Prawa autorskie

Wszystkie teksty publikowane na tym blogu są mojego autorstwa. Jeśli jest inaczej, wtedy zaznaczam, że jest to cytat. Kopiowanie i rozpowszechnianie treści tej witryny bez mojej zgody jest niezgodne z prawem.

[Dz.U. z 1994 r. nr24, poz. 83]

czwartek, 27 stycznia 2011

Wycieczki

   Wiadomo, że nie samą nauką żyje uczeń [po prawdzie, im dłużej pracuję w oświacie, tym częściej mam wrażenie, że żyje głównie nie nauką...], a szkoła oprócz przekazywania wiedzy powinna spełniać funkcje wychowawcze i uspołeczniające [ależ to mądrze brzmi, hie hie hie]. Stąd od czasu do czasu organizuje się krótsze lub dłuższe wyjścia, czyli mówiąc wprost wycieczki szkolne. Są one na ogół ochoczo przyjmowane przez dzieciarnię, bo któż by i nie chciał w ramach obowiązkowych zajęć pójść gdziekolwiek, zamiast dostawać hemoroidów od siedzenia w ławce? [z tymi hemoroidami może troszkę przesadziłam, to jeszcze nie ten wiek, ale na profilaktykę zdrowotną nigdy nie jest za późno :)] Poza jednostkowymi przypadkami - np. uczniow nieakceptowanych lub będących w konflikcie z klasą lub takich, którzy z własnej woli się izolują - młodzież już od 1 września wypytuje: "Psze pani, a kiedy pojedziemy na wycieczkę?".
   Z entuzjazmem kadry już zwykle gorzej. Owszem, lekcji nie trzeba prowadzić, ale za to trzeba mieć oczy dookoła głowy, pilnować czeredy i uprzedzać ich najbardziej dziwne pomysły. Na wycieczce dzieci są pod stałą opieką nauczyciela i jeśli coś złego się komuś stanie, to oczywiście beknie za to belfer. To nie darmowy urlop połączony np. ze zwiedzaniem zabytków, tylko harówka na etacie strażnika, pielęgniarki i "gupiego kaowca" non stop. Przy tym - uwaga uwaga - za wycieczki nie dostaje się pieniędzy ekstra, choć de facto pracuje się tyle, ile trwa wyjazd. Jeśli np. wycieczka jest dwudniowa, to otrzymuję wynagrodzenie tylko za tę ilość godzin, którą przeprowadziłabym normalnie w tym czasie w placówce. To, że pilnowałam dzieciarni przez 48 godzin, to już drobiazg niewarty, by o nim wspominać, prawda...?
   Organizowanie wycieczek w Zoo jest wyczynem. Po pierwsze dlatego, że wyjścia w zasadzie nie mogą być płatne. Małpki albo pieniędzy nie mają [bo w domu bieda aż piszczy], albo - jeśli je od rodziców dostaną - to przepiją, względnie wydadzą na fajki. Po drugie - Małpki w ogromnej większości mają syndrom totalnego olewania rzeczywistości. Możecie wierzyć lub nie, ale im się zwyczajnie ze szkoły nie chce czterech liter ruszyć. Nie znaczy to, że tak bardzo szkołę kochają - po prostu siedzenie w ławce nie wymaga wysiłku [bo przecież i tak się nie uczą i nie wykonują poleceń...]. Na wycieczce trzeba chodzić, coś oglądać, nie daj Boh słuchać przewodnika i zachowywać się odrobinę lepiej, niż w Zoo [obrzucanie pracowników muzeum papierami i wyzywanie ich od najgorszych czy podpalanie eksponatów - zdecydowanie odpada]. W związku z tym na takie wyjście stawiają się jednostki, a reszta traktuje to jako dzień  wolny. Tym niemniej próbujemy organizować wycieczki. Raz, że trzeba [co najmniej jedną w semestrze, bo w razie kontroli wizytator przyczepi się, że szkoła nie propaguje kultury, nie uspołecznia, blablabla...].  Dwa, że naprawdę szkoda tych dzieciaków. One są potwornie zaniedbane, z reguły nic nie widziały, nigdzie nie były - i nie czarujmy się, nigdzie nie pójdą, jeśli szkoła im tego nie zorganizuje.
   Ze względu na małą ilość uczestników wycieczki w Zoo obejmują zwykle 2-3 klasy. Ja już drugi raz swoją zabrałam razem z drugą gimnazjalną [to ci od "Niemców", archetypu domu, a ostatnio od wykładu o Hitlerze]. Wybór padł na Muzeum Lotnictwa. Głównym kryterium, owszem, był fakt, że w określony dzień tygodnia oglądanie ekspozycji stałych jest darmowe [nie wszystkie muzea tak mają, ale część na szczęście tak - i ja od września zdążyłąm się wyspecjalizować w wyszukiwaniu podobnych ofert], więc jedyny koszt, jaki dzieciarnia musiała ponieść, to przejazd Komunikacją Miejską. Poza tym myślę, że maszyny, spadochrony i działa przeciwlotnicze mają szansę bardziej skupić uwagę Małpek [zwłaszcza Małpiszonów :)], niż książki czy zabytkowe skorupy.
   Przyszły... 3 osoby z mojej klasy, 5 z drugiej, co daje oszałamiającą frekwencję 8 uczniów pilnowanych przez dwie nauczycielki :) Najbardziej chciało mi się śmiać z Sebastianka - prawie w ogóle nie chodzi do szkoły, ma enkaele niemal z każdego przedmiotu [w tym z mojego], a akurat przyszedł do szkoły, wprost na wycieczkę :) Szkoda, że nie widzieliście jego miny... Zresztą, marudził całą drogę, że mu się nie chce i że bez sensu, ale na miejscu samoloty oglądał. Ogólnie było dość miło, trochę co prawda zimno [część ekspozycji na świezym powietrzu], ale do wytrzymania. Małpki biadoliły na co mogły, ale jak im przypominałam, że właśnie im przepadają dwa polskie, matematyka i coś tam jeszcze, to się wyciszały. Wariowały jak to dzieci, np. siadały za sterami i bawiły się w lot do Smoleńska [wiem, upiorne, ale pamiętam, że swojego czasu dzieci w przedszkolach miały zabawę w nominowanie do opuszczenia domu Wielkiego Brata...]. O dziwo nie narobiły jakiejś strasznej wioski, więc kiedy wychodziliśmy, to życzono nam miłego dnia i zaproszono ponownie.
   Oczywiście, bluzgają tak, że aż uszy puchną. Oczywiście, robią tak głupie uwagi, że łapki opadają. Oczywiście, tłuką się między sobą. Oczywiście, palą papierosy w trakcie wycieczki. Ale nad pewnymi rzeczami trzeba przejść do porządku dziennego. Czego się w końcu nie robi w ramach socjalizacji Małpek...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz