Prawa autorskie

Wszystkie teksty publikowane na tym blogu są mojego autorstwa. Jeśli jest inaczej, wtedy zaznaczam, że jest to cytat. Kopiowanie i rozpowszechnianie treści tej witryny bez mojej zgody jest niezgodne z prawem.

[Dz.U. z 1994 r. nr24, poz. 83]

wtorek, 11 stycznia 2011

Oceny semestralne

   Panie i Panowie, zbliża się koniec semestru, czyli moment belfrowskiej zapłaty za kilkumiesięczne wysiłki ucznia włożone we własny rozwój edukacyjny. Nie śmiać się proszę, tym razem mówiłam śmiertelnie poważnie. Jeśli przyjąć, że uczęszczanie do szkoły dla dziecka jest tym, czym chodzenie do pracy dla osoby dorosłej [a tak zawsze powtarzali mi rodzice: "szkoła jest Twoją pracą"], to oceny cząstkowe zbierane przez cały semestr są "dniówkami". Idąc tym tropem dalej - nota semestralna jest wypłatą za pracę i w zależności od tego, jak delikwent się starał, takie wynagrodzenie otrzyma.
   W tej analogii zrobiłabym tylko jedno drobne, ale istotne zastrzeżenie. W pracy nasza wypłata równa się sumie dniówek [oczywiście po potrąceniu podatków na nasze kochane sprawnie działające państwo oraz składek na niezawodną i absolutnie darmową służbę zdrowia...] - natomiast jestem absolutnie przekonana, że w szkole ocena podsumowująca nie powinna być niewolniczo arytmetycznym winikiem tego, co wypada ze średniej. W kwestii monitorowania wysiłków ucznia [a przecież do tego właśnie służą oceny] cyferki tylko pozornie są sprawiedliwym, obiektywnym miernikiem. Czy to się komuś podoba czy nie, w systemie polskiej szkoły oceny mają różną wagę i często wysiłek włożony w zdobycie - u tego samego nauczyciela! - jednej piątki jest niewspółmierny do pracy, jaką trzeba wykonać, by zdobyć inną. Brzmi bardzo naukowo i enigmatycznie, ale prosty przykład wyjaśni wszystko. Czy mam tak samo traktować piątkę zdobytą z odpowiedzi [zatem zakres materiału to 3 ostatnie lekcje], jak piątkę ze sprawdzianu obejmującą cały dział? A piątka z pracy domowej versus piątka z wypracowania klasowego? Czy chociażby - mocna trójka z klasówki napisanej W TERMINIE contra czwóreczka z tego samego sprawdzianu, ale zaliczonego 2-3 tygodnie później [czyli delikwent miał więcej czasu na rycie]? Tak można bez końca... Matematyka nie zawsze jest sprawiedliwa, bo nie uwzględnia wszystkich czynników, które powinny wpłynąć na ostateczną ocenę ucznia.
   Jak zatem w praktyce wygląda wystawianie ocen przez Dragonkę? Liczę rzecz jasna średnią atytmetyczną, ale jeśli ocena jest niejednoznaczna, "poprzecinkowa" [a prawie zawsze jest], to patrzę, Z CZEGO są dane noty i na tej podstawie podejmuję ostateczną decyzję. Nie ma mowy na przykład, bym przepuściła ucznia, który z wszystkich ważnych klasówek ma gały, a jedyne pozytywne oceny załapał z aktywności czy z prac domowych. O nie robaczku, ten numer nie przejdzie... [a byli już nie raz tacy, którzy właśnie na to liczyli].
   W systemie polskiej szkoły wkurza mnie jedno - wyciąganie za uszy na koniec każdego semestru i presja wywierana na nauczycielach, by na koniec wszystkich przepchnąć, wyratować, dać kolejną szansę. Jest to mniej odczuwalne w Zoo, bo tu dyrekcja jest od ułatwiania nam i tak już trudnej pracy, a nie od rzucania kłód pod nogi. Szefowe są świadome specyfiki tej placowki i po prostu ufają nam, że i tak robimy, co w naszej mocy, by choć część z tych dzieciaków dostała pozytywne świadectwa. Tu chyba po raz pierwszy Zoo w zestawieniu z normalną szkołą wypada lepiej - bowiem w "normalnej szkole" to NAUCZYCIEL musi tłumaczyć się z każdej jedynki, a nie dziecko i to ON musi udowodnić, że zrobił wszystko, by delikwent jednak przeszedł, no ale się nie udało... Stąd pod koniec każdego półrocza bieganie, nerwówka, dawanie "ostatnich szans", zaliczanie zaległych sprawdzianów, dopytywanie na przerwach...
   Czemu uważam, że tak być nie powinno? Jest to potwornie demoralizujące, bo uczy braku odpowiedzialności za to, co się robi. Jeśli ktoś kolekcjonował jedynki przez długie miesiące, to niby dlaczego ma wystarczyć, że zarwie kilka nocy pod koniec semsetru, wryje minimum materiału i na tej podstawie się prześlizgnie? Powinien się nauczyć, że na ocenę pracuje się przez cały czas i w związku z tym co wypada, to wypada, koniec, amen, enter. Poza tym, to ogromnie niesprawiedliwe w stosunku do tych uczniów, którzy systematycznie są przygotowani. Dlaczego niby mają mieć taką samą ocenę, jak kombinator, który najpierw lawiruje, a potem zalicza "rzutem na taśmę"?
   Gdyby to tylko od Dragonki zależało, to nie byłoby ŻADNEGO poprawiania. Normalne lekcje aż do końca, na ostatnich zajęciach biorę kalkulator, wyliczam, patrzę na oceny i podejmuję decyzję. Ale system stoi na głowie, a ja wraz z nim, aż dostaję choroby lokomocyjnej.
  
   Do jutra muszę "przymierzyć oceny", a wystawić ostateczne do 26 stycznia. Już zaczyna być zabawnie, ale o tym w kolejnych postach. Poczekam, aż się więcej "gagów" uzbiera :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz