Jako nastolatka chowana na Kabarecie "Potem" [do tej pory ich wyczyny są dla mnie niedoścignioną klasyką], jestem również fanką Kabaretu "Hrabi". No Kołaczkowska rozwala system... :) I tak sobie myślę, że czas najwyższy przypomnieć ich ciążową piosenkę - lub zaznajomić z nią tych moich Czytelników, którzy jakimś cudem jej jeszcze nie słyszeli. Dla Dragonki niezwykle adekwatna i bardzo na czasie...
... czyli wszystko, co Dragonce, nauczycielce chwilowo w stanie spoczynku, przyjdzie do głowy na urlopie macierzyńskim.
Prawa autorskie
Wszystkie teksty publikowane na tym blogu są mojego autorstwa. Jeśli jest inaczej, wtedy zaznaczam, że jest to cytat. Kopiowanie i rozpowszechnianie treści tej witryny bez mojej zgody jest niezgodne z prawem.
[Dz.U. z 1994 r. nr24, poz. 83]
[Dz.U. z 1994 r. nr24, poz. 83]
sobota, 21 marca 2015
Kabaret Hrabi - Ciąża
A to znacie?
Jako nastolatka chowana na Kabarecie "Potem" [do tej pory ich wyczyny są dla mnie niedoścignioną klasyką], jestem również fanką Kabaretu "Hrabi". No Kołaczkowska rozwala system... :) I tak sobie myślę, że czas najwyższy przypomnieć ich ciążową piosenkę - lub zaznajomić z nią tych moich Czytelników, którzy jakimś cudem jej jeszcze nie słyszeli. Dla Dragonki niezwykle adekwatna i bardzo na czasie...
Jako nastolatka chowana na Kabarecie "Potem" [do tej pory ich wyczyny są dla mnie niedoścignioną klasyką], jestem również fanką Kabaretu "Hrabi". No Kołaczkowska rozwala system... :) I tak sobie myślę, że czas najwyższy przypomnieć ich ciążową piosenkę - lub zaznajomić z nią tych moich Czytelników, którzy jakimś cudem jej jeszcze nie słyszeli. Dla Dragonki niezwykle adekwatna i bardzo na czasie...
poniedziałek, 16 marca 2015
Ale jak to tak - bez chrztu...?!
Uprzedzam lojalnie z góry - dzisiejszy post będzie dotyczył religii. Jak wiadomo, w Polsce chyba jeszcze tylko temat polityki wywołuje takie emocje, że ludzie kiedy się nakręcą, są w stanie niemal pozabijać swoich oponentów, bo nie potrafią znieść myśli, że ktoś może mieć na tym polu inne poglądy. Jeśli zatem, Drogi Czytelniku, jesteś osobą bardzo wierzącą i czujesz, że ciężko Ci przejść do porządku dziennego nad tym, że nie wszyscy dookoła wyznają tę samą religię, co Ty - to dla własnego spokoju pomiń ten wpis.
Nie jest tajemnicą, że zarówno Dragonka, jak i Hipopotam są ateistami. Nie mam oczywiście tego faktu wypisanego na czole, ale też nie widzę powodu, by to ukrywać - i na pewno na łamach niniejszego bloga wspominałam o tym kilka razy przy różnych okazjach. Tak jest również w życiu codziennym - nie chodzę i nie trąbię wszem i wobec, że Boga nie ma, a także nie prowadzę "krucjat" przeciwko chrześcijanom różnych odłamów, starając się ich przekonwertować na ateizm. Po prostu na co dzień dla mnie tematu nie ma, nie zajmuję się nim, bo i po co. Jeśli natomiast kwestia wiary wyniknie sama z rozmowy, to oczywiście mogę skomentować, tym bardziej, jeśli jestem o to proszona. Staram się to robić taktownie, a przede wszystkim mówić o sobie i swojej perspektywnie, nie oceniając praktyk religijnych innych osób. Wychodzę z założenia, że wiara to indywidualna sprawa każdego człowieka, więc nie mam zamiaru nikogo przekonywać, że Boga nie ma - ale też oczekuję, że nikt nie będzie mnie nawracał czy patrzył na mnie z wyższością z tego tytułu, że nie wierzę. No i wszystko jest pięknie i ładnie, dopóki ta delikatna, ale jednak wyraźna granica nie zostanie naruszona.
No to moi kochani, ścięłam się dziś lekko na tle religijnym z historyczką Marzenką [kojarzycie, wychowawczynią mojej ulubionej męskiej 3B] - którą nota bene ogromnie lubię i która zdecydowanie jest dla mnie kimś więcej, niż tylko koleżanką z pracy. Marzena jest osobą wierzącą i praktykującą, choć oczywiście daleko jej do fanatyzmu Zofii. Jakoś do tej pory jednak kwestie religii w ogóle nie były w naszych rozmowach poruszane.
Siedziałyśmy we trzy w pokoju nauczycielskim - ja, Marzena i Renata [polonistka]. Wszystkie się genaralnie bardzo lubimy i utrzymujemy ze sobą bliskie kontakty także poza pracą, czyli odwiedzamy się, umawiamy od czasu do czasu na kawę czy pizzę. Obie dziewczyny znają też i lubią Hipopotama - czyli jednym słowem, sami swoi. Rozmowa zeszła na moje i Błotnego Ssaka przygotowania do ślubu [a raczej do cywilnej legalizacji związku], który odbędzie się w maju. Opowiadałam więc dziewczynom o szyciu garnituru na miarę, o kupowaniu butów, o wybieraniu obrączek i tym podobnych rzeczach. Było miło i przyjemnie do momentu, aż Marzena nie wypaliła w pewnej chwili z rozbrajającym uśmiechem:
- Ja to poczekam, aż wy w końcu weźmiecie ślub kościelny.
- No, to się chyba nie doczekasz... - odparłam lekko.
- Oj zobaczysz, zobaczysz, jeszcze weźmiecie, ja to wiem.
- Marzenko, przecież oboje jesteśmy ateistami. Po cholerę nam ślub kościelny?
- To się wszystko może pozmieniać. Też mam kolegę, był ateistą i w końcu uwierzył. Z wami też tak będzie. - Marzena była przy tym bardzo spokojna, pewna siebie i przemawiała tonem jak do głupiego dziecka.
- Równie dobrze ty możesz przejść na islam albo na judaizm. My naprawdę nie wierzymy w Boga, to skąd ten pomysł? Przecież my nawet dziecka nie będziemy chrzcili... - tłumaczę dalej, choć już z zapewne lekką irytacją. W końcu dlaczego niby Marzena ma wiedzieć lepiej ode mnie, że zmieni mi się podejście do religii?
Na takie dictum Marzena jednak nie była przygotowana. Ślub ślubem, ale chrzest...?
- No ale jak to?! - nie mogła uwierzyć.
- No normalnie. Tak samo, jak nie obrzezałabym dziecka, gdyby to był chłopiec.
- Chyba żartujesz?! Jak można nie ochrzcić dziecka?! Przecież to jest bardzo ważne!
- Ale i ja i Hipek jesteśmy ateistami, więc po co?
- Bo to jest sakrament! - wypaliła, zupełnie, jak by to załatwiało sprawę. Próbuję zatem tłumaczyć spokojnie i po dobroci:
- Jaki jest sens, byśmy chrzcili dziecko, skoro nie wierzymy w Boga? Zrozum, "sakrament" to jest dla mnie puste słowo. Ja nie wierzę w nic, Hipek nie wierzy w nic, to nie będziemy przekazywali dziecku żadnej religii. Jeśli będzie chciało się kiedyś ochrzcić, to to zrobi, jego sprawa, wolny wybór. I tak będzie znało Biblię na wyrywki, podobnie jak mitologię grecką, bo nie wyobrażam sobie inaczej.
Marzenie jednak dalej cała sprawa nie mieściła się w głowie.
- Ale tak bez chrztu...? Biedne dziecko!
No i tu przyznaję, że się wkurzyłam, bo przegięła. Mówiłam dalej spokojnie, choć przestałam cenzurować argumenty. Skoro ona daje sobie prawo do takich ocen, to czemu ja mam być "politycznie poprawna"?
- W naszej sytuacji chrzest byłby hipokryzją. Uważmy, że Boga nie ma i koniec.
- Ale Bóg jest!
- A ja twierdzę, że nie ma. I co? Słowo przeciwko słowu.
- Skąd wiesz, że go nie ma?
- A ty skąd wiesz, że jest?
- Bo to się po prostu czuje. Jak możesz mówić, że go nie ma? Ty go po prostu nie szukasz!
No tak, niesamowita logika...
- Zgadza się, podobnie, jak nie szukam krasnoludków, kosmitów, Zeusa i Swarożyca...
- Ale jak można żyć bez Boga? - Marzenka nie dawała za wygraną. - Życie bez Boga jest strasznie puste, smutne, bezwartościowe...
- A ja uważam, że jest odpowiedzialne. Wiesz, że nikt cię nie prowadzi za rączkę, więc sama musisz się o siebie zatroszczyć. Nie masz też na kogo zwalić winy: "bo Bóg tak chciał". Sama kierujesz swoim życiem i musisz wziąć za nie 100% odpowiedzialności.
Potem szczerze mówiąc zadzwonił dzwonek na przerwę, do pokoju weszło jeszcze kilku nauczycieli, więc rozmowa siłą rzeczy została przerwana - i bardzo dobrze. Mam wrażenie, że i tak nie doprowadziłaby do niczego konstruktywnego.
Co to w ogóle miało być? Czy ja komukolwiek mówię z wyższością, że postępuje nieracjonalnie modląc się do wystruganej z drewna figurki faceta, któremu wydawało się, że jest Bogiem? Albo że nie powinien w imieniu niemowlęcia deklarować, że będzie ono wierzyło w Boga - w momencie, gdy to dziecko nie jest w stanie zrozumieć otaczającego go świata, nie mówiąc o sprawach związanych z religią? Czy ja uzurpuję sobie prawo, by twierdzić z całą stanowczością, że mój rozmówca na pewno się opamięta, przestanie pleść bzdury i zrozumie, że światem rządzą prawa biologii, chemii, fizyki - ale na pewno nie jakiś siwobrody staruszek latający na chmurce do spółki ze swoim synem urodzonym przez dziewicę, w dodatku bez udziału mężczyzny?
Zastanawiam się nad pointą, ale nic sensownego nie przychodzi mi do głowy. Może poza tym - żyj i daj żyć innym. Amen :)
Nie jest tajemnicą, że zarówno Dragonka, jak i Hipopotam są ateistami. Nie mam oczywiście tego faktu wypisanego na czole, ale też nie widzę powodu, by to ukrywać - i na pewno na łamach niniejszego bloga wspominałam o tym kilka razy przy różnych okazjach. Tak jest również w życiu codziennym - nie chodzę i nie trąbię wszem i wobec, że Boga nie ma, a także nie prowadzę "krucjat" przeciwko chrześcijanom różnych odłamów, starając się ich przekonwertować na ateizm. Po prostu na co dzień dla mnie tematu nie ma, nie zajmuję się nim, bo i po co. Jeśli natomiast kwestia wiary wyniknie sama z rozmowy, to oczywiście mogę skomentować, tym bardziej, jeśli jestem o to proszona. Staram się to robić taktownie, a przede wszystkim mówić o sobie i swojej perspektywnie, nie oceniając praktyk religijnych innych osób. Wychodzę z założenia, że wiara to indywidualna sprawa każdego człowieka, więc nie mam zamiaru nikogo przekonywać, że Boga nie ma - ale też oczekuję, że nikt nie będzie mnie nawracał czy patrzył na mnie z wyższością z tego tytułu, że nie wierzę. No i wszystko jest pięknie i ładnie, dopóki ta delikatna, ale jednak wyraźna granica nie zostanie naruszona.
No to moi kochani, ścięłam się dziś lekko na tle religijnym z historyczką Marzenką [kojarzycie, wychowawczynią mojej ulubionej męskiej 3B] - którą nota bene ogromnie lubię i która zdecydowanie jest dla mnie kimś więcej, niż tylko koleżanką z pracy. Marzena jest osobą wierzącą i praktykującą, choć oczywiście daleko jej do fanatyzmu Zofii. Jakoś do tej pory jednak kwestie religii w ogóle nie były w naszych rozmowach poruszane.
Siedziałyśmy we trzy w pokoju nauczycielskim - ja, Marzena i Renata [polonistka]. Wszystkie się genaralnie bardzo lubimy i utrzymujemy ze sobą bliskie kontakty także poza pracą, czyli odwiedzamy się, umawiamy od czasu do czasu na kawę czy pizzę. Obie dziewczyny znają też i lubią Hipopotama - czyli jednym słowem, sami swoi. Rozmowa zeszła na moje i Błotnego Ssaka przygotowania do ślubu [a raczej do cywilnej legalizacji związku], który odbędzie się w maju. Opowiadałam więc dziewczynom o szyciu garnituru na miarę, o kupowaniu butów, o wybieraniu obrączek i tym podobnych rzeczach. Było miło i przyjemnie do momentu, aż Marzena nie wypaliła w pewnej chwili z rozbrajającym uśmiechem:
- Ja to poczekam, aż wy w końcu weźmiecie ślub kościelny.
- No, to się chyba nie doczekasz... - odparłam lekko.
- Oj zobaczysz, zobaczysz, jeszcze weźmiecie, ja to wiem.
- Marzenko, przecież oboje jesteśmy ateistami. Po cholerę nam ślub kościelny?
- To się wszystko może pozmieniać. Też mam kolegę, był ateistą i w końcu uwierzył. Z wami też tak będzie. - Marzena była przy tym bardzo spokojna, pewna siebie i przemawiała tonem jak do głupiego dziecka.
- Równie dobrze ty możesz przejść na islam albo na judaizm. My naprawdę nie wierzymy w Boga, to skąd ten pomysł? Przecież my nawet dziecka nie będziemy chrzcili... - tłumaczę dalej, choć już z zapewne lekką irytacją. W końcu dlaczego niby Marzena ma wiedzieć lepiej ode mnie, że zmieni mi się podejście do religii?
Na takie dictum Marzena jednak nie była przygotowana. Ślub ślubem, ale chrzest...?
- No ale jak to?! - nie mogła uwierzyć.
- No normalnie. Tak samo, jak nie obrzezałabym dziecka, gdyby to był chłopiec.
- Chyba żartujesz?! Jak można nie ochrzcić dziecka?! Przecież to jest bardzo ważne!
- Ale i ja i Hipek jesteśmy ateistami, więc po co?
- Bo to jest sakrament! - wypaliła, zupełnie, jak by to załatwiało sprawę. Próbuję zatem tłumaczyć spokojnie i po dobroci:
- Jaki jest sens, byśmy chrzcili dziecko, skoro nie wierzymy w Boga? Zrozum, "sakrament" to jest dla mnie puste słowo. Ja nie wierzę w nic, Hipek nie wierzy w nic, to nie będziemy przekazywali dziecku żadnej religii. Jeśli będzie chciało się kiedyś ochrzcić, to to zrobi, jego sprawa, wolny wybór. I tak będzie znało Biblię na wyrywki, podobnie jak mitologię grecką, bo nie wyobrażam sobie inaczej.
Marzenie jednak dalej cała sprawa nie mieściła się w głowie.
- Ale tak bez chrztu...? Biedne dziecko!
No i tu przyznaję, że się wkurzyłam, bo przegięła. Mówiłam dalej spokojnie, choć przestałam cenzurować argumenty. Skoro ona daje sobie prawo do takich ocen, to czemu ja mam być "politycznie poprawna"?
- W naszej sytuacji chrzest byłby hipokryzją. Uważmy, że Boga nie ma i koniec.
- Ale Bóg jest!
- A ja twierdzę, że nie ma. I co? Słowo przeciwko słowu.
- Skąd wiesz, że go nie ma?
- A ty skąd wiesz, że jest?
- Bo to się po prostu czuje. Jak możesz mówić, że go nie ma? Ty go po prostu nie szukasz!
No tak, niesamowita logika...
- Zgadza się, podobnie, jak nie szukam krasnoludków, kosmitów, Zeusa i Swarożyca...
- Ale jak można żyć bez Boga? - Marzenka nie dawała za wygraną. - Życie bez Boga jest strasznie puste, smutne, bezwartościowe...
- A ja uważam, że jest odpowiedzialne. Wiesz, że nikt cię nie prowadzi za rączkę, więc sama musisz się o siebie zatroszczyć. Nie masz też na kogo zwalić winy: "bo Bóg tak chciał". Sama kierujesz swoim życiem i musisz wziąć za nie 100% odpowiedzialności.
Potem szczerze mówiąc zadzwonił dzwonek na przerwę, do pokoju weszło jeszcze kilku nauczycieli, więc rozmowa siłą rzeczy została przerwana - i bardzo dobrze. Mam wrażenie, że i tak nie doprowadziłaby do niczego konstruktywnego.
Co to w ogóle miało być? Czy ja komukolwiek mówię z wyższością, że postępuje nieracjonalnie modląc się do wystruganej z drewna figurki faceta, któremu wydawało się, że jest Bogiem? Albo że nie powinien w imieniu niemowlęcia deklarować, że będzie ono wierzyło w Boga - w momencie, gdy to dziecko nie jest w stanie zrozumieć otaczającego go świata, nie mówiąc o sprawach związanych z religią? Czy ja uzurpuję sobie prawo, by twierdzić z całą stanowczością, że mój rozmówca na pewno się opamięta, przestanie pleść bzdury i zrozumie, że światem rządzą prawa biologii, chemii, fizyki - ale na pewno nie jakiś siwobrody staruszek latający na chmurce do spółki ze swoim synem urodzonym przez dziewicę, w dodatku bez udziału mężczyzny?
Zastanawiam się nad pointą, ale nic sensownego nie przychodzi mi do głowy. Może poza tym - żyj i daj żyć innym. Amen :)
niedziela, 15 marca 2015
Zoo a ciąża
Temat w mojej szkole zawsze aktualny i na czasie, choć ostatnio dla mnie bardziej z oczywistych względów. Ale przecież wydawać by się mogło, że co innego, kiedy nauczycielka zajdzie w ciążę [w końcu dorosła kobieta - wolno jej :)], a co innego, jeśli uczennica. Nie wiem szczerze mówiąc, jak do takich kwestii obecnie podchodzi się w zwyczajnych szkołach - to pewnie jak zwykle zależy od konkretnej placówki. W poprzedniej szkole, w której pracowałam - zwykłe, przeciętne liceum - przez 3 lata mojej kadencji mieliśmy jedną maturzystkę w stanie błogosławionym. Nie było z tego żadnej afery, być może dlatego, że bądź co bądź dziewczyna miała już 19 lat, a poza tym potem zaczęły się jej jakieś komplikacje i poszła na zwolnienie. Nie wiem, jak to wygląda w mniejszych miastach czy bardziej konserwatywnych społecznościach. Różne rzeczy natomiast można powiedzieć o Zoo, ale w przypadku ciężarnej uczennicy, to jestem pewna, że nie mogła trafić lepiej, niż do nas.
Podopiecznych z rosnącymi brzuszkami mamy co roku kilka - odkąd tam pracuję było już ich tyle, że przestałam liczyć. Trzy przypadki relacjonowałam Wam w sposób bardziej szczegółowy. Pamiętacie zapewne Emilkę, czyli 15-latkę o buzi aniołka i o "bardzo małym rozumku", której niewiele lat starszy kolega zmajstrował dwójkę dzieci, które jej ostatecznie i tak odebrano i umieszczono w rodzinach zastępczych. Następna to pamiętna Młoda Gniewna - nota bene mam z nią stały kontakt, bo odwiedza mnie regularnie w Zoo, a poza tym w pierwszej gimnazjum wylądowała niedawno jej młodsza siostra. Na szczęście sama Sylwia jakoś sobie radzi - tzn. pracuje, uczy się w liceum zaocznym, a córka chowa się póki co zdrowo. Ojciec dziecka oczywiście się na nie wypiął, dokładnie tak, jak przewidywałam, ale czego innego należało się spodziewać po 30-latku biorącym się za dziewczynę, która nawet nie skończyła gimnazjum... Ostatnia mamusia to Dorotka, ale co się z nią dzieje, to naprawdę nie wiem, bo oboje ze Sławkiem nawet nie skończyli u nas trzeciej klasy, a potem zostali skreśleni z listy uczniów, bo ileż można powtarzać rok, jak się jest pełnoletnim... Oprócz nich przez Zoo przewinęło się jeszcze wiele innych "ciężarówek", bo w końcu mamy do czynienia z młodymi dziewczynami w wieku rozrodczym, które mają na ogół dość beztroskie podejście do życia [czyli, że ogólnie "jakoś to będzie'], a do tego nikłą wiedzę na temat antykoncepcji. Obecnie w Zoo z tego, co mi wiadomo, są trzy uczennice w ciąży - jedna w pierwszej gimnazjum [mieszkająca nawiasem mówiąc w placówce opiekuńczej - czyli nie umieli jej upilnować...], jedna w trzeciej zawodówce [uczę ją polskiego - fajna dziewczyna, ma nienajgorzej poukładane w głowie, dziecku krzywdy nie zrobi], a trzecia - i to jest bardzo świeża informacja - to moja własna wychowanka Patrycja, może kojarzycie, ta od wygodnickiego tatusia. No cóż, analizując postawę życiową pannicy, to się musiało tak skończyć, skoro była przyzwyczajona do tego, że robi co chce, a agresją i bezczelnością może wymusić na rodzicach dosłownie wszystko... Idę zresztą o zakład, że wychowanie wnuka spadnie na dziadków, bo nie spodziewam się, żeby nagle sama Patrycja zechciała wziąć odpowiedzialność za swoje dziecko, skoro całe życie robiła wyłącznie to, na co miała ochotę, a rodzice spuszczali uszy po sobie.
No dobrze, a jaką w tym wszystkim politykę wobec przyszłych matek ma samo Zoo? Przede wszystkim nigdy nie robimy z tego halo, tylko traktujemy temat zwyczajnie, nie szukając tanich sensacji. Po drugie naprawdę staramy się jak tylko możemy ułatwić im życie, w związku z czym opłaca się uczennicom jak najszybciej szkołę powiadomić o ich odmiennym stanie. Nierzadko zresztą w Zoo wiemy wcześniej, niż zainteresowane powiedzą w domu - tak było w przypadku Młodej Gniewnej i tak jest teraz z Patrycją, która powiedziała w piątek opiekunce praktyk zawodowych, ale na 100% jej rodzice jeszcze nie wiedzą. A zatem staramy się przede wszystkim umożliwić im zaliczenie roku, a potem służymy radą, jak załatwia się np. indywidualne nauczanie z paragrafu "matka karmiąca". Generalnie wychodzimy z założenia, że one i tak będą miały wystarczająco pod górkę, więc nie mamy zamiaru rzucać im dodatkowych kłód pod nogi.
Co do brzuchatej Smoczycy, to - jak wspominałam - same małpki zachowują się wspaniale. Wiecie, te dzieciaki w większości są z rodzin wielodzietnych, a zatem miały okazję widywać swoje własne mamy w ciąży, a niejednokrotnie zatrudniane były potem do pilnowania młodszego rodzeństwa, czyli przewijania niemowlaka, kąpania, zabawiania, nocnego wstawania... Doskonale zatem wiedzą, czym to wszystko pachnie :) Mam np. w swojej klasie takiego dość nadpobudliwego kibolka, który znany jest z tego, że o byle co wali w mordę i generalnie cholernie łatwo go zdenerwować. Rok temu urodził mu się braciszek i okazało się, że młodzieniec po prostu go uwielbia. Jak sam przyznał, nie ma możliwości, by malec go wyprowadził z równowagi, mimo że ryczy ile wlezie, jak przestało na niemowlę. Może bawić się z nim godzinami, robić do niego głupie miny, śpiewać mu i nosić brata na rękach... Co nie zmienia faktu, że mój podopieczny dalej jest nadpobudliwy i ma kolejną sprawę na policji o pobicie :)
Małpki zatem traktują mnie super, choć zabawnie się robi, kiedy nastoletnie uczennice z całą powagą i fachowością udzielają mi rad w kwestii pielęgnacji noworodka - i to wcale nie dlatego, że są przemądrzałe, tylko dlatego, że się na tym po prostu znają. Poza tym naprawdę widzę, że dzieciaki starają się panować nad głupimi zachowaniami, żeby mnie nie denerwować. No a z uczennicą z trzeciej klasy zawodówki możemy sobie porozmawiać na temat ciążowych dolegliwości, tego co widać na USG, kompletowaniu wyprawki oraz tego, w którym szpitalu rodzić, a który omijać szerokim łukiem.
Czyli - fajnie jest :)
Podopiecznych z rosnącymi brzuszkami mamy co roku kilka - odkąd tam pracuję było już ich tyle, że przestałam liczyć. Trzy przypadki relacjonowałam Wam w sposób bardziej szczegółowy. Pamiętacie zapewne Emilkę, czyli 15-latkę o buzi aniołka i o "bardzo małym rozumku", której niewiele lat starszy kolega zmajstrował dwójkę dzieci, które jej ostatecznie i tak odebrano i umieszczono w rodzinach zastępczych. Następna to pamiętna Młoda Gniewna - nota bene mam z nią stały kontakt, bo odwiedza mnie regularnie w Zoo, a poza tym w pierwszej gimnazjum wylądowała niedawno jej młodsza siostra. Na szczęście sama Sylwia jakoś sobie radzi - tzn. pracuje, uczy się w liceum zaocznym, a córka chowa się póki co zdrowo. Ojciec dziecka oczywiście się na nie wypiął, dokładnie tak, jak przewidywałam, ale czego innego należało się spodziewać po 30-latku biorącym się za dziewczynę, która nawet nie skończyła gimnazjum... Ostatnia mamusia to Dorotka, ale co się z nią dzieje, to naprawdę nie wiem, bo oboje ze Sławkiem nawet nie skończyli u nas trzeciej klasy, a potem zostali skreśleni z listy uczniów, bo ileż można powtarzać rok, jak się jest pełnoletnim... Oprócz nich przez Zoo przewinęło się jeszcze wiele innych "ciężarówek", bo w końcu mamy do czynienia z młodymi dziewczynami w wieku rozrodczym, które mają na ogół dość beztroskie podejście do życia [czyli, że ogólnie "jakoś to będzie'], a do tego nikłą wiedzę na temat antykoncepcji. Obecnie w Zoo z tego, co mi wiadomo, są trzy uczennice w ciąży - jedna w pierwszej gimnazjum [mieszkająca nawiasem mówiąc w placówce opiekuńczej - czyli nie umieli jej upilnować...], jedna w trzeciej zawodówce [uczę ją polskiego - fajna dziewczyna, ma nienajgorzej poukładane w głowie, dziecku krzywdy nie zrobi], a trzecia - i to jest bardzo świeża informacja - to moja własna wychowanka Patrycja, może kojarzycie, ta od wygodnickiego tatusia. No cóż, analizując postawę życiową pannicy, to się musiało tak skończyć, skoro była przyzwyczajona do tego, że robi co chce, a agresją i bezczelnością może wymusić na rodzicach dosłownie wszystko... Idę zresztą o zakład, że wychowanie wnuka spadnie na dziadków, bo nie spodziewam się, żeby nagle sama Patrycja zechciała wziąć odpowiedzialność za swoje dziecko, skoro całe życie robiła wyłącznie to, na co miała ochotę, a rodzice spuszczali uszy po sobie.
No dobrze, a jaką w tym wszystkim politykę wobec przyszłych matek ma samo Zoo? Przede wszystkim nigdy nie robimy z tego halo, tylko traktujemy temat zwyczajnie, nie szukając tanich sensacji. Po drugie naprawdę staramy się jak tylko możemy ułatwić im życie, w związku z czym opłaca się uczennicom jak najszybciej szkołę powiadomić o ich odmiennym stanie. Nierzadko zresztą w Zoo wiemy wcześniej, niż zainteresowane powiedzą w domu - tak było w przypadku Młodej Gniewnej i tak jest teraz z Patrycją, która powiedziała w piątek opiekunce praktyk zawodowych, ale na 100% jej rodzice jeszcze nie wiedzą. A zatem staramy się przede wszystkim umożliwić im zaliczenie roku, a potem służymy radą, jak załatwia się np. indywidualne nauczanie z paragrafu "matka karmiąca". Generalnie wychodzimy z założenia, że one i tak będą miały wystarczająco pod górkę, więc nie mamy zamiaru rzucać im dodatkowych kłód pod nogi.
Co do brzuchatej Smoczycy, to - jak wspominałam - same małpki zachowują się wspaniale. Wiecie, te dzieciaki w większości są z rodzin wielodzietnych, a zatem miały okazję widywać swoje własne mamy w ciąży, a niejednokrotnie zatrudniane były potem do pilnowania młodszego rodzeństwa, czyli przewijania niemowlaka, kąpania, zabawiania, nocnego wstawania... Doskonale zatem wiedzą, czym to wszystko pachnie :) Mam np. w swojej klasie takiego dość nadpobudliwego kibolka, który znany jest z tego, że o byle co wali w mordę i generalnie cholernie łatwo go zdenerwować. Rok temu urodził mu się braciszek i okazało się, że młodzieniec po prostu go uwielbia. Jak sam przyznał, nie ma możliwości, by malec go wyprowadził z równowagi, mimo że ryczy ile wlezie, jak przestało na niemowlę. Może bawić się z nim godzinami, robić do niego głupie miny, śpiewać mu i nosić brata na rękach... Co nie zmienia faktu, że mój podopieczny dalej jest nadpobudliwy i ma kolejną sprawę na policji o pobicie :)
Małpki zatem traktują mnie super, choć zabawnie się robi, kiedy nastoletnie uczennice z całą powagą i fachowością udzielają mi rad w kwestii pielęgnacji noworodka - i to wcale nie dlatego, że są przemądrzałe, tylko dlatego, że się na tym po prostu znają. Poza tym naprawdę widzę, że dzieciaki starają się panować nad głupimi zachowaniami, żeby mnie nie denerwować. No a z uczennicą z trzeciej klasy zawodówki możemy sobie porozmawiać na temat ciążowych dolegliwości, tego co widać na USG, kompletowaniu wyprawki oraz tego, w którym szpitalu rodzić, a który omijać szerokim łukiem.
Czyli - fajnie jest :)
środa, 11 marca 2015
Najlepszy pasożyt świata
Jak stwierdziła moja pani ginekolog prowadząca ciążę, dziecko jest najdoskonalszym pasożytem na świecie. Wyciągnie bez skrupułów z organizmu matki wszystkie najlepsze składniki, żeby tylko zapewnić sobie optymalny rozwój. Stąd też oczywiście "organizm żywiciela" musi się odpowiednio odżywiać, jeść pożywienie wysokiej jakości i faszerować się witaminkami i innego rodzaju super odżywkami, żeby nie dopuścić do powstania niedoborów. Dziecko i tak sobie zabierze, co będzie chciało, mając w nosie ewentualne braki z tego tytułu u przyszłej mamusi.
Brzmi lekko brutalnie [w końcu to czysta bita natura, a ta jak wiadomo nie ma zwyczaju patyczkować się z kimkolwiek...] i pewnie faktycznie robi się problem, jeśli w ciążę zachodzi wątła chudzinka o figurze top modelki albo nienajlepszym zdrowiu. Wtedy "doskonały pasożyt" rzeczywiście zaczyna siać spustoszene w jej organizmie. Co tu jednak dużo gadać - o Dragonce można powiedzieć dużo, ale na pewno nie to, że jest szczuplutką superlaską, bez problemu wciskającą się w rozmiar 36. Prawdę rzekłszy, to przed ciążą miałam nadwagę [nie jakąś monstrualną, ale jednak] i średnią motywację, żeby coś z nią konstruktywnego zrobić.
