Prawa autorskie

Wszystkie teksty publikowane na tym blogu są mojego autorstwa. Jeśli jest inaczej, wtedy zaznaczam, że jest to cytat. Kopiowanie i rozpowszechnianie treści tej witryny bez mojej zgody jest niezgodne z prawem.

[Dz.U. z 1994 r. nr24, poz. 83]

sobota, 3 stycznia 2015

Ciężarowe zachcianki

    Obiecałam w poprzednim poście, że nie będę zamieniać tego bloga w typową witrynę traktującą o problemach przyszłych i świeżoupieczonych mamusiek. Mam zamiar dotrzymać tego przyrzeczenia - chyba, że zdarzy się coś zabawnego, coś, co będę mogła opisać "z jajem". Myślę, że wtedy - w drodze wyjątku i nie za często - poświęcicie swój czas, by zapoznać się z ową relacją i lekko się uśmiechnąć. Ale jeśli zacznę przynudzać, to pokornie proszę Czytelników o wytknięcie mi tego w komentarzach, a wtedy się poprawię :) 
    No to dziś zrobimy próbę...

    Temat stary, z brodą i wielokrotnie obśmiany: zachcianki kulinarne kobiet spodziewających się dziecka. Wiecie, te wszystkie historie o śledziach zagryzanych ogórkami kiszonymi, albo o biednych mężczyznach kursujących o drugiej w nocy na stację benzynową po lody czekoladowe dla swoich ukochanych "ciężarówek". Zabawnie się o tym słucha, ale zapewniam - to pikuś w porównaniu z doświadczeniem owego stanu na własnej skórze [czy raczej - żołądku...].
    Komuś, kto tego nie doświadczył, zapewne trudno będzie pojąć naturę takiej zachcianki. To nie jest zwyczajne "mam ochotę na..." - to coś w rodzaju wewnętrznego przymusu, który każe wrzucić na ruszt  właśnie tę określoną rzecz pod groźbą jeśli nie końca świata, to chociaż takiego malutkiego, lokalnego armagedonu. Dragonka, jako osoba uwielbiająca układać sobie rzeczywistość za pomocą rozumu [chyba, że mi odbije, a wtedy drżyjcie narody :)] ma na ten stan rzeczy swoją teorię. Otóż według mojego przekonania organizm w ten sposób reguluje sobie różnego rodzaju niedobory składników odżywczych, że stwarza wewnętrzny przymus zjedzenia przez "ciężarówkę" akurat tego produktu, w którym znajduje się brakująca witamina czy inny pierwiastek. A ponieważ sprawa jest poważna - wszak chodzi o nowy, rozwijający się w środku organizm - to przymus jest na tyle silny, że zmusza przyszłą mamuśkę do stanięcia na głowie i prztupywania uszami, byle by tylko sobie "to coś" załatwić. Normalnie gorzej, niż u ćpuna :)
    Pierwszej zachcianki doświadczyłam nie wiedząc jeszcze, że jestem w ciąży. Otóż ok. 6 tygodnia - już świeżo po uświadomieniu sobie mojego stanu - przeglądałam portale internetowe dla przyszłych mamusiek [no nie mogłam sobie odmówić...] i wyczytałam tam informację, że w pierwszym okresie niezwykle istotne jest, by nawpierniczać się tyle kwasu foliowego, ile tylko się zdoła. No dobrze, sprawdźmy zatem - w których produktach owo coś naturalnie się znajduje? Ano czytam, że m.in. w zielonych warzywach oraz płatkach zbożowych, takich śniadaniowych. I w tym momencie zaczęłam się śmiać, bo mniej więcej od miesiąca naszło mnie na poranne muesli z mlekiem lub jogurtem, choć z reguły na śniadanie zapycham się tradycyjnie kanapkami. Jak widać mój organizm jeszcze PRZED oficjalną informacją wiedział co się święci i nakazał właścicielce uzupełnienie niedoboru kwasu foliowego. Taki to skubaniec zapobiegliwy... :)
    Ale najlepsze miało dopiero nadejść. Panowie i Panie, na jakieś 2 tygodnie kompletnie odrzuciło mnie od słodyczy! No nie śmiejcie się, ale Ci z Was, którzy mnie lepiej znają, zdają sobie sprawę, jak nierealną wizją jest Smoczyca, która NIE MA OCHOTY na kawałek czekolady czy ciasteczko. Po prostu skandal, podmienili gadzinę i już. 
    Awersja na słodkie dopadła mnie akurat w okresie wigilijnym. Seniorka zostawiła nam pyszne domowe ciasta, w tym rewelacyjny piernik przekładany powidłami... i nic, nie miał kto tego jeść. W domu piętrzyły się sterty czekolad, delicji - normalnie nie ma mowy o gromadzeniu tego rodzaju zapasów, bo Smok wszystko wpiernicza, aż mu się uszka trzęsą z radości. Mało tego - pojechaliśmy w drugi dzień świąt do mojego Taty, a tam jego żona schowała przed gośćmi do spiżarki specjalnie dla mnie kawałek miodownika polanego czekoladą, czyli mojego ulubionego, serwowanego w tym domu ciasta. Dacie wiarę, że nie mogłam się przemóc i nie spróbowałam nawet malutkiego kawałeczka...? A to chamski Smok! Jak można robić taki afront pani domu?!
    No a potem pojawiły się wewnętrzne przymusy kulinarne. Byliśmy z Hipkiem na zakupach i skręciliśmy w alejkę z napojami, żeby Błotny Ssak mógł się zaopatrzyć w colę zero. I tutaj smoczy wzrok padł na półkę... z sokami warzywnymi. W tym momencie łapki same się wyciągnęły i załadowały do koszyka pół litra tej bomby witaminowej. Pierwsze co zrobiłam w domu, to wtrąbiłam cały karton niemal duszkiem, mlaskając przy tym i mrucząc z zadowolenia. Istota zachcianki ciążowej polega bowiem na tym, iż "owo coś", które musisz zjeść, smakuje rewelacyjnie, 100 razy lepiej, niż wykwintne danie przygotowane przez renomowanego szefa kuchni. Słowo daję, ten sok warzywny był w danym momencie lepszy, niż czekolada marcepanowa marki Lindt :) Zresztą, kilka godzin później okazało się, że "that's not enough" - więc Dragonka dosłownie wystrzeliła do lodówki, bowiem przypomniała sobie, że gdzieś na jej dnie znajduje się ostatnia, samotna marchewka, a obok wciśnięte są pomidory... Przysięgam, że pokroiłam sobie jedno i drugie uroczyście na talerzyk, po czym spałaszowałam z szerokim uśmiechem na ustach, mrucząc raz po raz: "mmm, jakie dobre, no rewelacja!". A Hipek patrzył na mnie ślepiami okrągłymi ze zdziwienia :)

