Prawa autorskie

Wszystkie teksty publikowane na tym blogu są mojego autorstwa. Jeśli jest inaczej, wtedy zaznaczam, że jest to cytat. Kopiowanie i rozpowszechnianie treści tej witryny bez mojej zgody jest niezgodne z prawem.

[Dz.U. z 1994 r. nr24, poz. 83]

poniedziałek, 31 stycznia 2011

Takie krótkie coś

   Dragonka jest na zasłużonym urlopie daleeeko daleeeko od Smoczej Pieczary. Przebywa w miejscu, z którego wróci piękna, powabna i z naładowanymi akumulatorami. To ważne, bo musi wystarczyć na kolejne miesiące pracy jako treser Małpek...
   Półrocze domknięte. Kto miał dostać gałę, to ją dostał, kto enkaela - też. Odbyło się zebranie z rodzicami, które facto było serią indywidualnych rozmów. Inaczej się nie da przy specyfice problemów, jakie dotykają moich wychowanków i ich rodziny. Nie będę przy świadkach wypytywała matkę, jak tam wizyta Dawidka u psychiatry [dostał leki, za kilka tygodni kolejna wizyta], albo czemu Michałek był ostatnio bardziej agresywny, niż zwykle [okazało się, że jego ojciec wyszedł na przepustkę z więzienia i chłopak żył w strachu, że go spotka].
   Egzamin też do przodu - cztery zero. Mam spokój do końca kwietnia.
   Odmeldowuję się. Ale wrócę :)

czwartek, 27 stycznia 2011

Wycieczki

   Wiadomo, że nie samą nauką żyje uczeń [po prawdzie, im dłużej pracuję w oświacie, tym częściej mam wrażenie, że żyje głównie nie nauką...], a szkoła oprócz przekazywania wiedzy powinna spełniać funkcje wychowawcze i uspołeczniające [ależ to mądrze brzmi, hie hie hie]. Stąd od czasu do czasu organizuje się krótsze lub dłuższe wyjścia, czyli mówiąc wprost wycieczki szkolne. Są one na ogół ochoczo przyjmowane przez dzieciarnię, bo któż by i nie chciał w ramach obowiązkowych zajęć pójść gdziekolwiek, zamiast dostawać hemoroidów od siedzenia w ławce? [z tymi hemoroidami może troszkę przesadziłam, to jeszcze nie ten wiek, ale na profilaktykę zdrowotną nigdy nie jest za późno :)] Poza jednostkowymi przypadkami - np. uczniow nieakceptowanych lub będących w konflikcie z klasą lub takich, którzy z własnej woli się izolują - młodzież już od 1 września wypytuje: "Psze pani, a kiedy pojedziemy na wycieczkę?".
   Z entuzjazmem kadry już zwykle gorzej. Owszem, lekcji nie trzeba prowadzić, ale za to trzeba mieć oczy dookoła głowy, pilnować czeredy i uprzedzać ich najbardziej dziwne pomysły. Na wycieczce dzieci są pod stałą opieką nauczyciela i jeśli coś złego się komuś stanie, to oczywiście beknie za to belfer. To nie darmowy urlop połączony np. ze zwiedzaniem zabytków, tylko harówka na etacie strażnika, pielęgniarki i "gupiego kaowca" non stop. Przy tym - uwaga uwaga - za wycieczki nie dostaje się pieniędzy ekstra, choć de facto pracuje się tyle, ile trwa wyjazd. Jeśli np. wycieczka jest dwudniowa, to otrzymuję wynagrodzenie tylko za tę ilość godzin, którą przeprowadziłabym normalnie w tym czasie w placówce. To, że pilnowałam dzieciarni przez 48 godzin, to już drobiazg niewarty, by o nim wspominać, prawda...?
   Organizowanie wycieczek w Zoo jest wyczynem. Po pierwsze dlatego, że wyjścia w zasadzie nie mogą być płatne. Małpki albo pieniędzy nie mają [bo w domu bieda aż piszczy], albo - jeśli je od rodziców dostaną - to przepiją, względnie wydadzą na fajki. Po drugie - Małpki w ogromnej większości mają syndrom totalnego olewania rzeczywistości. Możecie wierzyć lub nie, ale im się zwyczajnie ze szkoły nie chce czterech liter ruszyć. Nie znaczy to, że tak bardzo szkołę kochają - po prostu siedzenie w ławce nie wymaga wysiłku [bo przecież i tak się nie uczą i nie wykonują poleceń...]. Na wycieczce trzeba chodzić, coś oglądać, nie daj Boh słuchać przewodnika i zachowywać się odrobinę lepiej, niż w Zoo [obrzucanie pracowników muzeum papierami i wyzywanie ich od najgorszych czy podpalanie eksponatów - zdecydowanie odpada]. W związku z tym na takie wyjście stawiają się jednostki, a reszta traktuje to jako dzień  wolny. Tym niemniej próbujemy organizować wycieczki. Raz, że trzeba [co najmniej jedną w semestrze, bo w razie kontroli wizytator przyczepi się, że szkoła nie propaguje kultury, nie uspołecznia, blablabla...].  Dwa, że naprawdę szkoda tych dzieciaków. One są potwornie zaniedbane, z reguły nic nie widziały, nigdzie nie były - i nie czarujmy się, nigdzie nie pójdą, jeśli szkoła im tego nie zorganizuje.
   Ze względu na małą ilość uczestników wycieczki w Zoo obejmują zwykle 2-3 klasy. Ja już drugi raz swoją zabrałam razem z drugą gimnazjalną [to ci od "Niemców", archetypu domu, a ostatnio od wykładu o Hitlerze]. Wybór padł na Muzeum Lotnictwa. Głównym kryterium, owszem, był fakt, że w określony dzień tygodnia oglądanie ekspozycji stałych jest darmowe [nie wszystkie muzea tak mają, ale część na szczęście tak - i ja od września zdążyłąm się wyspecjalizować w wyszukiwaniu podobnych ofert], więc jedyny koszt, jaki dzieciarnia musiała ponieść, to przejazd Komunikacją Miejską. Poza tym myślę, że maszyny, spadochrony i działa przeciwlotnicze mają szansę bardziej skupić uwagę Małpek [zwłaszcza Małpiszonów :)], niż książki czy zabytkowe skorupy.
   Przyszły... 3 osoby z mojej klasy, 5 z drugiej, co daje oszałamiającą frekwencję 8 uczniów pilnowanych przez dwie nauczycielki :) Najbardziej chciało mi się śmiać z Sebastianka - prawie w ogóle nie chodzi do szkoły, ma enkaele niemal z każdego przedmiotu [w tym z mojego], a akurat przyszedł do szkoły, wprost na wycieczkę :) Szkoda, że nie widzieliście jego miny... Zresztą, marudził całą drogę, że mu się nie chce i że bez sensu, ale na miejscu samoloty oglądał. Ogólnie było dość miło, trochę co prawda zimno [część ekspozycji na świezym powietrzu], ale do wytrzymania. Małpki biadoliły na co mogły, ale jak im przypominałam, że właśnie im przepadają dwa polskie, matematyka i coś tam jeszcze, to się wyciszały. Wariowały jak to dzieci, np. siadały za sterami i bawiły się w lot do Smoleńska [wiem, upiorne, ale pamiętam, że swojego czasu dzieci w przedszkolach miały zabawę w nominowanie do opuszczenia domu Wielkiego Brata...]. O dziwo nie narobiły jakiejś strasznej wioski, więc kiedy wychodziliśmy, to życzono nam miłego dnia i zaproszono ponownie.
   Oczywiście, bluzgają tak, że aż uszy puchną. Oczywiście, robią tak głupie uwagi, że łapki opadają. Oczywiście, tłuką się między sobą. Oczywiście, palą papierosy w trakcie wycieczki. Ale nad pewnymi rzeczami trzeba przejść do porządku dziennego. Czego się w końcu nie robi w ramach socjalizacji Małpek...

