobrym, ale jest praktycznie analfabetą i nie sądzę, by dało się jeszcze z tym cokolwiek zrobić. Tym niemniej coś tam małpki popisały. A co? Powybierałam dla Was trochę cytatów. Pisownia rzecz jasna oryginalna:

Edouard Manet "Bar w Folies-Bergere"
  Na pierwszy planie może zobaczyć kobiete w bluzce czarnej i sukience szarowej. Przed kobieta stoi szklanka z kwiatami a obok półmisek owoców. Na drugim planie widać dwoje osub kobiet i mężczyzna, kobieta jest ubrana czarną w sukienke a mężczyzna czarnym kapeluszu i płaszczu. Na tle można zobaczy żladol oraz siedzocych gości na balkonie [...]. Obraz misię podoba prawie wszystkie przedmioty widać. 
[Michałek]

   Obraz "Bar w Folies-Bergere, który został namalowany przez Edouard Manet w roku (1881-1882). Gdzie głównym tematem jest bar. Gdzie na pierwszym planie znajduje się kobieta za barem, ubrana w czarną suknie z białymi wykończeniami, stojąca przy barze na którym to znajdują się różnego rodzaju butelki oraz podstawka na której to znajdują się owoce a zaraz obok po lewej stronie jest wazon z kwiatami [...]. Jak dla mnie nie jest to mistrzostwo świata i obraz mi się osobiście nie podoba i nie chciał bym go mieć u siebie w domu na  ścianie. Obraz nie jest w moim stylu.
[Lechu]

   [...]Na drugim planie natomiast widać drugą barmankę, również o bląd włosach, ubraną w czarną suknie. Widać jak obsługuje kienta ubranego w czarny płaszcz oraz czarny cylinder. Ma on długiego wąsa, co oznacza że jest to człowiek starszy [...]. Widać też ogromne żyrandole składające się jakby z kryształów. Na obrazie wszędzie się dużo dzieje, widać natłok ludzi, dużo alkocholi oraz wiele elementów, z których składa się obraz. Kolorystyka jest raczej ciemna wręcz "barowa".
[Gocha]

   
Vincent van Gogh "Gwiaździsta noc"
   Chciałbym opisa Vincent van Gogh pod tytułem Gwiaździsta noc, malarz wymalował ten obraz w roku 1889. Na pierwszym planie wydać czarny płomień, a na drugim planie wydać domy, kościuł drzewa i góry. W tle można zobaczyć gwieździstą noc, niebieskie niebo i żółtych gwiazdach. Najwiecej przedmiotu można zaobserwować w prawej stronie. Naj jaśniejsza światła na tle. Obraz bardzo mi się podoba jest kolorystycznie wydać kontury i pomysłowy malarza.
[Michałek]

   Tytuł obrazu nosi "Gwiaździsta noc", autorem jest Vincent van Gogh, obraz powstał w 1889 roku. Na pierwszym planie widnieje moim zdaniem jakiś budynek, przypomina on dziwną wieżę, która ma zaokrąglone kształty przedstawiona jest ona w czarnym kolorze. Z tyłu na całym obrazie są domki, przypomina mi to wioskę [...]. W tle są góry, w prawym górnym roku jedna góra przypomina skałę. Powyżej gór jest niebo, nie potrafię go dokładnie opisać nie rozumiem co autor obrazu namalował [...]. Moim zdaniem obraz oznacza cierpienie, myślę, że autor malując go przekazał swoje uczucia. Obraz mi się nie podoba ponieważ nie mogę z niego nic odczytać.
[Kaśka]

