Prawa autorskie

Wszystkie teksty publikowane na tym blogu są mojego autorstwa. Jeśli jest inaczej, wtedy zaznaczam, że jest to cytat. Kopiowanie i rozpowszechnianie treści tej witryny bez mojej zgody jest niezgodne z prawem.

[Dz.U. z 1994 r. nr24, poz. 83]

poniedziałek, 27 kwietnia 2015

Przetarcie szlaku

    Miałeś, Drogi Czytelniku, kiedykolwiek kolkę nerkową?
    Jeśli tak, to mój opis jest zbędny. Ale jeśli nie... Cóż - jest to taki ból, że człowiek byłby gotowy się powiesić, byle tylko przestało. Uczucie mniej więcej takie, jak by ktoś wyrywał bok i tył pleców gorącymi obcęgami. Nic nie możesz zrobić, nie jesteś w stanie leżeć, stać, siedzieć, chodzić. Wyjesz, płaczesz i masz nadzieję, że organizm ci w końcu zgasi światło i łaskawie stracisz przytomność. Ten ból siłą porównują do porodu.
    Czy tak jest - no to będę mogła orzec w sierpniu, bo właśnie w zeszły wtorek dostałam kolki nerkowej. Wiedziałam, czym to pachnie, bo miałam już 10 lat temu chorą nerkę, choć wtedy nie bolała aż tak bardzo, skoro przeszło po 4 ibupromach na tyle, że mogłam zdać egzamin z oświecenia i romantyzmu na cztery. Teraz to po prostu było nie do opisania. Na szczeście siedziałam w domu, bo we wtorek była część humanistyczna egzaminów gimnazjalnych, więc i tak miałam wolne [zgodnie z przepisami w taki dzień poloniści i historycy mają zakaz wstępu do szkoły, żeby nie podpowiadali :)]. Ból zaczął się nagle, dałam radę tylko między kolejnymi falami złapać za telefon i wezwać Hipka z pracy, który po konsultacji z moją panią doktor zawiózł mnie szybko do niej do szpitala na oddział. I szczerze mówiąc z tego dnia pamiętam jakieś urywki, np. jak stałam oparta o Hipka w poczekalni, wyłam, a on mnie głaskał po głowie i uspokajał. Albo durne chłodno-uprzejme baby w Izbie Przyjęć [o nich jeszcze będzie niżej]. Grunt, że jak ból chwycił mnie ok. 7 rano, tak mniej więcej w południe leżałam już pod kroplówką.
    No cóż, niestety Hipciolinie zachciało się przycupnąć na mojej lewej nerce, co spowodowało zatrzymanie jej funkcji. Lekarstwa na to nie ma, trzeba czekać, aż się dziecina przesunie i faszerować się lekami przeciwbólowymi i rozkurczowymi. Na obecną chwilę jest już dobrze - tzn. wczoraj mnie wypuścili ze szpitala, ale nie ma absolutnie żadnej gwarancji, że to się nie powtórzy. A wtedy znów na oddział, bo nie ma możliwości załagodzenia tego bólu w warunkach domowych, tym bardziej u kobiety w ciąży. Musi być podana dożylnie odpowiednia mieszanka leków, która pomoże matce, ale nie zaszkodzi dziecku.

    W tej całej historii widzę jeden pozytyw - przetarcie szlaków. Otóż dokładnie na tym samym oddziale będę rodziła w sierpniu, dobrze więc, że mogłam go wcześniej poznać od środka. Warunki są spartańskie, bo nie był remontowany od czasów głębokiego PRL-u, wszystko stare, zniszczone, choć nie powiem - czyste. To jednak nie jest dla mnie takie ważne, bo jak wiadomo atmosferę miejsca tworzą przede wszystkim ludzie. Spędziłam tam 6 dni i WSZYSTKIE pielęgniarki były aniołami. Uśmiechnięte, spokojne, fachowe, cierpliwe, przychodzące na każde zawołanie. Miałam okazję nawet obserwować, jak przygotowywały jedną dziewczynę od nas z sali do porodu - wzięły jej rzeczy, uspokajały ją, plecy jej masowały, zachowywały się jak jej siostry, a nie obce kobiety. Jak tak ma być, to ja mogę rodzić :) No i oczywiście na miejscu jest moja pani doktor, ale tak miało być z założenia.
    Jedyny minus - Izba Przyjęć. Horror. Dwie młode bździągwy, które co prawda nie były niegrzeczne, ale zachowywały się jak wyprane z uczuć cyborgi. A wystarczyłaby odrobina ludzkiej życzliwości. Po co np. pytać zwijającą się z bólu pacjentkę o dane osobowe czy inne szczegóły dotyczące jej leczenia i stanu zdrowa, skoro dysponują jej dowodem osobistym i całą teczką diagnostyczną, gdzie wszystko jest jak byk wypisane? Wystarczy otworzyć i poszukać - ale to przecież za dużo roboty... Potem wklepywanie tego wszystkiego w system i ręczne przepisywanie na maszynie [sic!], a tu czas leci, każda minuta to niewyobrażalna tortura. Nie ważne, że niemiłosiernie boli - papiery muszą być wypełnione, na wszystkie pytania musisz odpowiedzieć, a jak nie, to nie wpuszczą na oddział.

    I jeszcze jedno. Takie zdarzenia to genialny test na ludzi. Bo że rodzina - tata, brat, bratowa - się o mnie martwilła i  bez przerwy wydzwaniała, to się spodziewałam i rzeczywiście tak było. Hipcio jak się możecie domyślać odchodził od zmysłów ze strachu, ale wszystko pozałatwiał, przywoził co było potrzebne, był u mnie codziennie i generalnie zachowywał się jak rasowy facet w takiej sytuacji. Mama przyjechała i została u nas do soboty, tak więc "zaopiekowana" byłam bez przerwy. Natomiast mam bardzo ciekawe obserwacje jeśli chodzi o "bliskie" mi osoby z pracy. Kilka razy dzwoniła Wiceszefowa, miałam przemiłą wymianę smsów z Główną Dyrektorką, dzwoniła biologiczka [ale nie "ta nawiedzona" :)], opiekunka praktyk - czyli osoby które mnie lubią, ale z którymi - jak się wydawało - wcale nie byłam najbliżej w pracy. Natomiast dwie moje najlepsze koleżanki, czyli polonistka Renata oraz historyczka Marzena, nawet głupiego smsa nie wysłały. Nic, cisza. Nie powiem, przykre to. Gdyby któraś z nich wylądowała nagle w szpitalu, to ja na 100% bym zareagowała, chociaż napisała z pytaniem, czy czegoś nie trzeba. A tu dupa...

    No i tak to kochani. Jako pointę mam zdjęcie szpitalnego obiadu. Żarcie jak żarcie, szału nie było, ale zjadliwe. Urzekła mnie natomiast zastawa, szczególnie talerz od zupy. Szkoda, że nie miałam jak podprowadzić na pamiątkę - przecież takie rzezczy to już zabytek :)


6 komentarzy:

  1. Ja to niekoniecznie bym Ci jakis przyklad podal, ale R na pewno, zwlaszcza przy zapaleniu nerwu trojdzielnego twarzy... Rzucic sie z okna to pikus przy tym bolu. A jedna kobitka powiedziala, ze wolalaby urodzic niz znow przez to przechodzic :)
    Natomiast co do przyjaciolek... Coz, moze nie chcialy sie narzucac? Albo stwierdzily, ze skoro masz takie zainteresowanie to one juz sa zwolnione? Ja w kazdym razie wykluczylem z grona osoby, ktore nie kiwnely palcem rok temu, kiedy stracilem prace. Po co mi ktos taki w gronie znajomych?
    A talerz jeszce bedziesz miala okazje podporowadzic ;) hahahahahahaha. Rzeczywiscie zabytkowy :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I uwazajcie na siebie. Wszyscy troje :)

      Usuń
    2. Wiesz Robalku - to ja chrzanię takie "przyjaciółki". Nie kupuję tego. Bliskie osoby są od tego, żeby się narzucać. A jeśli poczuły się zwolnione, to tym gorzej o nich świadczy.Wicedyra raz miała pecha i zadzwoniła akurat kiedy miałam atak - rozmawiałam z nią płacząc i jęcząc z bólu. No i co wielkiego, potem oddzwoniłam porozmawiałam na spokojnie [stwierdziła, że się przestraszyła, że płaczę, bo coś z dzieckiem...]. Jakoś obie moje szefowe mogły się zainteresować i korony im z głów nie spadły...

      Usuń
    3. No wlasnie ja tez chrzanie, dlatego juz nie sa moimi ''przyjaciolkami''. A szefowe masz swietne. Gratuluje.

      Usuń
  2. To ja dorzucę coś o bólu.
    Rodziłam 2x "dołem", bez znieczulenia, pierwszy poród po porządnej szkole rodzenia, uczącej oddychania, pomaga, naprawdę. Drugi, po prawie 6 latach, bez szkoły, ale oddychanie pamiętałam. Obu porodów nie wspominam jako traumy, ale raczej jako zadania do wykonania ;) Mam nadzieję, że bólu kolki nerkowej nie będzie mi dane zaznać, ale myślę, że kolka dużo gorsza. Kolkę miał mąż, przy każdym ataku wymiotował, pogotowie, kroplówki, coś strasznego.
    cytrynka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też się do szkoły rodzenia wybieram, pomijając samą instrukcję porodu, to nauczą mnie tam o pielęgnacji niemowlęcia - na tym polu mam zerowe doświadczenie. A co gorsze - poród czy kolka nerkowa - to wypowiem się w sierpniu :)

      Usuń