poniedziałek, 24 stycznia 2011

Trochę statystyki

   W każdej szkole pod koniec semestru wychowawcy sporządzają szczegółowe dane odnośnie swojej klasy. Trzeba policzyć średnie każdego podopiecznego oraz całej klasy, to samo z frekwencją, wypisać, ile było jakich ocen, ilu uczniów spałowanych, a ilu spałowanych wielokrotnie. W zasadzie nie ma końca cyferkom i kwestiom, które idą do statystyk. Nie muszę dodawać, że jest z tym dużo roboty, rzędy cyferek tańczą przed oczami, a wychowawca - i to nie tylko humanista, jak tu obecny Smok - dostaje wściczu i ma ochotę w połowie roboty walnąć baranka o ścianę...
   Ale nie o narzekaniu ma być ten post. Uraczę Was danymi statystycznymi MOJEJ klasy. Ot tak, abyście zobaczyli na cyferkach, jak wysoki poziom prezentują Małpki. Refleksję pozostawiam Wam, Drodzy Czytelnicy. Miłej lekturki :)

Średnia klasy: 1,37
Najniższa średnia ucznia: 0,15 [To nie pomyłka, mam trzy takie Małpki. Są klasyfikowane tylko z jednego przedmiotu, reszta to enkaele, czyli liczymy jak zero..]
Najwyższa średnia ucznia: 3,31 [kuuujooon :) ]
Frekwencja klasy: 36,5%
Najniższa frekwencja ucznia: 12,85% [Wśród tych uczniów, którzy w ogóle mają jakąś frekwencję...]
Liczba uczniów bez ocen niedostatecznych: 3 [na 23]
Nieklasyfikowanych: 19 [82,6 % klasy]
Najniższa średnia ocen z przedmiotu: 0,8 [biologia], 0,9 [język polski, geografia]
Najwyższa średnia z ocen z przedmiotu: 2,3 [informatyka]
Zachowanie: 3 poprawne, reszta nieodpowiednie i naganne