   [...] Na pierwszym planie widać ognisko koloru czarnego. Wygląda ono jak cień wychodzący z ziemi co daje złudzenie strasznego mroku. Na drugim planie natomiast widać domy i wierze prawdopodobnie z kościołu [...]. Dookoła rosną drzewa oraz wzbijają się bardzo wysokie wzgórza, na których nie widać żadnych drzew oraz budowli. W głębi obrazu widać gwiździste niebo, na którym gwiazdy wręcz układają swoje gwiazdozbiory w ciekawe wzory oraz krztałty [...]. Cała kompozycja jest dość chaotyczna. Wszędzie są jakieś elementy, niekoniecznie do siebie pasujące [...]. Moim zdaniem obraz jest dość ciekawy, aczkolwiek przedstawia on nic ciekawego oraz nie zaimponował mi.
[Gocha]

   Tytuł obrazu "Gwieździsta noc". Autorem obrazu jest Vincent van Gogh który powstał w 1889 roku. Na obrazie przedstawione są falowane wzgórza, piękne miasto i przede wszystkim gwieździsta noc. Na pierwszym planie jest przedstawione mieniące się niebo pomiędzy rażącymi gwiazdami. Niebo faluje jak by chciało pokazać poruszający się nocą wiatr omijający wielki pomarańczowy księżyc. Z samego brzegu przedstawiony jest ciemny krzew. A na pierwszym planie jest miasto pokazujące, że ludzie w tej miejscowości nocą nie śpią [...]. Za tym miasteczkiem przedstawione są drzewa otaczające faliste wzgórza które wyglądają jakby płynąły do nieba [...]. Obraz mi się podoba choć nie do końca ponieważ jest trochę sztuczny i mało kolorystyczny. A podoba mi się z powodu pokazanej małej wsi które mi się podobają.
[Krystian]

niedziela, 17 maja 2015

Chód pingwina

    Hipciolina rośnie, jak na córkę Smoka i Hipopotama przystało - a to oznacza, że jest WIELKA. Według ostatnich badań wielkością wyprzedza swój rzeczywisty wiek rozwojowy o 3 tygodnie. Nota bene ja sama od początku ciąży przytyłam ledwie 5,5 kg, a to już siódmy miesiąc. Czyli to mała się obżera, a nie ja. Tyle tylko, że ostatnio mam fazę na mleko, bo dziennie mi idzie około litra :)
    Ma to niestety jeden skutek uboczny: skubana przy swoich gabarytach musi na coś uciskać. Wcześniej była nerka [co, jak pamiętacie, skończyło się szpitalem], a teraz upodobała sobie jakieś nerwy w okolicy krzyżowej. W rezultacie z bólu trudno mi się poruszać, czyli ćwiczę chód pingwina na lądzie. I jak się pewnie domyślacie, nie bardzo można coś z tym zrobić, a tylko liczyć na to, że się dziecina przesunie. Kilka dni jeszcze kuśtykałam z tym czymś do szkoły, ale teraz znów wylądowałam na zwolnieniu, na razie tygodniowym. Mam nadzieję, że to wystarczy, bo w końcu koniec roku się zbliża - małpki się aktywizują, przyłażą i próbują ratować swoje ogonki przed groźbą powtarzania klasy. Przez ostatnie dwa tygodnie robiłam swoim uczniom tyle sprawdzianów i kart pracy, ile się tylko dało, tłumacząc delikwentom, żeby korzystali z tego, że jestem, nie wagarowali, tylko łapali oceny na potęgę. Nie można bowiem przewidzieć, kiedy mnie znowu wetnie, a potem będzie płacz i nerwówka, bo nie mam ich z czego sklasyfikować. Do części małpiątek dotarło - a do części niestety nie. Już przewiduję kłopoty w trzeciej zawodówce, bo jest tam trzech beztroskich kretynów, którzy nie pojawiali się na zajęciach praktycznie cały semestr i nie mają w związku z czym żadnych ocen. A jak znam życie, to trzeba będzie coś wymyślić, żeby ich puścić, bo to ostatnia klasa zawodówki, więc niech zdadzą egzamin praktyczny, zdobędą uprawnienia zawodowe i idą w pierona. Choć prawdę mówiąc znając ich poziom umysłowy oraz lekceważące podejście do wszelkich obowiązków, to nie Boh broni nas przed takimi "fachowcami"... Z polskiego natomiast pewnie będą zdawali jakieś egzaminy klasyfikacyjne, no bo co mam innego wymyślić? W tym roku i tak będę pewnie puszczała kogo się tylko da, bo zdaję sobie sprawę, że "moi" poprawkowicze i nieklasyfikowani spadną na głowy innych polonistek - ja mogę przygotować pytania, ale pewnie w komisji egzaminacyjnej już nie dam rady zasiąść. Nie będę więc świnią i postaram się dołożyć koleżankom po fachu jak najmniej roboty. 
    Na koniec mała anegdotka. Jak co roku na przełomie kwietnia i maja przyjmujemy do Zoo co najmniej kilka nowych małpek, które zmieniając w ostatniej chwili szkołę próbują w ten sposób uratować rok. Irenka [moja ulubiona matematyczka] opowiadała o pierwszej lekcji nowego ucznia w drugiej gimnazjum. Mieli podwójną matematykę, przez pierwsze zajęcia dała więc mu spokój, ale po dzwonku kazała chłopakowi przyjść do tablicy. Dyktuje mu zadanie, delikwent wypisuje grzecznie "dane" i "szukane", zapisuje wzór i coś tam próbuje dziabdziać. W klasie początkowo cisza, a potem rozległy się głosy:
   - Psze pani, ale on tu do nas nie pasuje... Chociaż pochodzi ze dwa tygodnie, to i będzie taki, jak my...