Co się okazuje? Ano to, że zafundowanie sobie Hipciosmoczylli póki co jest dla mnie genialną kuracją wyszczuplającą. Jak już wspominałam, odkąd jestem w ciąży mam tak z połowę mniejszy apetyt - jem mniejsze porcje, opuszczam posiłki, najadam się momentalnie, no i moje zapotrzebowanie na słodycze wyraźnie spadło. Rozpakowana czekolada może sobie leżeć i tydzień na wierzchu pod moim nosem, a ja owszem, skubnę kosteczkę czy dwie - ale nie 3/4 tabliczki prawie do puszczenia pawia, co onegdaj było normą :) Do tego zapewne jako się rzekło na początku - mój osobisty doskonały pasożyt pieczołowicie wyciąga ze mnie nagromadzone latami zapasy, bo przecież musi sobie z czegoś zbudować szkielet i organy wewnętrzne. W efekcie - od początku ciąży [a jestem w czwartym miesiącu] przytyłam tak może z kilogram, tzn. nie tyle ja, co Hipciosmoczylla, bo wywaliło mi już całkiem pokaźny ciążowy brzuch, umiejscowiony wyraźnie nad moim prywatnym, osobistym sadełkiem. A reszta ciała, moi kochani - znika :) Uśmiałam się ostatnio, bo przezornie na samym początku ciąży kupiłam sobie już na zapas dwie pary spodni z tzw. panelem ciążowym, czyli wszytym w pasie materiałem służącym do zmieszczenia rosnącego brzucha. Kiedy je kupowałam, to oczywiście w pasie były jeszcze za luźne [bo w końcu miały być na zapas...], ale poza tym leżały dobrze. I wiecie co? Obecnie, czyli dwa miesiące po zakupie, spadają mi z tyłka! Nie są już ładnie dopasowane w udach, tylko wiszą na mnie smętnie i nadają się wyłącznie do chodzenia po domu.
Obawiałam się, że skoro startowałam w ciąży z nadprogramowymi kilogramami, to przez 9 miesięcy zamienię się w prawdziwego wieloryba, a tu jak na razie nic bardziej mylnego :) Mój osobisty pasożyt objada się w najlepsze, co skutkuje u mnie utratą masy w tych miejscach, gdzie tłuszczyku było zdecydowanie za dużo. No i bardzo dobrze, dziecko, wpierniczaj ile wlezie, niech ci się uszy trzęsą :) Nie żałuj sobie...
Przy tym wszystkim na szczęście wyniki krwi mam eleganckie - pani ginekolog aż piała z zachwytu i stwierdziła, że niejeden "normalny"człowiek [czyli nie w ciąży] pozazdrościłby mi takiej morfologii. Żadnych niedoborów, profilaktycznie mam co prawda brać jakieś witaminy dla ciężarnych, ale jak zapomnę, to też się nic nie stanie. Widocznie przez lata nagromadziłam sobie tyle, że teraz spokojnie wystarcza i dla mnie, i dla dziecka.
Reasumując powyższy wywód - okazuje się, że w przypadku Smoczycy sprawa jest prosta. Chcesz schudnąć? Żadna dieta owocowo-warzywna, żaden Dukan. Wystarczy zajść w ciążę - efekt murowany :)
poniedziałek, 2 marca 2015
Na chorobowym
Już trzeci tydzień nie mogę doleczyć przeziębienia.
Choruje pół miasta, w mojej przychodni sajgon, bo przyjmuje tylko dwóch lekarzy [pozostali na zwolnieniach chorobowych - jakże by inaczej, bakterie i wirusy nie są wybredne i wszystkich traktują jednakowo...], a ludzi tylu, że aż czarno. Zresztą, z kim ze znajomych nie rozmawiam, to wszyscy chorzy. Nawet Drybka dopadło - kiedy musiałam odwołać zajęcia, to tylko się ucieszył.
U mnie oczywiście trwa to aż tak długo, bo na dobrą sprawę niczym nie mogę się leczyć. Syropki wzmacniające, naturalne sposoby [mikstura z cebuli], tabletki do ssania na gardło, rutinoscorbin, a gdybym miała gorączkę [a tradycyjnie nie mam], to wolno mi wziąć apap. Eto wsio. Ze względu na Hipciosmoczyllę nie powinnam brać nic silniejszego, tylko zdać się na możliwości obronne mojego organizmu. A te, wbrew pozorom [i odpukać!] wcale nie są takie do bani. Otóż cały zeszły tydzień bardzo poważnie zagrypiony był Hipek - leżał w łóżku z antybiotykiem i zasłużonym L4, a ja się tylko modliłam [oczywiście - metaforycznie :), czyli do moich własnych leukocytów], żeby się od niego tym paskudztwem nie zarazić. I jakoś się udało.
A co mi generalnie jest? Siedzi mi jakieś cholerstwo w gardle i wyjść nie chce. Kaszel, katar, zmieniony głos. Dobrze, że na dół nie złazi, bo oskrzela i płuca czyste. Pół ferii schrzanione, a teraz jestem na tygodniowym zwolnieniu. Mam się doleczyć i koniec. A od tego kaszlu to mnie wszystkie mięśnie żeber już bolą...
Zatem sami widzicie, naprawdę nie mam o czym pisać :) Co może być nudniejszego niż przeziębiona Smoczyca w ciąży snująca się po mieszkaniu? Może małpki za mną zatęsknią - wiem od Marzenki, że chłopaki z 3B bardzo o mnie pytali i kazali mnie gorąco pozdrowić. Niewykluczone, że to dlatego, iż mieli dziś w planie dwa polskie, a zamiast tego dowalili im dwie matematyki z Irenką, która orze uczniami niemiłosiernie i na pewno nie da się jej namówić na partyjkę scrabbli :)
Na otarcie łez mam dla Was mały materiał fotograficzny - z Jej Wysokością i Hipciosmoczyllą w roli głównej...
Choruje pół miasta, w mojej przychodni sajgon, bo przyjmuje tylko dwóch lekarzy [pozostali na zwolnieniach chorobowych - jakże by inaczej, bakterie i wirusy nie są wybredne i wszystkich traktują jednakowo...], a ludzi tylu, że aż czarno. Zresztą, z kim ze znajomych nie rozmawiam, to wszyscy chorzy. Nawet Drybka dopadło - kiedy musiałam odwołać zajęcia, to tylko się ucieszył.
U mnie oczywiście trwa to aż tak długo, bo na dobrą sprawę niczym nie mogę się leczyć. Syropki wzmacniające, naturalne sposoby [mikstura z cebuli], tabletki do ssania na gardło, rutinoscorbin, a gdybym miała gorączkę [a tradycyjnie nie mam], to wolno mi wziąć apap. Eto wsio. Ze względu na Hipciosmoczyllę nie powinnam brać nic silniejszego, tylko zdać się na możliwości obronne mojego organizmu. A te, wbrew pozorom [i odpukać!] wcale nie są takie do bani. Otóż cały zeszły tydzień bardzo poważnie zagrypiony był Hipek - leżał w łóżku z antybiotykiem i zasłużonym L4, a ja się tylko modliłam [oczywiście - metaforycznie :), czyli do moich własnych leukocytów], żeby się od niego tym paskudztwem nie zarazić. I jakoś się udało.
A co mi generalnie jest? Siedzi mi jakieś cholerstwo w gardle i wyjść nie chce. Kaszel, katar, zmieniony głos. Dobrze, że na dół nie złazi, bo oskrzela i płuca czyste. Pół ferii schrzanione, a teraz jestem na tygodniowym zwolnieniu. Mam się doleczyć i koniec. A od tego kaszlu to mnie wszystkie mięśnie żeber już bolą...
Zatem sami widzicie, naprawdę nie mam o czym pisać :) Co może być nudniejszego niż przeziębiona Smoczyca w ciąży snująca się po mieszkaniu? Może małpki za mną zatęsknią - wiem od Marzenki, że chłopaki z 3B bardzo o mnie pytali i kazali mnie gorąco pozdrowić. Niewykluczone, że to dlatego, iż mieli dziś w planie dwa polskie, a zamiast tego dowalili im dwie matematyki z Irenką, która orze uczniami niemiłosiernie i na pewno nie da się jej namówić na partyjkę scrabbli :)
Na otarcie łez mam dla Was mały materiał fotograficzny - z Jej Wysokością i Hipciosmoczyllą w roli głównej...
niedziela, 8 lutego 2015
W sumie to jest fajnie
Spać mi się dalej chce. No i mam permanentną zgagę bez względu na to, co jem - czasem dostaję jej nawet po niegazowanej wodzie mineralnej :) Poza tym na szczęście innych dolegliwości brak. Jeśli na tym ma polegać ciąża, to nie taki diabeł straszny.
A generalnie to wiecie co? W sumie to całkiem fajnie być w ciąży :) Wszyscy są dla mnie bardzo mili, uśmiechają się do mnie, interesują się moim zdrowiem i samopoczuciem. Normalnie jak bym non stop miała urodziny :) Jak głosi napis na moim preparacie witaminowym: "Odmienny stan - odmienne traktowanie". Tjaa, nie mam zamiaru polemizować... I samej ze sobą też mi fajnie, bo mogę bez wyrzutów sumienia stosować taryfę ulgową, jeśli tego potrzebuję. Żadnego wkurzania się, że mam tu i tam za dużo i problem z dopięciem spodni - teraz to mam ustawowe prawo mieć wielki bęben i to ubrania mają się do mnie dopasować, a nie na odwrót [inna sprawa, że wcale się nie zdziwię, jeśli - nie licząc dziecka w środku - schudnę, bo jem zdecydowanie mniej, niż przed ciążą]. Albo kiedy łapię zadyszkę maratończyka po wdrapaniu się na drugie piętro, to nie wymyślam sobie od łamag i niedorajd, bo w końcu problemy z oddychaniem i ogólny spadek energii w moim stanie jest zupełnie normalny. No i w szkole - kiedy jakaś małpa przegina i mam ochotę wypruć na nią koparę, to najzwyczajniej w świecie to robię i czuję się rozgrzeszona. A co, mam się zagotować w środku?! Jeszcze czego...