niedziela, 23 stycznia 2011

Ko-ko dżambo i do przodu

   Melduję posłusznie, że zdałam. Prawdę mówiąc ze skrzydłem na sercu, to trudne nie było. Test, 60 pytań, połowa [a tyle trzeba było mieć, aby zdać] naprawdę prostych, do napisania z marszu przez człowieka z wykształceniem humanistycznym. Reszta już bardziej szczegółowa, ale co z tego, skoro pan doktor czytał gazetę, którą mu notabene sami przynieśliśmy... Tak czy siak, piąteczka w indeksie jest. Za tydzień już aż tak różowo nie będzie, doktor od XX wieku to zasadniczy człowiek, w dodatku jeszcze młody, więc mu "się chce". Poznaję takich ludzi na kilometr, w końcu sama do nich należę...
   Tak czy inaczej - egzamin za mną. Muszę pochwalić się jutro Małpkom z 2 gimnazjalnej. Wspomniałam, że zdaję i obiecały trzymać kciuki, pod warunkiem, że (tu cytat z jednego młodzieńca): "wstanę do tej pory w sobotę i nie będę mieć za dużego kaca". Hmm, a może lepiej powiedzieć im, że nie zdałam? W ten sposób mogłyby pomyśleć, że jestem "swój człowiek", skoro ja też coś oblewam :)
   Ostatni tydzień przed klasyfikacją zapowiada się pracowicie. Dziś planuję siedzieć nad uzupełnianiem dziennika [w środę rada klasyfikacyjna, a w piątek zebranie z rodzicami - oj, będzie się działo, cytując Jurka O.]. Do wrycia na sobotę został XX wiek, czyli dwie wojny, dwudziestolecie, Gomułki, Gierki i pozostałe czerwone misiaczki. No ale co, damy radę, nie? Bo kto, jak nie ja?
   Postaram się do Was zaglądać w miarę czasu. Jeszcze trochę cierpliwości...

piątek, 21 stycznia 2011

Mózg mi rozsadza

   Moi drodzy Wierni Czytelnicy [a wiem, że są tacy] muszą mi wybaczyć ciszę w eterze. Wiem wiem, minął tydzień od ostatniego wspisu - toż to skandal, opierdzielasz się Smoku haniebnie... Dragonka bije się skrzydłem po łuskach i wyjaśnia: mam takie urwanie łba, że szkoda gadać. Siedzę i próbuję poukładać sobie w mózgownicy kwestie związane z Wiosną Ludów, ze zjednoczeniem Włoch i Niemiec, z konfliktami o kolonie w XIX wieku i tym podobne przyjemności. Zachciało mi się studiów podyplomowych, to mam, a co :) Egzamin już jutro...
   Szybciutko donoszę - w Zoo o dziwo jest ostatnio nawet całkiem przyjemnie. Powód? Stopnie już praktycznie wystawione, więc w szkole pojawiają się zasadniczo dwie kategorie Małpek:
1) te, które coś jeszcze mają poprawić
2) te, które przychodzą z dobrej woli.
   W efekcie jest spokojnie, czasem nawet miło. Prowadzę lekcję dla średnio 3-4 osób, którym nawet chce się coś robić, a jeśli nawet nie, to przynajmniej nie rozwalają zajęć. Czasem wpadnie jakiś niezorientowany uczeń wołający od progu:
"- Psze pani, ja naprawdę mam enkaela z polaka???". A kiedy potwierdzam, to słyszę tylko trzaśnięcie drzwiami. I bardzo dobrze...
   Dziś na przykład przy omawianiu wiersza Szymborskiej pt. "Pierwsza fotografia Hitlera" [ku mojemu pozywytnemu zaskoczeniu kilka osób wiedziało nawet, kim był Hitler...] - musiałam zrobić mini-wykład z historii, bo Małpiątka wyraziły zainteresowanie kwestią, jak to się stało, że Adolfo doszedł do władzy. Na szczęście mam to względnie na świeżo [egzamin z XX wieku za tydzień], więc nie dałam ciała. Przy okazji urosły mi skrzydełka, bo się dowiedziałam, że "Pani tak fajnie opowiada" {no, do Wołoszańskiego mi daleko, ale staram się :)], a potem chciały, żebym im jeszcze przeczytała jakieś wiersze, bo "Pani to tak czyta jak w telewizji normalnie no...". Cała Polska czyta dzieciom :)
   Spadam do książek. Wybaczcie :)

piątek, 14 stycznia 2011

Tym razem o wyższości Zoo

   Powiem Wam szczerze, że klasyfikacja semestralna w Zoo nie jest tak straszna, jak się tego spodziewałam. Mało tego, z zaskoczeniem stwierdzam, że wystawianie ocen w zwykłym liceum [a w takim uczyłam, dopóki z przyczyn ode mnie niezależnych nie wylądowałam tu, gdzie jestem] kosztowało mnie więcej nerwów i pracy. Dlaczego porównanie wypadło na korzyść placówki dla trudnej młodzieży?
   Otóż tak "się porobiło", że normalne szkoły muszą walczyć o każdego ucznia, ponieważ mamy niż demograficzny. Placówek dużo, dzieciaków mało, a nie ma dzieciaków, to i nie ma pracy... Logiczne prawo rynku, które niestety w kwestii edukacji wyrządza bardzo dużo złego. Dawno dawno temu, kiedy Smoki chodziły do szkoły [czyli w latach '90, hie hie hie...], proporcje były odwrotne: to NAS było więcej, niż miejsc w liceach czy technikach. Mieliśmy świadomość, że nikt się z nami patyczkował nie będzie - nie dajesz rady, to wylatujesz, a na twoje miejsce czeka już kilkoro chętnych. Kto więc chciał mieć maturę, a nie wylądować w zawodówce, to rył jak tylko potrafił. Mówiąc łopatologicznie - to NAM zależało, by szkołę skończyć. Teraz sytuacja jest dokładnie odwrotna, bo to SZKOŁA musi się starać o to, by wystarczyło dla niej podopiecznych. Trzyma się więc na siłę każdego, kto choć trochę się nadaje, bo jak nie daj Boh sobie pójdzie, to będzie dramat, zamykanie klas, obcinanie etatów. Tym sposobem nauczyciele wymagają coraz mniej, uczniowie coraz mniej się uczą [bo i po co...?], a maturę uzyskują delikwenci, którzy nie umieją sklecić dwóch następujących po sobie zdań w taki sposób, by stanowiły one logiczną całość.
   Ergo - w zwykłej szkole UCZEŃ JEST KLIENTEM.  A wiadomo - klient nasz pan, musi zatem być zadowolony, a ściślej nawet nie tyle on, co jego rodzic. Pokażcie mi teraz rodzica, który ze zrozumieniem i spokojem przyjmie wiadomość o tym, że jego pociecha ma gały ze wszystkich sprawdzianów i nie uważa na lekcjach, więc w związku z tym jedynka na semestr należy mu się, jak psu micha... Może i trafiają się takie wyjątki, ale są one tym, czym przyjście na świat trojaczków u matki niewspomaganej kuracją hormonalną - czyli zjawiskiem na tyle rzadkim, że aż interesują się nim media. Gwarantuję, w większości przypadków rodzic takiego delikwenta robi dym na całą szkołę i pół dzielnicy, nachodzi najpierw samego nauczyciela, potem wychowawcę, dyrektora, w skrajnych przypadkach nasyła na placówkę kontrolę kuratorium. Szefowstwo takiej szkoły mówiąc obrazowo zaczyna mieć pełno w gaciach, bo nie dość, że niezadowolona mamusia gotowa zabrać pociechę, to jeszcze może narobić "złego pijaru" [nie mylić z zakonem pijarów :) ] opowiadając, jak to się nad dzieciątkiem tu znęcano, a nauczyciele byli be i nie poznali się na geniuszu... Rodzicielkę więc trzeba ugłaskać, a nauczyciela, który ośmielił się postraszyć jedynką, przywołać do porządku, by się nie wygłupiał i zrobił tak, by jednak wypadł "dopalacz" [czyli ocena dopuszczająca]. W rezultacie belfer wychodzi na idiotę, a uczeń śmieje się z niego w żywe oczy, w następnym semestrze robi natomiast jeszcze mniej. Wie już, że i tak go przepchną...
   Tu czas na werble: Panowie i Panie, zjawisko presji w Zoo NIE WYSTĘPUJE :) Są nawiedzone mamusie, są próby zastraszania, ale spływają one po Szefowych jak woda po kaczce. Jest to wynikiem specyficznego charakteru placówki. Otóż to zwykle MY zrobiliśmy łaskę uczniowi, że go przyjęliśmy, nie może więc się obrazić, zabrać zabawek i pójść do innej piaskownicy - bo ma zakaz wstępu na wszystkie place zabaw w mieście. Jeśli więc chce szkołę w ogóle skończyć, to tylko nasza mu została. A co do PR-u, to jakie ma on znaczenie biorąc pod uwagę fakt, że nasza młodzież to osoby albo o niskiej inteligencji, albo z różnymi zaburzeniami, albo z wyrokami w zawiasach...? Nie ma przy tym raczej obawy, że nam kandydatów na uczniów zabraknie, bo musi istnieć placówka, gdzie będą mogły "przechować się" dzieci tak rąbnięte, że nie nadają się do kształcenia w normalnym trybie. Każdy więc robi to, co do niego należy: Główna Szefowa zarządza placówką, Wice-Szefowa pilnuje porządku, a nauczyciele uczą [a przynajmniej próbują...] i wystawiają oceny. I nikt nikomu w kompetencje nie włazi.
   Wychodzi jedynka? Jeśli uznam, że uczeń zasłużył, to nie wyciągam za uszy, tylko ją stawiam. Nie był na połowie zajęć? Zgodnie z prawem nawet jeśli ma oceny, mogę wystawić mu "enkaela" [od skrótu NKL - nieklasyfikowany] i to do mnie należy decyzja, czy się nad nim ulitować i pozwolić mu coś pozaliczać, czy nie. Żadnej nerwówy, martwienia się, co będzie, jeśli połowa klasy skończy z niedostatecznymi. No to skończy, trudno...
   Chciałam w tym miejscy zaznaczyć, że to tylko brzmi tak brutalnie i bezwzględnie. Uwierzcie, w Zoo nie znęcamy się nad Małpkami. Jeśli dzieciątko robi COKOLWIEK, żeby zaliczyć, to zaliczy, już my mu w tym pomożemy. Cokolwiek - to może znaczyć choćby samo chodzenie na lekcje i nierozwalanie jej, a słuchanie i notowanie. Jeśli przyjdzie zaliczyć sprawdzian, to ułożymy taki, żeby go choć na tego dopalacza napisał. Jeśli umie pracować w domu, to zadamy referat, każemy coś przygotować, ocenimy, po główce pogłaskamy... Sęk w tym, że 3/4 Małpek nawet tego nie chce zrobić.
   Uczę w czterech klasach. W każdej przynajmniej połowa uczniów będzie miała na półrocze albo "enkaela", albo niedostateczny. Myślałam, że przesadziłam - do czasu, aż nie otworzyłam dzienników na stronach innych przedmiotów, bo okazało się, że tam sytuacje są identyczne. Śpię więc spokojnie.
   Jako wychowawca mam obowiązek na dwa tygodnie przed klasyfikacją poinformować rodziców lub opiekunów "moich" Małpek o grożących gałach i nieklasyfikowaniach. Można to zrobić telefonicznie lub pisemnie [pod warunkiem, że Zoo akurat ma na znaczki...]. Wybrałam tę drugą opcję, żeby było "czarno na białym". Wiecie co? Na 24 uczniów TYLKO do 2 nie musiałam wysyłać zawiadomienia :)