niedziela, 10 maja 2015

Piękny dzień

    Komentarz jest chyba zbędny :)





poniedziałek, 4 maja 2015

Fajna pieczeń

    Dziś o jedzonku.
    Na Wielkanoc wyszperałam i wypróbowałam bardzo fajny przepis na pieczeń z wieprzowiny. Fajność polega i na smaku, i na prostocie przyrządzania. Wychodzi klasyczne pieczone mięso - dobre zarówno jako danie obiadowe, jak i na zimno w ramach wędliny do kanapek. Robiłam już toto dwa razy i w obu przypadkach znikło błyskawicznie. A zapewniam,  że Hipek jest bardzo wymagającym i ostrym recenzentem, jeśli chodzi o wszelkie potrawy mięsne.


WIEPRZOWINA W RĘKAWIE

Ok. 1 kg schabu bez kości albo szynki wieprzowej
Przyprawy do marynaty:
- płaska łyżeczka soli
- po płaskiej łyżce oregano, tymianku, majeranku i słodkiej papryki
- 3 łyżki oleju 
- 3-4 ząbki czosnku
poza tym:
dwie kostki bulionu warzywnego lub mięsnego
śmietana i mąka (opcjonalnie do sosu)

   Przyprawy oraz wyciśnięty przez praskę czosnek wymieszać z olejem i natrzeć tym mięso. Odstawić w miseczce minimum na 6-7 godzin [akurat na noc].




    Kiedy się przegryzie, rozpuścić kostki bulionowe w niepełnym kubku gorącej wody. Włożyć mięso do rękawa, zalać bulionem i zawiązać. Rękaw do pieczenia ponacinać, żeby nie wystrzelił w piekarniku. Całość włożyłam jeszcze do żaroodpornego naczynia, ale to dla własnej wygody [łatwiej tym potem operować].




    Piec około godziny w temperaturze 200 stopni. No i już :) Po wyjęciu mięsa można gorący bulion z rękawa wykorzystać jako świetny sos do tej pieczeni - wystarczy zlać do garnuszka i zagęścić śmietaną i mąką.
    Tak, jak pisałam - pieczeń świetnie sprawdza się i na gorąco, i na zimno. Nie jest ostra, ale bardzo ziołowa i aromatyczna. Mam nadzieję, że będzie Wam tak smakować, jak Hipkowi :)




sobota, 2 maja 2015

Marzenie każdego kota

    Noo, wreszcie Człowieki pomyśleli o mnie. To się nazywa porządna micha godna Jej Wysokości - a nie jakaś mała, płaska popierdółka, którą mi wystawiają rano i wieczorem...
   I wszystko moje! Nikomu nie oddam!