Inna sprawa, że uczniom trzeba oddać sprawiedliwość - odkąd wiedzą, że jestem w ciąży, w większości zachowują się o wiele lepiej, nie robią typowo małpich, chamskich numerów, a nawet same nawzajem się uciszają pod hasłem: "Zamknąć mordy, pani nie wolno denerwować!". Wyjątek od reguły stanowi niestety Kibolek, który najwyraźniej jest zbyt zaburzony psychicznie, by się chociaż odrobinę kontrolować nawet w takiej sytuacji. Na szczęście w dalszym ciągu jest o wiele lepiej w porównaniu do tych numerów, które odstawiał rok temu - ale dość powiedzieć, że jest męczący, irytujący i robi co może, by zdezorganizować zajęcia. W ostatni piątek na przykład chodzi po korytarzach szkolnych śpiewając na cały regulator: "Jebać TVN" [również w trakcie lekcji], na zajęciach wydawał jakieś bliżej nieokreślone odgłosy paszczą akurat w momencie, kiedy ja zaczynałam coś mówić [kiedy milkłam, rzecz jasna milknął i Kibolek], a także puszczał jakieś obrzydliwe i wulgarne komentarze [omawiamy właśnie "Krzyżaków", więc nasłuchałam się o "ruchaniu ciasnych szparek" odnośnie 12-letniej Danusi...]. Kiedy postawiłam mu pod koniec lekcji jedynkę za całokształt [bo przecież nie robił nic konstruktywnego przez całe zajęcia...], to zaczął udawać, że głośno szlocha, po czym usiłował się wdrapać na kolumnę podtrzymującą sklepienie [na szczęście bardzo śliską, więc mu się kompletnie nie udawało :)] wołając, że skoczy z sufitu i się połamie, a ja będę miała traumę do końca życia i moje dziecko też... Ot, taki kretynek, któremu najwidoczniej znów leki przestały działać.
Co do dziecka, to rzecz jasna nic sobie z tego nie robi :) Według najnowszych doniesień jest - jak na ten etap rozwoju - zdrowe, duże i generalnie cacy. I na 80% jest Hipciosmoczyllą - no chyba, że jej coś jeszcze między nogami wyrośnie :)
A generalnie to wiecie co? W sumie to całkiem fajnie być w ciąży :) Wszyscy są dla mnie bardzo mili, uśmiechają się do mnie, interesują się moim zdrowiem i samopoczuciem. Normalnie jak bym non stop miała urodziny :) Jak głosi napis na moim preparacie witaminowym: "Odmienny stan - odmienne traktowanie". Tjaa, nie mam zamiaru polemizować... I samej ze sobą też mi fajnie, bo mogę bez wyrzutów sumienia stosować taryfę ulgową, jeśli tego potrzebuję. Żadnego wkurzania się, że mam tu i tam za dużo i problem z dopięciem spodni - teraz to mam ustawowe prawo mieć wielki bęben i to ubrania mają się do mnie dopasować, a nie na odwrót [inna sprawa, że wcale się nie zdziwię, jeśli - nie licząc dziecka w środku - schudnę, bo jem zdecydowanie mniej, niż przed ciążą]. Albo kiedy łapię zadyszkę maratończyka po wdrapaniu się na drugie piętro, to nie wymyślam sobie od łamag i niedorajd, bo w końcu problemy z oddychaniem i ogólny spadek energii w moim stanie jest zupełnie normalny. No i w szkole - kiedy jakaś małpa przegina i mam ochotę wypruć na nią koparę, to najzwyczajniej w świecie to robię i czuję się rozgrzeszona. A co, mam się zagotować w środku?! Jeszcze czego...
Inna sprawa, że uczniom trzeba oddać sprawiedliwość - odkąd wiedzą, że jestem w ciąży, w większości zachowują się o wiele lepiej, nie robią typowo małpich, chamskich numerów, a nawet same nawzajem się uciszają pod hasłem: "Zamknąć mordy, pani nie wolno denerwować!". Wyjątek od reguły stanowi niestety Kibolek, który najwyraźniej jest zbyt zaburzony psychicznie, by się chociaż odrobinę kontrolować nawet w takiej sytuacji. Na szczęście w dalszym ciągu jest o wiele lepiej w porównaniu do tych numerów, które odstawiał rok temu - ale dość powiedzieć, że jest męczący, irytujący i robi co może, by zdezorganizować zajęcia. W ostatni piątek na przykład chodzi po korytarzach szkolnych śpiewając na cały regulator: "Jebać TVN" [również w trakcie lekcji], na zajęciach wydawał jakieś bliżej nieokreślone odgłosy paszczą akurat w momencie, kiedy ja zaczynałam coś mówić [kiedy milkłam, rzecz jasna milknął i Kibolek], a także puszczał jakieś obrzydliwe i wulgarne komentarze [omawiamy właśnie "Krzyżaków", więc nasłuchałam się o "ruchaniu ciasnych szparek" odnośnie 12-letniej Danusi...]. Kiedy postawiłam mu pod koniec lekcji jedynkę za całokształt [bo przecież nie robił nic konstruktywnego przez całe zajęcia...], to zaczął udawać, że głośno szlocha, po czym usiłował się wdrapać na kolumnę podtrzymującą sklepienie [na szczęście bardzo śliską, więc mu się kompletnie nie udawało :)] wołając, że skoczy z sufitu i się połamie, a ja będę miała traumę do końca życia i moje dziecko też... Ot, taki kretynek, któremu najwidoczniej znów leki przestały działać.
Co do dziecka, to rzecz jasna nic sobie z tego nie robi :) Według najnowszych doniesień jest - jak na ten etap rozwoju - zdrowe, duże i generalnie cacy. I na 80% jest Hipciosmoczyllą - no chyba, że jej coś jeszcze między nogami wyrośnie :)
niedziela, 25 stycznia 2015
Telegraficzne aktualności
Znacie bajkę o Śpiącej Smoczycy?
Otóż Smoczyca, odkąd występuje w wersji zdublowanej, mogłaby spać i 24 godziny na dobę. Bez względu na to, czy mam za sobą zwyczajowe 6-7 godzin snu [w dni powszednie], czy dziesięć [w weekendy], to i tak padam na pysk. Wstaję zmęczona i ten stan nie opuszcza mnie aż do ponownego walnięcia w kimono. Jakaś strasznie energochłonna jest ta moja Fasolka.
Poza tym typowych dolegliwości związanych z moim stanem na szczęście brak. Będę się tylko śmiała, jeśli okaże się, że schudłam, ponieważ jem mniej więcej 2/3 tego, co przed ciążą. No nie mam apetytu i już. I Hipek się ze mnie śmieje, że się bardzo opiekuńcza zrobiłam [choć ja tego nie widzę]. Tjaa... Za to na 100% jestem bardziej rozkojarzona i zapominalska, ale jak mam nie być, skoro usypiam na stojąco...?
Tyle w ramach raportu :)
Trzeba się powoli szykować do zmian. Podjęłam decyzję o niekontynuowaniu nauki rosyjskiego w przyszłym semestrze, bo i tak przecież nie dam rady wiosną i wczesnym latem tarabanić się po pracy do szkoły językowej dwa razy w tygodniu i zmusić mózg do wysiłku intelektualnego. Przykro mi z tego powodu, ale cóż zrobić. Zostaną mi tylko cotygodniowe spotkania z "moją" Ukrainką, bo z nią zawsze przynajmniej będę mogła próbować rozmawiać po rosyjsku [albo przynajmniej jej posłuchać]. Luba jest zresztą sympatyczną, inteligentną, bardzo ciepłą i mądrą kobietą, więc najzwyczajniej w świecie lubię jej towarzystwo. Bardzo potrzebuję teraz rozmów z doświadczonymi, spokojnymi i życzliwymi kobietami.
Pozostaje też kwestia Drybka. Zgłosiłam już w szkole językowej, że jestem "w stanie błogosławionym", aby mieli czas poszukać mu innej lektorki. Facet się chyba załamie, bo przecież poprzednia też oddała go mi właśnie z powodu ciąży. Ma biedny Szkot jakiś dziwny wpływ na młode kobiety :) Planuję go uczyć do Wielkanocy, bo tyle powinnam dać radę jeszcze dojeżdżać tramwajem na drugi koniec miasta późnym wieczorem dwa razy w tygodniu. Mam nadzieję, że mu kogoś znajdą, bo to klient niełatwy i ma swoje wymagania. Awaryjnie mogę spróbować go uczyć przez skype'a.
No a w Zoo mamy akurat kulminację papierkologii stosowanej, bo koniec semestru i w poniedziałek rada zatwierdzająca oceny. W tym roku nie dość, że mam swój dziennik i raport na głowie, to jeszcze mój stażysta, czyli pan Janusz... Rozumiem, że dla nowicjusza wypełnianie tych wszystkich tabeleczek i zestawień to koszmar, ale niestety muszę stwierdzić, że facet jest wyjątkowo niepojętny i niedomyślny - a może ja już zwyczajnie tracę cierpliwość? W czwartek siedziałam u niego w bibliotece ze 2 godziny i tłumaczyłam mu co i jak, w weekend odbyliśmy dwie rozmowy telefoniczne, wymieniliśmy dziesiątki maili, a i tak mam wrażenie graniczące z pewnością, że jutro w szkole przed samą radą czeka mnie dokonanie korekty jego sprawozdania...
I tak to obecnie u Smoka. Dłuższy post popełnię, kiedy się wyśpię. Ale kiedy to nastąpi, to tylko Fasolka jedna raczy wiedzieć :)
Otóż Smoczyca, odkąd występuje w wersji zdublowanej, mogłaby spać i 24 godziny na dobę. Bez względu na to, czy mam za sobą zwyczajowe 6-7 godzin snu [w dni powszednie], czy dziesięć [w weekendy], to i tak padam na pysk. Wstaję zmęczona i ten stan nie opuszcza mnie aż do ponownego walnięcia w kimono. Jakaś strasznie energochłonna jest ta moja Fasolka.
Poza tym typowych dolegliwości związanych z moim stanem na szczęście brak. Będę się tylko śmiała, jeśli okaże się, że schudłam, ponieważ jem mniej więcej 2/3 tego, co przed ciążą. No nie mam apetytu i już. I Hipek się ze mnie śmieje, że się bardzo opiekuńcza zrobiłam [choć ja tego nie widzę]. Tjaa... Za to na 100% jestem bardziej rozkojarzona i zapominalska, ale jak mam nie być, skoro usypiam na stojąco...?