wtorek, 11 stycznia 2011

Oceny semestralne

   Panie i Panowie, zbliża się koniec semestru, czyli moment belfrowskiej zapłaty za kilkumiesięczne wysiłki ucznia włożone we własny rozwój edukacyjny. Nie śmiać się proszę, tym razem mówiłam śmiertelnie poważnie. Jeśli przyjąć, że uczęszczanie do szkoły dla dziecka jest tym, czym chodzenie do pracy dla osoby dorosłej [a tak zawsze powtarzali mi rodzice: "szkoła jest Twoją pracą"], to oceny cząstkowe zbierane przez cały semestr są "dniówkami". Idąc tym tropem dalej - nota semestralna jest wypłatą za pracę i w zależności od tego, jak delikwent się starał, takie wynagrodzenie otrzyma.
   W tej analogii zrobiłabym tylko jedno drobne, ale istotne zastrzeżenie. W pracy nasza wypłata równa się sumie dniówek [oczywiście po potrąceniu podatków na nasze kochane sprawnie działające państwo oraz składek na niezawodną i absolutnie darmową służbę zdrowia...] - natomiast jestem absolutnie przekonana, że w szkole ocena podsumowująca nie powinna być niewolniczo arytmetycznym winikiem tego, co wypada ze średniej. W kwestii monitorowania wysiłków ucznia [a przecież do tego właśnie służą oceny] cyferki tylko pozornie są sprawiedliwym, obiektywnym miernikiem. Czy to się komuś podoba czy nie, w systemie polskiej szkoły oceny mają różną wagę i często wysiłek włożony w zdobycie - u tego samego nauczyciela! - jednej piątki jest niewspółmierny do pracy, jaką trzeba wykonać, by zdobyć inną. Brzmi bardzo naukowo i enigmatycznie, ale prosty przykład wyjaśni wszystko. Czy mam tak samo traktować piątkę zdobytą z odpowiedzi [zatem zakres materiału to 3 ostatnie lekcje], jak piątkę ze sprawdzianu obejmującą cały dział? A piątka z pracy domowej versus piątka z wypracowania klasowego? Czy chociażby - mocna trójka z klasówki napisanej W TERMINIE contra czwóreczka z tego samego sprawdzianu, ale zaliczonego 2-3 tygodnie później [czyli delikwent miał więcej czasu na rycie]? Tak można bez końca... Matematyka nie zawsze jest sprawiedliwa, bo nie uwzględnia wszystkich czynników, które powinny wpłynąć na ostateczną ocenę ucznia.
   Jak zatem w praktyce wygląda wystawianie ocen przez Dragonkę? Liczę rzecz jasna średnią atytmetyczną, ale jeśli ocena jest niejednoznaczna, "poprzecinkowa" [a prawie zawsze jest], to patrzę, Z CZEGO są dane noty i na tej podstawie podejmuję ostateczną decyzję. Nie ma mowy na przykład, bym przepuściła ucznia, który z wszystkich ważnych klasówek ma gały, a jedyne pozytywne oceny załapał z aktywności czy z prac domowych. O nie robaczku, ten numer nie przejdzie... [a byli już nie raz tacy, którzy właśnie na to liczyli].
   W systemie polskiej szkoły wkurza mnie jedno - wyciąganie za uszy na koniec każdego semestru i presja wywierana na nauczycielach, by na koniec wszystkich przepchnąć, wyratować, dać kolejną szansę. Jest to mniej odczuwalne w Zoo, bo tu dyrekcja jest od ułatwiania nam i tak już trudnej pracy, a nie od rzucania kłód pod nogi. Szefowe są świadome specyfiki tej placowki i po prostu ufają nam, że i tak robimy, co w naszej mocy, by choć część z tych dzieciaków dostała pozytywne świadectwa. Tu chyba po raz pierwszy Zoo w zestawieniu z normalną szkołą wypada lepiej - bowiem w "normalnej szkole" to NAUCZYCIEL musi tłumaczyć się z każdej jedynki, a nie dziecko i to ON musi udowodnić, że zrobił wszystko, by delikwent jednak przeszedł, no ale się nie udało... Stąd pod koniec każdego półrocza bieganie, nerwówka, dawanie "ostatnich szans", zaliczanie zaległych sprawdzianów, dopytywanie na przerwach...
   Czemu uważam, że tak być nie powinno? Jest to potwornie demoralizujące, bo uczy braku odpowiedzialności za to, co się robi. Jeśli ktoś kolekcjonował jedynki przez długie miesiące, to niby dlaczego ma wystarczyć, że zarwie kilka nocy pod koniec semsetru, wryje minimum materiału i na tej podstawie się prześlizgnie? Powinien się nauczyć, że na ocenę pracuje się przez cały czas i w związku z tym co wypada, to wypada, koniec, amen, enter. Poza tym, to ogromnie niesprawiedliwe w stosunku do tych uczniów, którzy systematycznie są przygotowani. Dlaczego niby mają mieć taką samą ocenę, jak kombinator, który najpierw lawiruje, a potem zalicza "rzutem na taśmę"?
   Gdyby to tylko od Dragonki zależało, to nie byłoby ŻADNEGO poprawiania. Normalne lekcje aż do końca, na ostatnich zajęciach biorę kalkulator, wyliczam, patrzę na oceny i podejmuję decyzję. Ale system stoi na głowie, a ja wraz z nim, aż dostaję choroby lokomocyjnej.
  
   Do jutra muszę "przymierzyć oceny", a wystawić ostateczne do 26 stycznia. Już zaczyna być zabawnie, ale o tym w kolejnych postach. Poczekam, aż się więcej "gagów" uzbiera :)

niedziela, 9 stycznia 2011

Małpka nr 4 - Uwaga, Zły Pies

    Czas na kolejną Małpkę, nie sądzicie?

   O Dawidku [imię jak zwykle "znane redakcji" :)] będzie mi się trudno pisało z prostego powodu: nie ma się co oszukiwać, po prostu szczerze chłopaka nie trawię. Chwila chwila, bo już słyszę głosy protestu - jak to Dragonka, a co z poprzednimi? No nie opowiadaj panna, ze lubisz Psychopatkę albo Małpkę Bum-Bum  (bo bujać to my, panowie szlachta...), a przecież jakoś ich opisałaś. Ano właśnie moi drodzy, jest tu różnica i zaraz wytłumaczę, na czym ona polega. Zarówno w przypadku Adasia jak i Ani moja niechęć wiąże się ściśle z ich zachowaniem, natomiast potrafię za ich "repertuarem artystycznym" dostrzec żywe istoty, które same w sobie odruchów wymiotnych już u mnie nie budzą. W przypadku Bum-Buma to pewnie kwestia tego, że za dużo wiem o jego przeszłości, by mu zwyczajnie, po ludzku nie współczuć. Ten chłopak przeszedł tyle, że dziwić by się należało, gdyby po tym wszystkim był normalny. Dodatkowo, udało mi sie kilka razy z nim zwyczajnie porozmawiać, dowiedzieć np. że ma psa, którego nie może trzymać w ośrodku [więc póki co opiekuje się nim kolega, ale Adaś odbierze zwierzaka, jak tylko się usamodzielni], albo że jak pracował latem we Włoszech, to miał okazję poskakać sobie ze spadochronem i bardzo mu się to podoba. Co to ma do rzeczy w sprawie braku odruchu wymiotnego? Ano to, że łatwiej mi o empatię wobec dziecka, o którym wiem kilka obiektywnie fajnych szczegółów. A jeśli czuję empatię, to wkurzać mnie może ZACHOWANIE danego człowieka, ale już raczej nie on sam. Z Anią jest troszkę trudniej, tu jednak aż za wyraźnie rzuca się w oczy, że dziewczę kwalifikuje się do leczenia psychiatrycznego. Używając analogii czysto medycznej: jeśli Twój partner się przeziębi i tak kaszle przez sen, że budzi cały dom, to owszem, wkurza Cię to [zwłaszcza, jeśli musisz rano wstać do pracy i za cholerę nie możesz sie wyspać], ale ROZUMIESZ, że to nie jego wina, bo jest chory i już. Podobnie myślę o Ani, kiedy mam do czynienia z jej numerami. Biedna, chora dziewczyna.
   No dobrze, ale co z tej przydługiej dygresji wynika w związku z Dawidem? Ano to, że w jego przypadku z jakichś powodów nie działają żadne okoliczności łagodzące. Nie potrafię dostrzec nic, co by mi pozwoliło spojrzeć na niego albo jak na człowieka [i coś w nim polubić czy choć docenić], albo chociaż  jak na ofiarę [i wtedy mu współczuć]. Dawidek znalazł się u mnie w szufladce podpisanej "kawał chama, prostaka - uwaga, zły pies, bez kija nie podchodzić".
   Jest on na nieszczęście moim wychowankiem. Jedyny pozytywny aspekt, jaki odnotowałam w całokształcie tej postaci, to jego niezaprzeczalna inteligencja. Umysł ma sprawny, brak mu rzecz jasna wiedzy [jak każdej małpce w Zoo], ale jeśli zada sobie trud, to nowe rzeczy chwyta od razu. Z tego względu spokojnie nadwałby się do zwykłej szkoły. Niestety - TYLKO z tego względu. Dawid swój potencjał umysłowy wykorzystuje wyłącznie wtedy, gdy mu się to opłaca. Ma więc całkiem niezłe stopnie, a przede wszystkim pilnuje, by z żadnego przedmiotu nie wypadała mu jedynka. Chodzi też regularnie do szkoły. Po co to wszystko? Bo skubaniec wie, że jeśli nałapie kiepskich stopni albo sobie powagaruje, to w razie problemów z zachowaniem  będzie to podstawa formalna, by mu narobić prawdziwych kłopotów.
   Dawidek przede wszystkim - jak sam otwarcie przyznaje - nie chce chodzić do szkoły i w zasadzie zacząłby już pracować. Co z tego, skoro ma 16 lat, a do osiągnięcia pełnoletności zgodnie z obowiązującym w Polsce prawem MUSI się gdzieś uczyć. Z różnych szkół go już wywalali, aż padło na nas i jeśli "coś" się nie wydarzy, to będziemy się z nim jeszcze 2 lata męczyć.
   Co takiego robi? Dawidek to ów rekordzista, o którym wspomniałam w poprzednim poście - 32 uwagi w 4 miesiące. Tak się składa, że musi być w centrum uwagi, a ponieważ bardzo rzadko chce mu się skupić na lekcji, to robi wszystko, by zajęcia rozłożyć. Repertuar ma doprawdy szeroki. Robi dokładnie to, na co w danym momencie ma ochotę. Siedzi z nogami na stoliku, słucha głośno muzyki, rozmawia z kolegami, ogląda filmy na komórce, wydzwania przez telefon, pali papierosy, wychodzi sobie z klasy kiedy ma na to ochotę - tak tak, to wszystko NA LEKCJI. Do tego bluzga tak, że uszy więdną, a na upomnienia reaguje arogancko, dając bardzo wyraźnie odczuć, że uważa nas - nauczycieli - za bandę frajerów. Jak już jednak wcześniej nadmieniłam, chłopak nie jest głupi, doskonale zatem wie, co może powiedzieć, by było to chamskie i wulgarne, ale by NIE podpadało pod paragrafy o znieważeniu czy groźbach karalnych.
   Na razie jako szkoła mamy związane ręce. Jeśli żadna inna placówka nie zgodzi się Dawidka przyjąć [a na to są marne szanse], to uratować mogłaby nas tylko decyzja o skierowaniu go do poprawczaka. No i własnie, gdyby "nie realizował obowiązku szkolnego" [czyli wagary] albo kolekcjonowałby jedynki, to już dawno byśmy mu bilet tam załatwili. A tak...? Jest co prawda po dwóch rozprawach [pobicia], ale przydzielono mu "miękkiego" sędziego, który nabiera się na jego skruchę i daje mu "kolejną szansę". Dawidek ma też kuratora, z którym jestem w stałym kontakcie, ale póki co nic z tego nie wynika. Kurator to zresztą jedyna osoba, której chłopak się choć trochę obawia, bo matkę - która go samodzielnie wychowuje - zdążył kompletnie zastraszyć. Kobiecina wzywana na rozmowy do szkoły spuszcza uszy po sobie, cichutko słucha i przegląda Zeszyt Uwag, a potem mówi, że Dawidek w domu jest takim kochanym chłopcem, który w piecu pali i po zakupy chodzi, że ona nie rozumie, jak to wszystko możliwe, ale z nim porozmawia, żeby się poprawił...
   Wiem, że to pewnie brak profesjonalizmu z mojej strony, ale w przypadku tego chłopca MAM GDZIEŚ, czy poprawczak zniszczy mu życie, czy nie. Za niewinność tam nie trafi w każym razie. Demoralizuje mi klasę i nie widzę możliwości dogadania się z nim, a zatem wykorzystam każdą sposobność, by mu załatwić zakład. Kiedyś w końcu "przegnie". Mam taką szczerą nadzieję.