poniedziałek, 27 kwietnia 2015

Przetarcie szlaku

    Miałeś, Drogi Czytelniku, kiedykolwiek kolkę nerkową?
    Jeśli tak, to mój opis jest zbędny. Ale jeśli nie... Cóż - jest to taki ból, że człowiek byłby gotowy się powiesić, byle tylko przestało. Uczucie mniej więcej takie, jak by ktoś wyrywał bok i tył pleców gorącymi obcęgami. Nic nie możesz zrobić, nie jesteś w stanie leżeć, stać, siedzieć, chodzić. Wyjesz, płaczesz i masz nadzieję, że organizm ci w końcu zgasi światło i łaskawie stracisz przytomność. Ten ból siłą porównują do porodu.
    Czy tak jest - no to będę mogła orzec w sierpniu, bo właśnie w zeszły wtorek dostałam kolki nerkowej. Wiedziałam, czym to pachnie, bo miałam już 10 lat temu chorą nerkę, choć wtedy nie bolała aż tak bardzo, skoro przeszło po 4 ibupromach na tyle, że mogłam zdać egzamin z oświecenia i romantyzmu na cztery. Teraz to po prostu było nie do opisania. Na szczeście siedziałam w domu, bo we wtorek była część humanistyczna egzaminów gimnazjalnych, więc i tak miałam wolne [zgodnie z przepisami w taki dzień poloniści i historycy mają zakaz wstępu do szkoły, żeby nie podpowiadali :)]. Ból zaczął się nagle, dałam radę tylko między kolejnymi falami złapać za telefon i wezwać Hipka z pracy, który po konsultacji z moją panią doktor zawiózł mnie szybko do niej do szpitala na oddział. I szczerze mówiąc z tego dnia pamiętam jakieś urywki, np. jak stałam oparta o Hipka w poczekalni, wyłam, a on mnie głaskał po głowie i uspokajał. Albo durne chłodno-uprzejme baby w Izbie Przyjęć [o nich jeszcze będzie niżej]. Grunt, że jak ból chwycił mnie ok. 7 rano, tak mniej więcej w południe leżałam już pod kroplówką.
    No cóż, niestety Hipciolinie zachciało się przycupnąć na mojej lewej nerce, co spowodowało zatrzymanie jej funkcji. Lekarstwa na to nie ma, trzeba czekać, aż się dziecina przesunie i faszerować się lekami przeciwbólowymi i rozkurczowymi. Na obecną chwilę jest już dobrze - tzn. wczoraj mnie wypuścili ze szpitala, ale nie ma absolutnie żadnej gwarancji, że to się nie powtórzy. A wtedy znów na oddział, bo nie ma możliwości załagodzenia tego bólu w warunkach domowych, tym bardziej u kobiety w ciąży. Musi być podana dożylnie odpowiednia mieszanka leków, która pomoże matce, ale nie zaszkodzi dziecku.

    W tej całej historii widzę jeden pozytyw - przetarcie szlaków. Otóż dokładnie na tym samym oddziale będę rodziła w sierpniu, dobrze więc, że mogłam go wcześniej poznać od środka. Warunki są spartańskie, bo nie był remontowany od czasów głębokiego PRL-u, wszystko stare, zniszczone, choć nie powiem - czyste. To jednak nie jest dla mnie takie ważne, bo jak wiadomo atmosferę miejsca tworzą przede wszystkim ludzie. Spędziłam tam 6 dni i WSZYSTKIE pielęgniarki były aniołami. Uśmiechnięte, spokojne, fachowe, cierpliwe, przychodzące na każde zawołanie. Miałam okazję nawet obserwować, jak przygotowywały jedną dziewczynę od nas z sali do porodu - wzięły jej rzeczy, uspokajały ją, plecy jej masowały, zachowywały się jak jej siostry, a nie obce kobiety. Jak tak ma być, to ja mogę rodzić :) No i oczywiście na miejscu jest moja pani doktor, ale tak miało być z założenia.
    Jedyny minus - Izba Przyjęć. Horror. Dwie młode bździągwy, które co prawda nie były niegrzeczne, ale zachowywały się jak wyprane z uczuć cyborgi. A wystarczyłaby odrobina ludzkiej życzliwości. Po co np. pytać zwijającą się z bólu pacjentkę o dane osobowe czy inne szczegóły dotyczące jej leczenia i stanu zdrowa, skoro dysponują jej dowodem osobistym i całą teczką diagnostyczną, gdzie wszystko jest jak byk wypisane? Wystarczy otworzyć i poszukać - ale to przecież za dużo roboty... Potem wklepywanie tego wszystkiego w system i ręczne przepisywanie na maszynie [sic!], a tu czas leci, każda minuta to niewyobrażalna tortura. Nie ważne, że niemiłosiernie boli - papiery muszą być wypełnione, na wszystkie pytania musisz odpowiedzieć, a jak nie, to nie wpuszczą na oddział.

    I jeszcze jedno. Takie zdarzenia to genialny test na ludzi. Bo że rodzina - tata, brat, bratowa - się o mnie martwilła i  bez przerwy wydzwaniała, to się spodziewałam i rzeczywiście tak było. Hipcio jak się możecie domyślać odchodził od zmysłów ze strachu, ale wszystko pozałatwiał, przywoził co było potrzebne, był u mnie codziennie i generalnie zachowywał się jak rasowy facet w takiej sytuacji. Mama przyjechała i została u nas do soboty, tak więc "zaopiekowana" byłam bez przerwy. Natomiast mam bardzo ciekawe obserwacje jeśli chodzi o "bliskie" mi osoby z pracy. Kilka razy dzwoniła Wiceszefowa, miałam przemiłą wymianę smsów z Główną Dyrektorką, dzwoniła biologiczka [ale nie "ta nawiedzona" :)], opiekunka praktyk - czyli osoby które mnie lubią, ale z którymi - jak się wydawało - wcale nie byłam najbliżej w pracy. Natomiast dwie moje najlepsze koleżanki, czyli polonistka Renata oraz historyczka Marzena, nawet głupiego smsa nie wysłały. Nic, cisza. Nie powiem, przykre to. Gdyby któraś z nich wylądowała nagle w szpitalu, to ja na 100% bym zareagowała, chociaż napisała z pytaniem, czy czegoś nie trzeba. A tu dupa...

    No i tak to kochani. Jako pointę mam zdjęcie szpitalnego obiadu. Żarcie jak żarcie, szału nie było, ale zjadliwe. Urzekła mnie natomiast zastawa, szczególnie talerz od zupy. Szkoda, że nie miałam jak podprowadzić na pamiątkę - przecież takie rzezczy to już zabytek :)


sobota, 18 kwietnia 2015

Rewia mody

    UWAGA!!!
      ATENTION!!!
     ACHTUNG!!!
         внимание!!!

