Prawa autorskie

Wszystkie teksty publikowane na tym blogu są mojego autorstwa. Jeśli jest inaczej, wtedy zaznaczam, że jest to cytat. Kopiowanie i rozpowszechnianie treści tej witryny bez mojej zgody jest niezgodne z prawem.

[Dz.U. z 1994 r. nr24, poz. 83]

wtorek, 8 grudnia 2015

Fajne czytadło. Olga Rudnicka "Diabli nadali"

Olga Rudnicka, Diabli nadali, Warszawa 2015

    Druga odsłona "Czytelni Dragonki". Tym razem coś w bardziej przyziemnym stylu - lekki kryminał w stylu Joanny Chmielewskiej. Ciężko recenzuje się takie książki, bo trzeba dokonać umiejętnego balansu. Z jednej strony jakoś lekturę przybliżyć, a z drugiej jednak nie napisać zbyt wiele, by nie zepsuć czytelnikowi intrygi, która jest istotą tego gatunku literackiego. No cóż, mam nadzieję, że mi się to uda...
    Ameryki nie odkryję pisząc, że - zgodnie z właściwą konwencją oraz sugestią okładki - prawie od razu na wstępie mamy trupa. Denat to Dagmar Różyk ["Prawdziwie zbójeckie nazwisko!" - jak skomentowałaby Mała Mi z "Muminków"] - szef działu promocji, znaleziony przez sekretarkę z przestrzeloną głową w swoim gabinecie. Za życia nie był aniołem - stąd zresztą nazywany był powszechnie w firmie Diabłem - a zatem bardzo wiele osób miało dobry powód, by wyprawić go na tamten świat. Pierwszą podejrzaną wszelako zostaje wspomniana już sekretarka Monika, która według wszelkiego prawdopodobieństwa jako ostatnia widziała szefa żywego. A ponieważ jest niewinna i kryształowo czysta, to z pomocą młodego, zakochanego w niej policjanta Mateusza usiłuje nie tylko oczyścić się z zarzutów, ale i rozwikłać zagadkę śmierci Różyka.
    W tej książce mamy zdaje się wszystko, czego należałoby wymagać od dobrego kryminału. Zagadkowy trup - obecny. Sympatyczna, uroczo kobieca główna bohaterka, która jednak jest na tyle inteligentna, że da się ją polubić - jest. Dzielny policjant niczym rycerz na białym koniu pragnący wybawić ją z opresji, a przy okazji poderwać [oczywiście mając jak najbardziej uczciwe zamiary] - melduje się posłusznie. Do tego dorzucono szereg barwnych postaci drugolpanowych, w rodzaju wyjątkowo antypatycznej zastępczyni Różyka, czyli Zdziry - albo braci Moniki, którzy nie są nawykli do myślenia, ale za to bardzo chętnie dadzą po mordzie każdemu, kto chciałby skrzywdzić ich "małą siostrzyczkę". Fabuła zawiera zaskakujące zwroty akcji [że tak ucieknę się do tego wyświechtanego frazesu... :)], nie jest nużąca, a cała historia na tyle prawdopodobna, że nie wymaga stukania się czytelnika w czoło z niedowierzaniem co kilkanaście stron. Jedyne, do czego mogłabym się przyczepić, to retrospekcje - czyli wycieczki fabularne w przeszłość - które nie są moim zdaniem wprowadzane dość czytelnie, przez co na początku trudno się połapać, czy opisywane właśnie wydarzenie zdarzyło się w literackiej przeszłości, czy dotyczy spraw bieżących. Ale do tego "idzie się przyzwyczaić", choć mnie zajęło to tak z pół książki...
    Mówiąc zwięźle - jeśli ktoś lubi łyknąć przed snem lekki, ale niegłupi kryminał, to szczerze polecam. Intryga wciąga, całość dobrze się czyta, można jednak swobodnie przerwać lekturę i wrócić do niej w stosownej chwili. Szkoda tylko, że książka nie została porządniej wydana [w choć trochę sztywniejszej okładce!] - bo dobrze nadawałaby się na świąteczny prezent. A tak to...


niedziela, 29 listopada 2015

Mapa Polski dla innastrańców

    Dziś tylko obrazek - moja bratowa wygrzebała w sieci. Urocze - dla osób znających angielski. Na pewno zapodam to moim obcokrajowcom, jak wrócę do pracy :)


wtorek, 24 listopada 2015

Marchewkowy potwór

    Dawno nic nie było o Myszy, a zatem... :)
   Niedługo kończy 4 miesiące, więc zgodnie ze wskazaniami położnej można jej zacząć powolutku wprowadzać "dorosłe" pokarmy. Nie ukrywam, że mam z tego straszną podjarkę. Nie mogę się doczekać jej reakcji, gustów kulinarnych - nie mówiąc już o tym, kiedy będzie uczyła się jeść sama. Ale oczywiście do tego to jeszcze dużo czasu upłynie, bo na razie przecież nawet nie siedzi, a sztukę chwytania i trzymania czegoś świadomie w łapce opanowała ledwo jakiś tydzień temu.
    Na pierwszy ognień poszła marchewka. To jest taka dziecięca triada: marchew - ziemniak - jabłko, tzn. to są produkty, które wprowadza się w pierwszej kolejności, bo najmniej uczulają i są najlżej strawne. Z tym, że położna poradziła, by raczej nie zaczynać od jabłka, bo jest najbardziej z tego zestawu słodkie, więc jest ryzyko, że dziecko potem dajmy na to nie zje ziemniaka, skoro był już deser :) Wprowadza się powolutku, najpierw jedna łyżeczka, potem z każdym dniem więcej. No i jest zasada, że jeden nowy produkt tygodniowo.
    Alergii się tak bardzo nie obawiałam, jako że i ja, i Hipek nie mamy z tym żadnych problemów, a takie sprawy często są w genach. Bardziej się bałam, że Myszy po prostu nie posmakuje i że będzie plucie marchewką na cały pokój i dziki ryk. Jednak nic bardziej mylnego :) Operacja "Marchewka" nastąpiła na niedzielny obiad - odbyła się cała procesja, tzn. mama-Smoczyca z łyżeczką, a tatuś-Hipopotam obok nagrywający cały proces komórką [o tempora, o mores... :)]. No i cóż, po pierwszym zdziwieniu nastąpił szał. MYSZA KOCHAĆ MARCHEWKA :) Wcina aż miło, oblizuje się, mlaska, a jak jej już teraz podaję przecier [czyli w następnych dniach, kiedy już wie, o co chodzi], to aż łapkami macha z uciechy na widok łyżeczki, a oczy robią jej się wielkie jak postaciom z japońskich kreskówek :) Gdyby jej pozwolić, to wpierniczyłaby z pół słoiczka na jedno posiedzenie [czy raczej: poleżenie :)]. 
    Niżej mam dla Was mały dowód Myszego zaangażowania w nowy typ posiłku w postaci trzech użytych od niedzieli śliniaczków... A potem piosenka, która jak nic pasuje mi do sytuacji :)




środa, 18 listopada 2015

Sztuka robienia makijażu

    Dziś coś bardzo lekkiego. Mam dla Was filmik o grupce facetów usiłujących bez niczyjej pomocy zrobić sobie wieczorowy makijaż - można się spodziewać, z jakim skutkiem... Mnie cała akcja bawi szczególnie, gdyż jestem na 100% pewna, że w analogicznej sytuacji poradziłabym sobie niewiele lepiej, niż oni. Z zasady się nie maluję, bo nie lubię - a skoro tego nie robię, to i nie potrafię :) Pełny makijaż miałam dosłownie na twarzy kilka razy w życiu i za każdym razem musiałam wołać kogoś, by mi pomógł. Z okazji ślubu na przykład pacykowała mnie Seniorka. Sama potrafię co najwyżej nałożyć tusz na rzęsy i pomalować usta - ale na tym koniec. Serio serio. Ma to przynajmniej tę zaletę, że nikt nigdy nie jest zaskoczony moim wyglądem, niezależnie od pory dnia. Hipek nie dostaje zawału, kiedy ogląda mnie rano... :)
    Jedna uwaga - ostrzegam, panowie podczas tego malowania trochę bluzgają...




poniedziałek, 16 listopada 2015

Przemyślenia ateisty po zamachach w Paryżu

    13 listopada grupa muzułmańskich fanatyków religijnych dokonała serii zamachów w centrum Paryża. W wyniku tego zginęło kilkaset przypadkowych osób [jeszcze nie wiadomo dokładnie, ile - wielu ludzi walczy wciąż o życie w szpitalach], których jedynym "przestępstwem" było znalezienie się w niewłaściwym miejscu i czasie. Europa jest w szoku i w żałobie, rządy państw zastanawiają się, co z tym wszystkim zrobić - a zwykli ludzie chodzą oddawać krew dla rannych, składają kwiaty przed ambasadami Francji oraz zmieniają zdjęcia profilowe na FB na takie z flagą czerwono-biało-niebieską w tle.
    Długo zastanawiałam się, czy opublikować jakikolwiek post komentujący to wydarzenie. Mierzi mnie bicie piany na ludzkiej tragedii i dyskusje pod hasłem: "Kto jest temu winien?" [w sensie - uchodźcy? lewacy? polityka "multi-kulti"? Angela Merkel? etc...], od których obecnie huczy Internet. Nie znaczy to jednak, że nie myślę o tym, co się stało w Paryżu. Przecież to byli zwyczajni ludzie, mieszkający w - zdało by się - cywilizowanym świecie, niedotkniętym wojną, uczący się, pracujący, płacący podatki i mający w związku z tym prawo spodziewać się, że jutro też wstanie zwykły dzień. Otóż okazuje się, że dla nich już nie wstanie, bo jakiś sku*** postanowił chwycić za kałacha lub obwiązać się bombą. Ot tak po prostu.
    Paryż nie jest na drugim końcu świata, a poza tym dla terrorystów odległości nie mają znaczenia. Kto mi zagwarantuje, że następnym razem któryś świr nie spojrzy na mapę i nie powie: "Hmm... Polska... A czemu by nie tutaj...?". 
    Idę pod koniec listopada z Havrankiem na koncert muzyki barokowej. Generalnie pewnie nie mam się czego obawiać - ale nie można mieć 100% pewności, bo kto przewidzi, co się uwidzi islamiście jednemu z drugim? W jednym momencie słucham muzyki - a w drugim są strzały i wybuchy... I tak Mysza w kilka chwil nie ma już mamy, a Hipek żony. A ja nigdy nie słyszę, jak moja córa mówi do mnie: "Kocham cię" ani nie widzę, jak ląduje na pupie po zrobionym pierwszym kroku. 
    I poryczałam się, pisząc te słowa.

    Jedno jeszcze muszę napisać - w końcu to mój blog, który ma odzwierciedlać przede wszystkim moje przemyślenia i punkt widzenia. A od jednej myśli nie mogę się odgonić, odkąd usłyszałam o zamachach w Paryżu.
    Wysilam swoją całą pamieć, przegrzebuję zakamarki mózgu, ale jakoś nie mogę sobie przypomnieć ani jednej nazwy organizacji czy ruchu ateistycznego, który w imię swojej ideologii - czyli, że nie istnieją żadni bogowie - mordował ludzi tylko dlatego, że nie podzielają ich poglądów. Piszę całkiem poważnie. Słyszeliście o jakimś oszalałym ateiście, który zabijałby przypadkowych chrześcijan, muzułmanów, buddystów czy kogokolwiek innego właśnie za to, że ośmielił się w coś wierzyć? Albo jeszcze lepiej - o jakimś niewierzącym fanatyku, który obwiązałby się materiałami wybuchowymi i wysadził w powietrze w miejscu pełnym ludzi? Który w imię hasła "Boga nie ma!" byłby gotów umrzeć i jednocześnie zabić kilkadziesiąt przypadkowych osób?
    No bo ja jakoś nie potrafię przypomnieć sobie nikogo takiego. Za to ludzi, którzy wycierali sobie usta religią przy mordowaniu innych - całą masę. I to nie pojedynczych świrów - całe organizacje były do tego powoływane, całe narody, całe państwa szczyciły się tym, ilu to "niewiernych" posłały w piach, na stos, pod topór czy co tam jeszcze. Przez stulecia prym w tym wiedli chrześcijanie [różnych odłamów], a teraz mamy islamistów. Z punktu widzenia ofiar - to i tak wszystko jedno, prawda?
    To co jest nie tak z tą religią, co? I czemu wobec tego to ateistów wiecznie oskarża się o brak moralności, nihilizm, szarganie wartości, znieczulicę, niewrażliwość, egoizm oraz wszelkie plagi świata? Aha - w naszym kraju jeszcze do tego zestawu dorzuca się zwyczajowo "brak patriotyzmu". Bo przecież jak Polak, to katolik...
    Zaznaczam, że nie chciałam urazić żadnego z moich wierzących Czytelników [a wiem, że są tu tacy]. Ale tak, jak napisałam - to mój blog i w związku z tym moje przemyślenia. I powyższa refleksja serio nie daje mi spokoju.