środa, 5 stycznia 2011

Zeszyt Uwag

   Pamiętacie to pewnie z własnej edukacji - jeśli uczeń "przegnie", to wstawia mu się uwagę. Każda szkoła wytwarza tu w własne systemy ich notowania, zwykle też przewiduje się określone sankcje, jeśli tych skarg uzbiera się dużo lub jeśli trafi się jakaś większego kalibru. Można prowadzić rozmowy dyscyplinujące, wysłać delikwenta do dyrektora lub pedagoga, zadzwonić do rodziców, odebrać uczniowi jakieś przywileje [np. możliwość zgłaszania nieprzygotowania], wezwać rodziców, ukarać naganą z wpisem do papierów, wreszcie wywalić ze szkoły [choć to ostatnie z przyczyn technicznych wcale nie jest takie proste].
   Uwag w Zoo wlepia się wyjątkowo dużo, a czemu, to chyba tłumaczyć nie muszę. Same małpiątka się zwykle nimi średnio przejmują. Większość kar, które można zastosować w szkole, prowadzą do opamiętania się w przypadku normalnego ucznia - ale tutaj mamy do czynienia z dzieckiem, które z niejednej szkoły zostało już wywalone, więc zwykle żadne rozmowy czy nagany nie robią już na nim wrażenia. Po co więc piszemy te uwagi?
   Bo złe zachowanie ucznia musi być udokumentowne.
   Bo jest co pokazać rodzicowi/opiekunowi/kuratorowi/policji.
   Bo stanowi to "dupochron" dla nauczyciela w razie pytania: A jak Pan/Pani reagowała na złe zachowanie ucznia?
   Bo istnieje zasada stopniowania kar, a od uwag się zaczyna.
   Bo mimo wszystko małpiątka mają jakieś poczucie sprawiedliwości. One WIEDZĄ przecież, że ich zachowanie jest nieodpowiednie i w związku z tym spodziewają się tej uwagi. Jeśli by jej zabrakło, nie dostałyby swojej "zapłaty" za wycięty numer.

   Uwagi w Zoo wpisuje się czasem bezpośrednio do dziennika z tyłu, na wolnych kartkach, ale zwykle lądują w specjalnych Zeszytach Uwag, osobnych dla każdej klasy. Uczniowie mają tam swoje strony, na których wpisuje się uwagi pozytywne oraz negatywne. Mam dziś ze sobą Zeszyt Uwag mojej klasy i zamierzam podzielić się z Szanownymi Czytelnikami tego Bloga co ciekawszymi wpisami. Uprzedzam, nie odpowiadam za składnię i styl, bo są to cytaty "z różnych nauczycieli". Choć kilka uwag będzie moich :)
   Notek pozytywnych jest rzecz jasna zdecydowanie mniej, choć staramy się nagradzać małpki odnotowując nawet najdrobniejsze "dobre uczynki" ich autorstwa. Co na przykład można pochwalić?

Uczennica pomogła przy wykonaniu gazetki szkolnej na I piętrze.
P. pomogła na lekcji w pracy koledze Piotrowi Kowalskiemu - umacnia go, by tu został na języku niemieckim, choć uczeń chce iść do domu.
L. posprzątał salę, choć nie był dyżurnym.
S. pomógł nauczycielce uruchomić odtwarzacz DVD.
M. odśnieżył podjazd na terenie szkoły.

   Przejdźmy do uwag negatywnych... Tych jest skolko ugodno. Rekordzista uzbierał ich od początku roku szkolnego 32 [w 4 miesiące!] - musiałam z jego powodu założyć nowy, grubszy zeszyt, po w poprzednim skończyło się przewidziane dla niego miejsce.

Uczeń zostawił umyślnie czekoladę na grzejniku, która się rozpłynęła, zanieczyściła klasę i pozostawiła fetor.
Zachowanie ucznia na języku polskim:
- rzucał papierami w koleżankę
- na polecenie wyjęcia zeszytu odparł: "Sama se wyjmij"
- demolował salę
- opuscił klasę bez pozwolenia na 15 minut przed dzwonkiem, wstawiłam mu nieobecność
Uczeń ogląda na lekcji brutalne filmy pornograficzne przez telefon komórkowy.
Zajęcia praktyczne: uczeń wraz z kolegą A. podpalił kontakt w toalecie. Zastałam obu przy zgaszonym świetle, a kontakt płonął. Ponadto uczeń zachowuje się skandalicznie na zajęciach, wszystko psuje, po lekcji maszyny nie nadają się do użytku.
Uczennica wywróciła ławkę, odmówiła jej podniesienia i zwyzywała nauczycielkę.
K. je chrupki podczas lekcji, pozostałe chrupki rozgniata i rozrzuca po sali zaśmiecając całą podłogę - odmawia posprzątania sali. Wyzywa nauczyciela, nie reaguje na żadne upomnienia. Mimo interwencji pani wicedyrektor uczeń nie zmienia swojego postępowania.
A. skacze po ławkach, głośno przeklina, tłucze się, hałasuje, zaśmieca salę lekcyjną, zachowuje się arogancko.


  Ktoś ma jeszcze wątpliwości co do tego, czy uczę w Zoo...?

niedziela, 2 stycznia 2011

Nie dać się nerwiczce

   Panie i panowie, kończy przedłużony świąteczny Dzień Smoka (czyli - wolne). Jutro znów trzeba pootwierać klatki z dzikimi zwięrzętami i nakarmić wygłodniałe bestie, uważając przy tym, by samemu nie stać się ich drugim śniadankiem...
   Staram się walczyć z ogarniającym mnie niepokojem związanym ze świadomością powrotu do Zoo. To nie jest kwestia rozleniwienia, bo to by w końcu było całkiem zrozumiałe - chyba nikomu po dłuższej przerwie w pracy nie chce się wracać do kieratu, niezależnie od zajęcia, jakie wykonuje. No, chyba że mamy do czynienia z ciężkim przypadkiem pracoholizmu, ale to już inna bajka. Jasne, że fajnie mieć wolne, ale w moim przypadku dyskomfort, który własnie odczuwam, ma zdecydowanie inny charakter.
   Otóż czuję się mniej więcej tak, jak w poczekalni do dentysty lub przed rozmową w Urzędzie Skarbowym. Człowiek wie, że trzeba i że to jest do przeżycia, ale wie też, że nie należy spodziewać się niczego dobrego. I najchętniej zasnąłby budząc się, kiedy będzie już po wszystkim. Albo wysłałby tam swojego sobowtóra.
   Staram się nie nakręcać, odpędzać od siebie jakiekolwiek myśli związane ze szkołą. Mimo tego już od wczoraj zalega mi w żołądku coś na kształt głazu, a moje zmysły są wyraźnie wyostrzone, zupełnie jak u zwierzęcia szykującego się do walki. Mówiąc obrazowo - nosi mnie, nie mogę sobie znajeźć miejsca, ciężko mi się też skupić na czymkolwiek przyjemnym czy choćby neutralnym. Dodatkowo Jej Wysokości chyba udzieliło się moje zdenerwowanie, bo od wczoraj daje mi ostro popalić.
   Byłam dziś na noworocznych zakupach w hipermarkecie - i oczywiście na kogo musiałam się natknąć? Na Anię-Psychopatkę... Poważnie, nie zmyślam. Ukłoniła mi się w pas, a jakże, posyłając najbardziej zjadliwe "dzieńdobrypani", jakie była w stanie wycedzić.  Z drugiej strony niby co innego miała zrobić? Ciekawe, czy była już u niej policja, czy z powodu przerwy świątecznej zajmą się moją skargą dopiero teraz...
   Umówiłam się z kumplem na spacer, żeby nie znieść jajka w mieszkaniu. Smocze jaja są co prawda pewnie dość cenne, ale aż tak jeszcze cienko nie przędę, bym musiała handlować tym towarem. Poza tym i tak Puma zażądałaby haraczu w postaci żółtka.