Tyle w ramach raportu :)
Trzeba się powoli szykować do zmian. Podjęłam decyzję o niekontynuowaniu nauki rosyjskiego w przyszłym semestrze, bo i tak przecież nie dam rady wiosną i wczesnym latem tarabanić się po pracy do szkoły językowej dwa razy w tygodniu i zmusić mózg do wysiłku intelektualnego. Przykro mi z tego powodu, ale cóż zrobić. Zostaną mi tylko cotygodniowe spotkania z "moją" Ukrainką, bo z nią zawsze przynajmniej będę mogła próbować rozmawiać po rosyjsku [albo przynajmniej jej posłuchać]. Luba jest zresztą sympatyczną, inteligentną, bardzo ciepłą i mądrą kobietą, więc najzwyczajniej w świecie lubię jej towarzystwo. Bardzo potrzebuję teraz rozmów z doświadczonymi, spokojnymi i życzliwymi kobietami.
Pozostaje też kwestia Drybka. Zgłosiłam już w szkole językowej, że jestem "w stanie błogosławionym", aby mieli czas poszukać mu innej lektorki. Facet się chyba załamie, bo przecież poprzednia też oddała go mi właśnie z powodu ciąży. Ma biedny Szkot jakiś dziwny wpływ na młode kobiety :) Planuję go uczyć do Wielkanocy, bo tyle powinnam dać radę jeszcze dojeżdżać tramwajem na drugi koniec miasta późnym wieczorem dwa razy w tygodniu. Mam nadzieję, że mu kogoś znajdą, bo to klient niełatwy i ma swoje wymagania. Awaryjnie mogę spróbować go uczyć przez skype'a.
No a w Zoo mamy akurat kulminację papierkologii stosowanej, bo koniec semestru i w poniedziałek rada zatwierdzająca oceny. W tym roku nie dość, że mam swój dziennik i raport na głowie, to jeszcze mój stażysta, czyli pan Janusz... Rozumiem, że dla nowicjusza wypełnianie tych wszystkich tabeleczek i zestawień to koszmar, ale niestety muszę stwierdzić, że facet jest wyjątkowo niepojętny i niedomyślny - a może ja już zwyczajnie tracę cierpliwość? W czwartek siedziałam u niego w bibliotece ze 2 godziny i tłumaczyłam mu co i jak, w weekend odbyliśmy dwie rozmowy telefoniczne, wymieniliśmy dziesiątki maili, a i tak mam wrażenie graniczące z pewnością, że jutro w szkole przed samą radą czeka mnie dokonanie korekty jego sprawozdania...
I tak to obecnie u Smoka. Dłuższy post popełnię, kiedy się wyśpię. Ale kiedy to nastąpi, to tylko Fasolka jedna raczy wiedzieć :)
niedziela, 18 stycznia 2015
Moje zmagania z Bretonką
Dawno nie było nic kulinarnie. Przepis, który Wam dziś zaserwuję, nie będzie szczytem oryginalności - ale właśnie go sama opracowałam [jak zwykle miksując kilka przepisów na tę samą potrawę, zaczerpniętych z różnych źródeł], a ponieważ nieskromnie powiem, że wyszło mi coś naprawdę pysznego, to pragnę uwiecznić to osiągnięcie dla potomności. A co :)
Mam dziś dla Was tradycyjne danie kuchni polskiej, czyli fasolkę po bretońsku [swoją drogą - wie ktoś może, czy ma to coś w ogóle wspólnego z Bretonią?]. Kupiłam ostatnio toto gotowe w słoiczku dla Hipka w ramach szybkiego obiadu - jak na sklepową masówkę to nawet niezłe było, ale przy okazji stwierdziłam, że technologia wyrobu tej potrawy nie jest jakaś bardzo skomplikowana, więc przy najbliższej okazji spróbuje ją zrobić sama. Dodam, że był to mój fasolkowy debiut, bo jakoś do tej pory wcześniej na to nie wpadłam, żeby dodać bretonkę to smoczego repertuaru kuchennego.
Przypuszczam, że każda doświadczona gospodyni ma swój patent na fasolkę, ale tymczasem zobaczcie, co wykombinowała Dragonka. Z góry przepraszam też za jakość zdjęć pod przepisem - były robione komórką, bo nasz aparat jest w naprawie.
Mam dziś dla Was tradycyjne danie kuchni polskiej, czyli fasolkę po bretońsku [swoją drogą - wie ktoś może, czy ma to coś w ogóle wspólnego z Bretonią?]. Kupiłam ostatnio toto gotowe w słoiczku dla Hipka w ramach szybkiego obiadu - jak na sklepową masówkę to nawet niezłe było, ale przy okazji stwierdziłam, że technologia wyrobu tej potrawy nie jest jakaś bardzo skomplikowana, więc przy najbliższej okazji spróbuje ją zrobić sama. Dodam, że był to mój fasolkowy debiut, bo jakoś do tej pory wcześniej na to nie wpadłam, żeby dodać bretonkę to smoczego repertuaru kuchennego.
Przypuszczam, że każda doświadczona gospodyni ma swój patent na fasolkę, ale tymczasem zobaczcie, co wykombinowała Dragonka. Z góry przepraszam też za jakość zdjęć pod przepisem - były robione komórką, bo nasz aparat jest w naprawie.
BRETONKA
SKŁADNIKI:
1 kg fasoli "jaś"
2 duże kiełbasy [u mnie toruńskie]
pół kilo gotowanego boczku
2 małe cebule
2-3 ząbki czosnku
oliwa z oliwek [do smażenia]
ok. 300 g koncentratu pomidorowego
liście laurowe, sól, pieprz, majeranek.
Fasolę, jak wiadomo, trzeba namoczyć. Ile? U mnie stała prawie dobę, ale myślę, że zostawienie jej w wodzie po prostu na noc w zupełności by wystarczyło. Wrzucamy więc jaśka do dużego garnka i zalewamy wodą na wysokość ok. 3-4 cm. Kiedy się wymoczy, wylewamy tę wodę [wiem, wiem - tu szkoły są różne, ja wylałam, bo było dużo farfocli i jakiś taki brzydki, mętny kolor], a następnie nalewamy świeżą do tej samej wysokości, jak na moczenie. Fasolę gotować ok. godziny z kilkoma listkami laurowymi - do momentu, aż będzie średnio miękka [ale nie za bardzo, żeby się nie zrobiła breja]. Pod koniec gotowania na dużą patelnię z rozgrzaną oliwą z oliwek wrzucamy pokrojony w grubą kostkę boczek, kiełbasę w talarkach, posiekaną cebulę i czosnek. Podsmażamy razem, a następnie wrzucamy wszystko jak leci do garnka z fasolą. Gotujemy wszystko jeszcze jakieś 10 minut i dodajemy koncentrat pomidorowy. Na koniec doprawiamy solą, pieprzem i majerankiem [duuużo majeranku!] w proporcjach takich, jak tam kto lubi.
No i już... Jedyny mankament potrawy to konieczność jej wcześniejszego zaplanowania, bo trzeba namoczyć fasolę. Reszta jest banalna.
sobota, 17 stycznia 2015
Krótki żywot tajemnicy
Nie miałam jakoś w planach natychmiastowego rozgłaszania wszem i wobec o moim "błogosławionym stanie" [w przeciwnieństwie do Hipka, który ochoczo i radośnie poinformował wszystkich "swoich" krewnych i znajomych Królika w przeciągu około 48 godzin...], ale okazuje się, że takiego "njusa" nie da się zbyt długo utrzymać w tajemnicy.
Jeszcze w święta - telefonicznie - zawiadomiłam Wicedyrę, bo akurat na rano w środę po wielkim wolnym miałam termin do lekarza i musiałam jej powiedzieć, żeby ustawiła za mnie zastępstwa. Po powrocie do szkoły powiedziałam historyczce Marzence i jednej przesympatycznej anglistce [prosząc je jednak o dyskrecję] oraz Głównej Szefowej, wychodząc z założenia, że powiadomienie dyrektorki o takiej sprawie jak najwcześniej będzie kwestią uczciwości, żeby mogła na spokojnie zacząć się rozglądać za kimś na moje miejsce w przyszłym roku szkolnym. Nota bene szefową mam genialną, o czym już na pewno Wam nie raz mówiłam. Oczywiście pogratulowała, ucieszyła się - ale też kazała się o nic nie martwić w kwestiach formalnych, tylko układać sprawy, jak mi tylko zdrowie i możliwości pozwolą. "Pani Smoczyco, nie ma żadnego problemu - kiedy będzie pani chciała, niech pani idzie na zwolnienie, spokojnie pani odchowa, odkarmi i wróci, jak pani będzie pasowało. Bez stresu, zastępstwo się znajdzie i spokojnie tu na panią poczekamy". Wiem też, że nie są to słowa rzucane na wiatr, bo nie tak dawno rodzinę powiększyła sobie u nas biologiczka. Zniknęła na rok - dłużej nie chciała, żeby nie przerywać stażu na mianowanego - teraz wróciła z własnej woli tylko na pół etatu, a plan jej ułożono tak, by wszystkie lekcje odbębniła w dwa dni. W rezultacie spokojnie wyrabia się ze zorganizowaniem opieki do maleńkiego w końcu jeszcze dziecka. Naprawdę Zoo idzie jej na rękę, jak tylko się da.
Kończąc tę dygresję organizacyjną, to powiedziałam jeszcze w księgowości, bo poszłam się dowiedzieć, ile mi przysługuje "biedronek ubezpieczeniowych" z okazji urodzenia dziecka [niestety mniej, niż się spodziewałam, nawet na wózek nie wystarczy...]. I to naprawdę byłoby na tyle. Co z tego jednak, skoro pocztą pantoflową rozeszło się w ciągu półtora tygodnia praktycznie po całym gronie pedagogicznym? Ano podejrzewam, że Marzenka za bardzo się ucieszyła, żeby utrzymać język za zębami. A wczoraj, kiedy weszłam na polski do mojej ulubionej 3B [czyli chłopaków od savoir-vivru i wiązania krawatów], to panowie bardzo grzecznie i z uśmiechem mi pogratulowali, zasypując pytaniami, czy będzie chłopiec, czy dziewczynka... No tak, a skoro jedna klasa już wie, to w poniedziałek będą mówić o tym wszyscy. Tu wygadała się Główna, która miała z nimi wcześniej zajęcia - no cóż, wiem, że ta niedyskrecja nie wynika ze złej woli [podobnie jak w przypadku Marzenki], po prostu tak się kobitki cieszą jedna z drugą, że je język świerzbi. Swoją drogą miło mi się zrobiło, kiedy chłopcy z 3B zaczęli wypytywać o moje plany związane z dzieckiem:
- Psze pani, to nie będzie nas pani uczyła w zawodówce...? - 3/4 tej klasy po skończeniu gimnazjum chce u nas zostać w szkole zawodowej.