   
    Mówiłam, że nie będę Wam robiła niemowlęcej rewii mody... ale tylko krowa nie zmienia poglądów, więc Smoczycy wolno :) Zostaliście ostrzeżeni - kto nie chce, niech nie ogląda. 
    Czyżby mi zaczęło po macierzyńsku odwalać? W sensie - że zaczęłam się jarać małymi ubrankami? Może :) Choć mam małą refleksję: dlaczego większość ciuszków dla dziewczynek jest w tonacji lila-różowej? No masakra, "słitaśne" aż do wymiotów. Tym bardziej chapeau bas dla Seniorki, która bardzo się stara w tym wszystkim nabyć dla Hipcioliny możliwie najmniej cukierkowy zestaw odzieży, choć ratunku przed wszechobecnym różem jak widać i tak nie ma.
    Poniżej zamieszczam próbkę co bardziej wystrzałowych ubranek, bo to rzecz jasna nie wszystkie, które zdążyła już zgromadzić Szanowna Babcia. I mówiąc szczerze, to naprawdę jestem jej ogromnie wdzięczna - jak wiecie, nie znoszę kupowania ubrań nawet dla siebie samej... No i już kompletnie nie znam się na tym, co takie maleństwo potrzebuje i w jakich ilościach. A Seniorka w końcu wychowała dwoje dzieci [i to w czasach głębokiej komuny...], więc w tej kwestii mam do niej pełne zaufanie. Zresztą, nie tylko w tej. Nie od dziś wiadomo, że babcie to genialny wynalazek :)
    No dobrze, dość gadania. Skoro tu dobrnęliście, to patrzcie i podziwiajcie:

Sukienka jest podobno trochę większa, w sam raz na podrośniętą wiosenną księżniczkę.

A to na jesienne chłody




To była seria ze zwierzątkami

Jak wiadomo, Seniorka uwielbia róże :)

