Nie miałam jakoś w planach natychmiastowego rozgłaszania wszem i wobec o moim "błogosławionym stanie" [w przeciwnieństwie do Hipka, który ochoczo i radośnie poinformował wszystkich "swoich" krewnych i znajomych Królika w przeciągu około 48 godzin...], ale okazuje się, że takiego "njusa" nie da się zbyt długo utrzymać w tajemnicy.
Jeszcze w święta - telefonicznie - zawiadomiłam Wicedyrę, bo akurat na rano w środę po wielkim wolnym miałam termin do lekarza i musiałam jej powiedzieć, żeby ustawiła za mnie zastępstwa. Po powrocie do szkoły powiedziałam historyczce Marzence i jednej przesympatycznej anglistce [prosząc je jednak o dyskrecję] oraz Głównej Szefowej, wychodząc z założenia, że powiadomienie dyrektorki o takiej sprawie jak najwcześniej będzie kwestią uczciwości, żeby mogła na spokojnie zacząć się rozglądać za kimś na moje miejsce w przyszłym roku szkolnym. Nota bene szefową mam genialną, o czym już na pewno Wam nie raz mówiłam. Oczywiście pogratulowała, ucieszyła się - ale też kazała się o nic nie martwić w kwestiach formalnych, tylko układać sprawy, jak mi tylko zdrowie i możliwości pozwolą. "Pani Smoczyco, nie ma żadnego problemu - kiedy będzie pani chciała, niech pani idzie na zwolnienie, spokojnie pani odchowa, odkarmi i wróci, jak pani będzie pasowało. Bez stresu, zastępstwo się znajdzie i spokojnie tu na panią poczekamy". Wiem też, że nie są to słowa rzucane na wiatr, bo nie tak dawno rodzinę powiększyła sobie u nas biologiczka. Zniknęła na rok - dłużej nie chciała, żeby nie przerywać stażu na mianowanego - teraz wróciła z własnej woli tylko na pół etatu, a plan jej ułożono tak, by wszystkie lekcje odbębniła w dwa dni. W rezultacie spokojnie wyrabia się ze zorganizowaniem opieki do maleńkiego w końcu jeszcze dziecka. Naprawdę Zoo idzie jej na rękę, jak tylko się da.
Kończąc tę dygresję organizacyjną, to powiedziałam jeszcze w księgowości, bo poszłam się dowiedzieć, ile mi przysługuje "biedronek ubezpieczeniowych" z okazji urodzenia dziecka [niestety mniej, niż się spodziewałam, nawet na wózek nie wystarczy...]. I to naprawdę byłoby na tyle. Co z tego jednak, skoro pocztą pantoflową rozeszło się w ciągu półtora tygodnia praktycznie po całym gronie pedagogicznym? Ano podejrzewam, że Marzenka za bardzo się ucieszyła, żeby utrzymać język za zębami. A wczoraj, kiedy weszłam na polski do mojej ulubionej 3B [czyli chłopaków od savoir-vivru i wiązania krawatów], to panowie bardzo grzecznie i z uśmiechem mi pogratulowali, zasypując pytaniami, czy będzie chłopiec, czy dziewczynka... No tak, a skoro jedna klasa już wie, to w poniedziałek będą mówić o tym wszyscy. Tu wygadała się Główna, która miała z nimi wcześniej zajęcia - no cóż, wiem, że ta niedyskrecja nie wynika ze złej woli [podobnie jak w przypadku Marzenki], po prostu tak się kobitki cieszą jedna z drugą, że je język świerzbi. Swoją drogą miło mi się zrobiło, kiedy chłopcy z 3B zaczęli wypytywać o moje plany związane z dzieckiem:
- Psze pani, to nie będzie nas pani uczyła w zawodówce...? - 3/4 tej klasy po skończeniu gimnazjum chce u nas zostać w szkole zawodowej.
- W pierwszej klasie na pewno nie, bo będę na macierzyńskim, ale nie planuję dłużej niż rok, więc może wam się znowu trafię w drugiej klasie.