- W pierwszej klasie na pewno nie, bo będę na macierzyńskim, ale nie planuję dłużej niż rok, więc może wam się znowu trafię w drugiej klasie.
- Ooo, to niech pani wraca szybko, żeby nas pani jeszcze mogła uczyć. Bez pani to będzie przejeb*** nudno...
Urocze dzieciaki, sami przyznacie... :)
Żeby jednak nie było za słodko, to w piątek po raz pierwszy puściły mi nerwy. Otóż Kibolek miał zły dzień i wyraźnie od początku zajęć robił wszystko, by mnie wyprowadzić z równowagi. Zaczął od standardowych zachowań, w stylu walenie w ławkę [i to dokładnie w momencie, kiedy zaczynałam coś mówić - kiedy przestawałam, to i on przestawał], potem było wycie, śpiewanie, gadanie głupot do kolegów. Ponieważ reagowałam nie dość emocjonalnie [tzn. tylko go spokojnie upominałam i prosiłam, żeby się uspokoił], to zaczął zadawać mi rozmaite bzdurne pytania, stanowczo domagając się na nie jak najbardziej poważnych odpowiedzi. Na koniec zaczęły się w moją stronę "wycieczki osobiste", a nie wytrzymałam w momencie, kiedy zaczął obrażać Hipka - stwierdził, że dlatego nie mamy ślubu, bo go niedawno wypuścili z kryminału [chodziło mu o to, że Błotny Ssak wygląda jak bandzior]. Wydarłam się więc w końcu na Kibolka i zwyzywałam go od wariatów i świrów [na szczęście nie gorzej :)], dodając, że zdecydowanie powinien brać silniejsze leki. Sam Kibolek nie poczuł się chyba jakoś specjalnie dotknięty, natomiast reszcie klasy trochę opadły kopary.
Szczerze mówiąc, nie mam żadnych wyrzutów sumienia. Należało mu się, naprawdę prowokował mnie przez całą lekcję. W normalnym stanie pewnie bym nad sobą zapanowała - a tak mi przynajmniej ulżyło. A co, mam może się zagotować ze złości? Nie mam zamiaru, o tu się zgina dziób pingwina...
Zresztą, jak mi uświadomiła Wiceszefowa - nawet, jeśli mi gorzej puszczą teraz nerwy, to kuratorium może mi naświstać. Z medycznego punktu widzenia jestem niepoczytalna, a w szkolnictwie nauczycielka w ciąży ma status świętej krowy. To dzieciaki mają się starać mnie nie denerwować i już. Hie, hie, hie...
Jeszcze w święta - telefonicznie - zawiadomiłam Wicedyrę, bo akurat na rano w środę po wielkim wolnym miałam termin do lekarza i musiałam jej powiedzieć, żeby ustawiła za mnie zastępstwa. Po powrocie do szkoły powiedziałam historyczce Marzence i jednej przesympatycznej anglistce [prosząc je jednak o dyskrecję] oraz Głównej Szefowej, wychodząc z założenia, że powiadomienie dyrektorki o takiej sprawie jak najwcześniej będzie kwestią uczciwości, żeby mogła na spokojnie zacząć się rozglądać za kimś na moje miejsce w przyszłym roku szkolnym. Nota bene szefową mam genialną, o czym już na pewno Wam nie raz mówiłam. Oczywiście pogratulowała, ucieszyła się - ale też kazała się o nic nie martwić w kwestiach formalnych, tylko układać sprawy, jak mi tylko zdrowie i możliwości pozwolą. "Pani Smoczyco, nie ma żadnego problemu - kiedy będzie pani chciała, niech pani idzie na zwolnienie, spokojnie pani odchowa, odkarmi i wróci, jak pani będzie pasowało. Bez stresu, zastępstwo się znajdzie i spokojnie tu na panią poczekamy". Wiem też, że nie są to słowa rzucane na wiatr, bo nie tak dawno rodzinę powiększyła sobie u nas biologiczka. Zniknęła na rok - dłużej nie chciała, żeby nie przerywać stażu na mianowanego - teraz wróciła z własnej woli tylko na pół etatu, a plan jej ułożono tak, by wszystkie lekcje odbębniła w dwa dni. W rezultacie spokojnie wyrabia się ze zorganizowaniem opieki do maleńkiego w końcu jeszcze dziecka. Naprawdę Zoo idzie jej na rękę, jak tylko się da.
Kończąc tę dygresję organizacyjną, to powiedziałam jeszcze w księgowości, bo poszłam się dowiedzieć, ile mi przysługuje "biedronek ubezpieczeniowych" z okazji urodzenia dziecka [niestety mniej, niż się spodziewałam, nawet na wózek nie wystarczy...]. I to naprawdę byłoby na tyle. Co z tego jednak, skoro pocztą pantoflową rozeszło się w ciągu półtora tygodnia praktycznie po całym gronie pedagogicznym? Ano podejrzewam, że Marzenka za bardzo się ucieszyła, żeby utrzymać język za zębami. A wczoraj, kiedy weszłam na polski do mojej ulubionej 3B [czyli chłopaków od savoir-vivru i wiązania krawatów], to panowie bardzo grzecznie i z uśmiechem mi pogratulowali, zasypując pytaniami, czy będzie chłopiec, czy dziewczynka... No tak, a skoro jedna klasa już wie, to w poniedziałek będą mówić o tym wszyscy. Tu wygadała się Główna, która miała z nimi wcześniej zajęcia - no cóż, wiem, że ta niedyskrecja nie wynika ze złej woli [podobnie jak w przypadku Marzenki], po prostu tak się kobitki cieszą jedna z drugą, że je język świerzbi. Swoją drogą miło mi się zrobiło, kiedy chłopcy z 3B zaczęli wypytywać o moje plany związane z dzieckiem:
- Psze pani, to nie będzie nas pani uczyła w zawodówce...? - 3/4 tej klasy po skończeniu gimnazjum chce u nas zostać w szkole zawodowej.
- W pierwszej klasie na pewno nie, bo będę na macierzyńskim, ale nie planuję dłużej niż rok, więc może wam się znowu trafię w drugiej klasie.
- Ooo, to niech pani wraca szybko, żeby nas pani jeszcze mogła uczyć. Bez pani to będzie przejeb*** nudno...
Urocze dzieciaki, sami przyznacie... :)
Żeby jednak nie było za słodko, to w piątek po raz pierwszy puściły mi nerwy. Otóż Kibolek miał zły dzień i wyraźnie od początku zajęć robił wszystko, by mnie wyprowadzić z równowagi. Zaczął od standardowych zachowań, w stylu walenie w ławkę [i to dokładnie w momencie, kiedy zaczynałam coś mówić - kiedy przestawałam, to i on przestawał], potem było wycie, śpiewanie, gadanie głupot do kolegów. Ponieważ reagowałam nie dość emocjonalnie [tzn. tylko go spokojnie upominałam i prosiłam, żeby się uspokoił], to zaczął zadawać mi rozmaite bzdurne pytania, stanowczo domagając się na nie jak najbardziej poważnych odpowiedzi. Na koniec zaczęły się w moją stronę "wycieczki osobiste", a nie wytrzymałam w momencie, kiedy zaczął obrażać Hipka - stwierdził, że dlatego nie mamy ślubu, bo go niedawno wypuścili z kryminału [chodziło mu o to, że Błotny Ssak wygląda jak bandzior]. Wydarłam się więc w końcu na Kibolka i zwyzywałam go od wariatów i świrów [na szczęście nie gorzej :)], dodając, że zdecydowanie powinien brać silniejsze leki. Sam Kibolek nie poczuł się chyba jakoś specjalnie dotknięty, natomiast reszcie klasy trochę opadły kopary.
Szczerze mówiąc, nie mam żadnych wyrzutów sumienia. Należało mu się, naprawdę prowokował mnie przez całą lekcję. W normalnym stanie pewnie bym nad sobą zapanowała - a tak mi przynajmniej ulżyło. A co, mam może się zagotować ze złości? Nie mam zamiaru, o tu się zgina dziób pingwina...
Zresztą, jak mi uświadomiła Wiceszefowa - nawet, jeśli mi gorzej puszczą teraz nerwy, to kuratorium może mi naświstać. Z medycznego punktu widzenia jestem niepoczytalna, a w szkolnictwie nauczycielka w ciąży ma status świętej krowy. To dzieciaki mają się starać mnie nie denerwować i już. Hie, hie, hie...
sobota, 3 stycznia 2015
Ciężarowe zachcianki
Obiecałam w poprzednim poście, że nie będę zamieniać tego bloga w typową witrynę traktującą o problemach przyszłych i świeżoupieczonych mamusiek. Mam zamiar dotrzymać tego przyrzeczenia - chyba, że zdarzy się coś zabawnego, coś, co będę mogła opisać "z jajem". Myślę, że wtedy - w drodze wyjątku i nie za często - poświęcicie swój czas, by zapoznać się z ową relacją i lekko się uśmiechnąć. Ale jeśli zacznę przynudzać, to pokornie proszę Czytelników o wytknięcie mi tego w komentarzach, a wtedy się poprawię :)
No to dziś zrobimy próbę...
Temat stary, z brodą i wielokrotnie obśmiany: zachcianki kulinarne kobiet spodziewających się dziecka. Wiecie, te wszystkie historie o śledziach zagryzanych ogórkami kiszonymi, albo o biednych mężczyznach kursujących o drugiej w nocy na stację benzynową po lody czekoladowe dla swoich ukochanych "ciężarówek". Zabawnie się o tym słucha, ale zapewniam - to pikuś w porównaniu z doświadczeniem owego stanu na własnej skórze [czy raczej - żołądku...].
Komuś, kto tego nie doświadczył, zapewne trudno będzie pojąć naturę takiej zachcianki. To nie jest zwyczajne "mam ochotę na..." - to coś w rodzaju wewnętrznego przymusu, który każe wrzucić na ruszt właśnie tę określoną rzecz pod groźbą jeśli nie końca świata, to chociaż takiego malutkiego, lokalnego armagedonu. Dragonka, jako osoba uwielbiająca układać sobie rzeczywistość za pomocą rozumu [chyba, że mi odbije, a wtedy drżyjcie narody :)] ma na ten stan rzeczy swoją teorię. Otóż według mojego przekonania organizm w ten sposób reguluje sobie różnego rodzaju niedobory składników odżywczych, że stwarza wewnętrzny przymus zjedzenia przez "ciężarówkę" akurat tego produktu, w którym znajduje się brakująca witamina czy inny pierwiastek. A ponieważ sprawa jest poważna - wszak chodzi o nowy, rozwijający się w środku organizm - to przymus jest na tyle silny, że zmusza przyszłą mamuśkę do stanięcia na głowie i prztupywania uszami, byle by tylko sobie "to coś" załatwić. Normalnie gorzej, niż u ćpuna :)
Pierwszej zachcianki doświadczyłam nie wiedząc jeszcze, że jestem w ciąży. Otóż ok. 6 tygodnia - już świeżo po uświadomieniu sobie mojego stanu - przeglądałam portale internetowe dla przyszłych mamusiek [no nie mogłam sobie odmówić...] i wyczytałam tam informację, że w pierwszym okresie niezwykle istotne jest, by nawpierniczać się tyle kwasu foliowego, ile tylko się zdoła. No dobrze, sprawdźmy zatem - w których produktach owo coś naturalnie się znajduje? Ano czytam, że m.in. w zielonych warzywach oraz płatkach zbożowych, takich śniadaniowych. I w tym momencie zaczęłam się śmiać, bo mniej więcej od miesiąca naszło mnie na poranne muesli z mlekiem lub jogurtem, choć z reguły na śniadanie zapycham się tradycyjnie kanapkami. Jak widać mój organizm jeszcze PRZED oficjalną informacją wiedział co się święci i nakazał właścicielce uzupełnienie niedoboru kwasu foliowego. Taki to skubaniec zapobiegliwy... :)
Ale najlepsze miało dopiero nadejść. Panowie i Panie, na jakieś 2 tygodnie kompletnie odrzuciło mnie od słodyczy! No nie śmiejcie się, ale Ci z Was, którzy mnie lepiej znają, zdają sobie sprawę, jak nierealną wizją jest Smoczyca, która NIE MA OCHOTY na kawałek czekolady czy ciasteczko. Po prostu skandal, podmienili gadzinę i już.
Awersja na słodkie dopadła mnie akurat w okresie wigilijnym. Seniorka zostawiła nam pyszne domowe ciasta, w tym rewelacyjny piernik przekładany powidłami... i nic, nie miał kto tego jeść. W domu piętrzyły się sterty czekolad, delicji - normalnie nie ma mowy o gromadzeniu tego rodzaju zapasów, bo Smok wszystko wpiernicza, aż mu się uszka trzęsą z radości. Mało tego - pojechaliśmy w drugi dzień świąt do mojego Taty, a tam jego żona schowała przed gośćmi do spiżarki specjalnie dla mnie kawałek miodownika polanego czekoladą, czyli mojego ulubionego, serwowanego w tym domu ciasta. Dacie wiarę, że nie mogłam się przemóc i nie spróbowałam nawet malutkiego kawałeczka...? A to chamski Smok! Jak można robić taki afront pani domu?!
No a potem pojawiły się wewnętrzne przymusy kulinarne. Byliśmy z Hipkiem na zakupach i skręciliśmy w alejkę z napojami, żeby Błotny Ssak mógł się zaopatrzyć w colę zero. I tutaj smoczy wzrok padł na półkę... z sokami warzywnymi. W tym momencie łapki same się wyciągnęły i załadowały do koszyka pół litra tej bomby witaminowej. Pierwsze co zrobiłam w domu, to wtrąbiłam cały karton niemal duszkiem, mlaskając przy tym i mrucząc z zadowolenia. Istota zachcianki ciążowej polega bowiem na tym, iż "owo coś", które musisz zjeść, smakuje rewelacyjnie, 100 razy lepiej, niż wykwintne danie przygotowane przez renomowanego szefa kuchni. Słowo daję, ten sok warzywny był w danym momencie lepszy, niż czekolada marcepanowa marki Lindt :) Zresztą, kilka godzin później okazało się, że "that's not enough" - więc Dragonka dosłownie wystrzeliła do lodówki, bowiem przypomniała sobie, że gdzieś na jej dnie znajduje się ostatnia, samotna marchewka, a obok wciśnięte są pomidory... Przysięgam, że pokroiłam sobie jedno i drugie uroczyście na talerzyk, po czym spałaszowałam z szerokim uśmiechem na ustach, mrucząc raz po raz: "mmm, jakie dobre, no rewelacja!". A Hipek patrzył na mnie ślepiami okrągłymi ze zdziwienia :)
Niechęć do słodyczy już mi się cofnęła, za to jakoś przestało mnie ciągnąć do kawy. Ot, jedna, góra dwie dziennie - zamiast tradycyjnych czterech :) Zobaczymy, co będzie dalej. Generalnie jest całkiem zabawnie. I nie mam zamiaru walczyć z tymi zachciankami, bo naprawdę myślę, że w tej kwestii mój organizm sam najlepiej wie, co robi.
No to dziś zrobimy próbę...
Temat stary, z brodą i wielokrotnie obśmiany: zachcianki kulinarne kobiet spodziewających się dziecka. Wiecie, te wszystkie historie o śledziach zagryzanych ogórkami kiszonymi, albo o biednych mężczyznach kursujących o drugiej w nocy na stację benzynową po lody czekoladowe dla swoich ukochanych "ciężarówek". Zabawnie się o tym słucha, ale zapewniam - to pikuś w porównaniu z doświadczeniem owego stanu na własnej skórze [czy raczej - żołądku...].
Komuś, kto tego nie doświadczył, zapewne trudno będzie pojąć naturę takiej zachcianki. To nie jest zwyczajne "mam ochotę na..." - to coś w rodzaju wewnętrznego przymusu, który każe wrzucić na ruszt właśnie tę określoną rzecz pod groźbą jeśli nie końca świata, to chociaż takiego malutkiego, lokalnego armagedonu. Dragonka, jako osoba uwielbiająca układać sobie rzeczywistość za pomocą rozumu [chyba, że mi odbije, a wtedy drżyjcie narody :)] ma na ten stan rzeczy swoją teorię. Otóż według mojego przekonania organizm w ten sposób reguluje sobie różnego rodzaju niedobory składników odżywczych, że stwarza wewnętrzny przymus zjedzenia przez "ciężarówkę" akurat tego produktu, w którym znajduje się brakująca witamina czy inny pierwiastek. A ponieważ sprawa jest poważna - wszak chodzi o nowy, rozwijający się w środku organizm - to przymus jest na tyle silny, że zmusza przyszłą mamuśkę do stanięcia na głowie i prztupywania uszami, byle by tylko sobie "to coś" załatwić. Normalnie gorzej, niż u ćpuna :)
Pierwszej zachcianki doświadczyłam nie wiedząc jeszcze, że jestem w ciąży. Otóż ok. 6 tygodnia - już świeżo po uświadomieniu sobie mojego stanu - przeglądałam portale internetowe dla przyszłych mamusiek [no nie mogłam sobie odmówić...] i wyczytałam tam informację, że w pierwszym okresie niezwykle istotne jest, by nawpierniczać się tyle kwasu foliowego, ile tylko się zdoła. No dobrze, sprawdźmy zatem - w których produktach owo coś naturalnie się znajduje? Ano czytam, że m.in. w zielonych warzywach oraz płatkach zbożowych, takich śniadaniowych. I w tym momencie zaczęłam się śmiać, bo mniej więcej od miesiąca naszło mnie na poranne muesli z mlekiem lub jogurtem, choć z reguły na śniadanie zapycham się tradycyjnie kanapkami. Jak widać mój organizm jeszcze PRZED oficjalną informacją wiedział co się święci i nakazał właścicielce uzupełnienie niedoboru kwasu foliowego. Taki to skubaniec zapobiegliwy... :)
Ale najlepsze miało dopiero nadejść. Panowie i Panie, na jakieś 2 tygodnie kompletnie odrzuciło mnie od słodyczy! No nie śmiejcie się, ale Ci z Was, którzy mnie lepiej znają, zdają sobie sprawę, jak nierealną wizją jest Smoczyca, która NIE MA OCHOTY na kawałek czekolady czy ciasteczko. Po prostu skandal, podmienili gadzinę i już.
Awersja na słodkie dopadła mnie akurat w okresie wigilijnym. Seniorka zostawiła nam pyszne domowe ciasta, w tym rewelacyjny piernik przekładany powidłami... i nic, nie miał kto tego jeść. W domu piętrzyły się sterty czekolad, delicji - normalnie nie ma mowy o gromadzeniu tego rodzaju zapasów, bo Smok wszystko wpiernicza, aż mu się uszka trzęsą z radości. Mało tego - pojechaliśmy w drugi dzień świąt do mojego Taty, a tam jego żona schowała przed gośćmi do spiżarki specjalnie dla mnie kawałek miodownika polanego czekoladą, czyli mojego ulubionego, serwowanego w tym domu ciasta. Dacie wiarę, że nie mogłam się przemóc i nie spróbowałam nawet malutkiego kawałeczka...? A to chamski Smok! Jak można robić taki afront pani domu?!
No a potem pojawiły się wewnętrzne przymusy kulinarne. Byliśmy z Hipkiem na zakupach i skręciliśmy w alejkę z napojami, żeby Błotny Ssak mógł się zaopatrzyć w colę zero. I tutaj smoczy wzrok padł na półkę... z sokami warzywnymi. W tym momencie łapki same się wyciągnęły i załadowały do koszyka pół litra tej bomby witaminowej. Pierwsze co zrobiłam w domu, to wtrąbiłam cały karton niemal duszkiem, mlaskając przy tym i mrucząc z zadowolenia. Istota zachcianki ciążowej polega bowiem na tym, iż "owo coś", które musisz zjeść, smakuje rewelacyjnie, 100 razy lepiej, niż wykwintne danie przygotowane przez renomowanego szefa kuchni. Słowo daję, ten sok warzywny był w danym momencie lepszy, niż czekolada marcepanowa marki Lindt :) Zresztą, kilka godzin później okazało się, że "that's not enough" - więc Dragonka dosłownie wystrzeliła do lodówki, bowiem przypomniała sobie, że gdzieś na jej dnie znajduje się ostatnia, samotna marchewka, a obok wciśnięte są pomidory... Przysięgam, że pokroiłam sobie jedno i drugie uroczyście na talerzyk, po czym spałaszowałam z szerokim uśmiechem na ustach, mrucząc raz po raz: "mmm, jakie dobre, no rewelacja!". A Hipek patrzył na mnie ślepiami okrągłymi ze zdziwienia :)
Niechęć do słodyczy już mi się cofnęła, za to jakoś przestało mnie ciągnąć do kawy. Ot, jedna, góra dwie dziennie - zamiast tradycyjnych czterech :) Zobaczymy, co będzie dalej. Generalnie jest całkiem zabawnie. I nie mam zamiaru walczyć z tymi zachciankami, bo naprawdę myślę, że w tej kwestii mój organizm sam najlepiej wie, co robi.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