    Niechęć do słodyczy już mi się cofnęła, za to jakoś przestało mnie ciągnąć do kawy. Ot, jedna, góra dwie dziennie - zamiast tradycyjnych czterech :) Zobaczymy, co będzie dalej. Generalnie jest całkiem zabawnie. I nie mam zamiaru walczyć z tymi zachciankami, bo naprawdę myślę, że w tej kwestii mój organizm sam najlepiej wie, co robi.

12 komentarzy:

  1. Tylko błagam, nie popełnij mojego błędu - nie wejdź na jabłoń po ostatnią antonówkę będąc w ósmym miesiącu zanim nie upewnisz się, że będzie Cię miał kto zdjąć:D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rozwaliłaś system :)
      Myślę, że nie ma obawy, ponieważ nigdy nie umiałam chodzić po drzewach. No, ale może wszystko przede mną...

      Usuń
    2. System rozwaliła mina zaprzyjaźnionego sąsiada, który znalazł mnie na tej jabłoni po 40 minutach bardzo rozpaczliwego siedzenia;) Młoda na szczęście ma się dobrze, i tylko czasem twierdzi że jest kotem Ryśkiem z reklam Heyah;)

      Usuń
  2. No i masz rację, nie możesz walczyć, musisz dostarczać tego, czego się organizm domaga. Akurat jestem w stanie uwierzyć, że przeszła Ci ochota na słodycze, jak miłka była w ciąży i zobaczyłam,że sobie przytaszczyła kilogram jabłek i je pożarła, to stwierdziłam,że już nic mnie nie zaskoczy. Miłka nienawidzi jabłek, a w ciąży się nimi zajadała. :) Ale dobrze,że te zachcianki są na zdrowe rzeczy :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To pewnie mniej więcej tak, jak bym ja nagle zaczęła wpierdzielać surową cebulę - czyli coś, co zawsze skrzętnie wygrzebuję ze wszelkiego rodzaju sałatek...
      W kwestii słodyczy to już mi przeszło, w końcu co nałóg, to nałóg. Zobaczymy, co będzie dalej.

      Usuń
  3. Jak byłam w ciąży znajoma poradziła mi abym codziennie jadła 2 orzech włoskie (nie więcej ) wtedy dziecko będzie mądre. Coś w tym jest, starszy syn skończył automatykę i robotykę na AGH, młodszy jest na 4-tym roku Prawa. Ciekawa jestem co teraz radzi się przyszłym mamom. Barbara

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj, pewnie się o tym nasłucham, przesądów ciążowych jest strasznie dużo. Jak trochę uzbieram, to będzie o tym post, oczywiście o tych najzabawniejszych.

      Usuń
  4. o zesz kurwa... ze sie tak zdziwie... rzadko ostatnio jestem przed kompem, wiec nie doczytalem... no i masz ... kopara mi opadla do samych jajek... MOJE GRATULACJE!!! Mamie i Tacie oczywiscie skladam :) i niech bedzie zdrowe!!! Sciskam mooooooooooocnio!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A widzisz, należy zaglądać na Smoczego bloga regularnie :)
      Byliśmy dziś na pierwszym USG [jak Hipek zobaczył fasolkę na monitorze, to mało nie usiadł z wrażenia :)]. Póki co rośnie prawidłowo, ale to dopiero zamiuśki początek.

      Usuń
  5. Gdy byłam w ciąży z Giganną, przez pierwsze trzy miesiąc jadłam głównie ziemniaki w mundurkach z oliwa i solą ;) Z Dziobalindą za to -miałam miesiąc jedzenia tylko bułki z serem żółtym ;)

    Nie nudzisz nic a nic :) Ja tu do Ciebie przychodzę nie tylko dla małpiątek, ale przede wszystkim dla Ciebie, więc wszystko, co opisujesz, jest dla mnie ciekawe - no więc pisz swobodnie!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję Ci bardzo Kochana za te słowa, strasznie mi się miło zrobiło. Zobaczę, co da się zrobić - jak na razie to jestem permanetnie zmęczona i nie mam na nic energii :(

      Usuń
    2. A to śpij sobie i do niczego się nie zmuszaj :) Należy Ci się, a co!

      Usuń