- Ooo, to niech pani wraca szybko, żeby nas pani jeszcze mogła uczyć. Bez pani to będzie przejeb*** nudno...
Urocze dzieciaki, sami przyznacie... :)
Żeby jednak nie było za słodko, to w piątek po raz pierwszy puściły mi nerwy. Otóż Kibolek miał zły dzień i wyraźnie od początku zajęć robił wszystko, by mnie wyprowadzić z równowagi. Zaczął od standardowych zachowań, w stylu walenie w ławkę [i to dokładnie w momencie, kiedy zaczynałam coś mówić - kiedy przestawałam, to i on przestawał], potem było wycie, śpiewanie, gadanie głupot do kolegów. Ponieważ reagowałam nie dość emocjonalnie [tzn. tylko go spokojnie upominałam i prosiłam, żeby się uspokoił], to zaczął zadawać mi rozmaite bzdurne pytania, stanowczo domagając się na nie jak najbardziej poważnych odpowiedzi. Na koniec zaczęły się w moją stronę "wycieczki osobiste", a nie wytrzymałam w momencie, kiedy zaczął obrażać Hipka - stwierdził, że dlatego nie mamy ślubu, bo go niedawno wypuścili z kryminału [chodziło mu o to, że Błotny Ssak wygląda jak bandzior]. Wydarłam się więc w końcu na Kibolka i zwyzywałam go od wariatów i świrów [na szczęście nie gorzej :)], dodając, że zdecydowanie powinien brać silniejsze leki. Sam Kibolek nie poczuł się chyba jakoś specjalnie dotknięty, natomiast reszcie klasy trochę opadły kopary.
Szczerze mówiąc, nie mam żadnych wyrzutów sumienia. Należało mu się, naprawdę prowokował mnie przez całą lekcję. W normalnym stanie pewnie bym nad sobą zapanowała - a tak mi przynajmniej ulżyło. A co, mam może się zagotować ze złości? Nie mam zamiaru, o tu się zgina dziób pingwina...
Zresztą, jak mi uświadomiła Wiceszefowa - nawet, jeśli mi gorzej puszczą teraz nerwy, to kuratorium może mi naświstać. Z medycznego punktu widzenia jestem niepoczytalna, a w szkolnictwie nauczycielka w ciąży ma status świętej krowy. To dzieciaki mają się starać mnie nie denerwować i już. Hie, hie, hie...
O, chociaż raz Ci puściły nerwy :-))
OdpowiedzUsuńI bardzo dobrze.
Fajne ZOO skoro o matki tak dbają :-)
Byle nie gorzej, bo w końcu ciąża to nie choroba psychiczna mam nadzieję :)
UsuńA właśnie atmosfera w Zoo - mam na myśli kadę pedagogiczną - jest kwestią zupełnie wyjątkową. W mojej poprzedniej szkole, w której pracowałam, na pewno trzymałabym tę wiadomość w sekrecie tak długo, jak się da, właśnie ze względu na dyrektorkę.
Przede wszystkim - GRATULUJĘ! :-)))
OdpowiedzUsuńFaktycznie - kadra u Ciebie w szkole jest idealna. A dyrekcja szefostwem marzeń :-) Ale coś za coś - uczniów nie zazdroszczę!
Dbaj o siebie i nie gotuj się ;-)
Dziękuję :)
UsuńW takiej szkole, gdyby kadra była równie trudna jak uczniowie, to kto by wytrzymał...?
Ja bym pocwiczyl jakies bardziej spektakularne wybuchy :) a co tam! Jak szalec, to szalec - zupe i 3 lyzki poprosze ;) A co do ''milych klas'' to jakos im nie ufom... znaczy, kazdy byl kiedys w szkole i klasa zrobi WSZYSTKO, zeby przepadla lekcja, a jesli sie da podpuscic nauczyciela, to jeszcze lepiej :) No, ale ty masz sie trzymac cieplo. Dbaj o siebie.
OdpowiedzUsuńTo mój Tata to samo stwierdził - że mogłam pójść na całość i mu przywalić :)
Usuń