Prosiak na tyłku rozwala system

A na koniec zielony rampres z kotkiem


poniedziałek, 13 kwietnia 2015

Równe i równiejsze

    Jak Wam już pisałam, co roku normą w Zoo jest po kilka uczennic w ciąży i nie inaczej jest teraz. Sama uczę dwie, przy czym u jednej jest to stan świeżutki, za to druga finiszuje, bo rodzi już w maju. Z tego względu zdarza się, że lekcje ze mną w naturalny sposób zamieniają się w WDŻ, czyli Wychowanie do Życia w Rodzinie. I nie widzę w tym nic złego. Na szczęście w Zoo nie istnieje coś takiego, jak presja osiągania wysokich wyników nauczania [bo cokolwiek nauczyć te dzieciaki to i tak jest sukces pedagogiczny...], więc jeśli od czasu do czasu dla odmiany dowiedzą się czegoś z półki pt. "świadome rodzicielstwo", to tylko im wyjdzie na dobre. Przynajmniej w tym temacie jestem osobą wiarygodną i na bieżąco.
    Nota bene miałam ostatnio na polskim w mojej klasie taką sytuację, że na pięć obecnych na sali osób cztery były "w temacie": ja w ciąży, Patrycja w ciąży, jeden chłopak w maju zostanie ojcem, a drugi na jesieni. Przyniosłam Patrycji wyniki mojego pierwszego badania prenatalnego z opisem - po to, by ją przekonać, by odżałowała te 250 złotych i sobie zrobiła, bo to naprawdę podstawa [a niestety NFZ refunduje tylko w określonych przypadkach]. No i jak się reszta dorwała, tak pół lekcji przegadaliśmy na temat niezbędnych badań i opieki medycznej nad przyszłą matką. A co, sami swoi :)
    Inna sprawa, że dość przykra refleksja się wyłania po moich rozmowach z Amelią [tą, co będzie rodzić w maju] i jej chłopakiem Danielem [którego jestem wychowawczynią]. Chodzi o społeczne podejście do przyszłych matek. Niby się wydaje, że średniowiecze dawno minęło, niby mieszkamy w dużym mieście, niby społeczeństwo mamy wykształcone i oświecone, niby wreszcie Polska jest krajem katolickim, a więc w założeniu "miłującym bliźniego jak siebie samego". Tjaaa... Guzik prawda. Powiem wprost: dwulicowość w traktowaniu kobiet ciężarnych jest porażająca i po prostu nie mieści się w głowie.
    Oto mamy Smoczycę, czyli 31-letnią poważną kobietę, wyglądającą jak najbardziej na osobę, dla której biologicznie "czas najwyższy mieć dziecko". Co więcej, będącej w na tyle dobrej sytuacji materialnej, by nie chandryczyć się z NFZ-em, tylko móc pozwolić sobie na prywatne wizyty ginekologiczne plus opłacenie wszystkich zleconych badań. W efekcie wszyscy lekarze są dla Dragonki bardzo mili, z anielską cierpliwością tłumaczą co i jak, uspokajają, rozwiewają wszystkie wątpliwości i odpowiadają na każde, nawet najbardziej bzdurne pytanie. Oczywiście Hipo jako ojciec dziecka [ale póki co jeszcze nie mąż], towarzyszy Smoczycy podczas każdziuteńkiej wizyty i z wypiekami na twarzy ogląda na monitorze USG, jak Hipciosmoczylla wykonuje rozmaite ewolucje gimnastyczne.
    No tak, można by powiedzieć: "klient płaci i wymaga", czyli jak to zwykle z polską służbą zdrowia. Ale ciekawe też jest to, że i na co dzień, w zwyczajnych sytuacjach, jak dotąd spotykam się z pozytywnymi reakcjami ludzi. Raz już ustąpiono mi miejsca w tramwaju [jakaś młoda dziewczyna], dwukrotnie też przepuszczono mnie w kolejce w sklepie [na wniosek sprzedawczyni, ale klienci nawet nie skomentowali, traktując to jako coś oczywistego, że kobieta w ciąży nie powinna stać w kilometrowym ogonku]. Jakoś tak to wszystko naturalnie wychodzi.
   Zatem - jakież było moje zdziwienie, kiedy podzieliłam się tymi refleksjami z Amelią, czyli 19-letnią panną, która zdecydowanie nie ma wyglądu nobliwej matrony, tylko nastolatki z wielkim brzuchem... Na prywaną opiekę medyczną oczywiście ją nie stać, więc czeka w tasiemcowych kolejkach, ale to i tak jeszcze nic. Przyplątała jej się toksoplazmoza, więc te badania prenatalne, za które ja muszę bulić ciężką kasę, jej przysługują w ramach ubezpieczenia. No dobra, fajnie - ale oczywiście NIE MA MOWY, aby do gabinetu wszedł z nią Daniel i obejrzał sobie na ekranie córeczkę [chociaż strasznie chciał]. Nic z tego, gówniarzu, mężem nie jesteś, to waruj na korytarzu, zakaz wstępu i to mimo usilnej prośby samej Amelii. I tak co chwilę - wszystko darmowe, ale robione z wielką łaską, a wydębić jakąkolwiek informację od lekarza czy pielęgniarki graniczy z cudem. A na co dzień - jeszcze gorzej. Amelia jest w 8 miesiącu i ani razu nie zdarzyło jej się, żeby ktoś jej ustąpił gdziekolwiek miejsce, o przepuszczeniu w kolejce nie wspomniawszy. Ludzie albo traktują ją jak powietrze, albo patrzą wzrokiem pełnym pogardy, że taka młoda a już z brzuchem. A że dziewczyna pyskata nie jest, to się nie wykłóca, tylko uszy po sobie spuszcza i stoi ledwo na spuchniętych nogach z kręgosłupem pękającym z bólu od dźwiganego z przodu ciężaru.
    Chore to to. Po prostu chore.


    Żeby tak jednak całkiem pesymistycznie nie kończyć, to pochwalę się na zakończenie czymś fajnym. Otóż odkąd się okazało już na 100%, że będzie dziewczynka, to Babcia Seniorka zaczęła kompletować dla małej wyprawkę. Najpierw nieśmiało i delikatnie [ot, dwa pajacyki przywiezione... z Portugalii :)], a ostatnio to już całą parą. Jak tak dalej pójdzie, to Dragonka nie będzie musiała kupić nawet pół kaftanika, bo o wszystko zadba babcia :) Spokojnie, nie będę Was zanudzała rewią niemowlęcej mody, ale jedno ubranko po prostu muszę Wam pokazać i już. Zaraz zrozumiecie, dlaczego :)




    Różowy Hipopotam :)