czwartek, 12 listopada 2015

Renesans disco-polo

    Mówią, że z piosenkami disco polo jest tak, że niby nikt nie słucha, ale każdy zna. Hmm, jeśli tak, to czuję się usprawiedliwiona z racji przekleństwa w postaci ponadprzeciętnie rozwiniętej pamięci słuchowej. W kwestii Dragonki to od dziecka "ten typ tak ma", że błyskawicznie uczy się wszystkiego, czego może posłuchać - a zwłaszcza tekstów wszelkiego rodzaju piosenek, bo to jeszcze zwykle jest do rymu i do rytmu. Ale nie tylko. Z jakiego powodu bowiem po dziś dzień pamiętam godzinne nagrania z płyt winylowych, którymi za pacholęcia raczyli mnie rodzice? Te wszystkie "Pchły Szachrajki" czy "Lisy Witalisy", które teraz z lubością recytuję Myszy? Są w mojej głowie wdrukowane na stałe i sądzę, że do końca życia się ich nie pozbędę. Po prostu słyszę w dowolnym momencie głosy aktorów.
    Ale mniejsza z tym, bo jak zwykle zaczyna mi się tu robić "Beniowski" [czyli poemat dygresyjny]. Dzisiejszy wpis będzie traktował o najbardziej powalających cytatach z tekstów disco polo. Myślę, że nie będzie odkryciem Ameryki, kiedy napiszę, że jako filolog polski mam do tego rodzaju "twórczości" jednoznacznie negatywny stosunek. Mówiąc wprost, słuchanie większości piosenek disco polo wywołuje u mnie ból niemalże fizyczny - chyba, że zdarzy się jakaś tak jajcarska, że aż zabawna, a wtedy udaje mi się ją potraktować z przymrużeniem oka. Ale to rzadkość. 
    Gatunek disco polo po długiej przerwie od boomu lat '90 wraca ostatnio do łask, przez co na tego typu piosenki można się niechcący natknąć w bardziej komercyjnych stacjach radiowych. A ponieważ przekleństwo pamięci słuchowej polega na tym, że nie można jej wyłączyć, to biednej Dragonce wystarczy dwu-trzykrotne obcowanie z danym szlagierem, by cytaty z niego wgryzły jej się w pamięć niczym korniki w drewno. A teksty co niektórzy autorzy słów mają takie, że nie wiadomo, czy się śmiać, czy płakać... :)
    Jeśli znacie jakieś powalające - z różnych powodów - cytaty z piosenek disco-polo, to uniżenie proszę o pozostawienie ich w komentarzach. A tymczasem zobaczcie, co ja mam dla Was. Zacznę od perełki, na którą natknęłąm się jakiś czas temu w radiu - i która położyła mnie swoją kreatywnością na łopatki. To właśnie ten tekst był bezpośrednią inspiracją do tematu dzisiejszego posta :)


Ona czuje we mnie PINIĄDZ
Wystroiła się jak BIJONDZ
Patrzy na mnie drynka* pijąc
Bo wyczuła we mnie piniądz...
[Łobuzy - "Ona czuje we mnie piniądz"] 
* - tak, on wyraźnie w ten sposób wymawia to słowo...


    A teraz cytaty z najbardziej ohydnego tekstu disco-polo, jaki usłyszałam kiedykolwiek. Ta piosenka była niestety swojego czasu hitem w jednej z klas, w której uczyłam i uczniowie z lubością słuchali jej na przerwach - a niektórzy oczywiście również podczas zajęć i to mimo moich stanowczych interwencji.

Ty jesteś ruda, na pewno ruda,
Szalona ruda, dobrze to wiem.
Ty jesteś ruda, na pewno ruda,
Szalona ruda, czy na dole też? (...)
Bom digi digi digi bom digi buba,
Na Wojska Polskiego mieszka ruda!
Nie bądź, paskuda!
Nie bądź maruda!
Rozłóż swoje uda!
Już polana ruda wóda,
Żołądkowa robi cuda!
Dziś na pewno mi się uda sprawdzić, czy na dole ruda.
[Dj Disco & Mc Polo - "Szalona ruda"]


    Kolejny tekst miał szansę zaistnieć przed szerszą, niekoniecznie disco-polową publicznością, za sprawą emitowanego na Polsacie programu "Twoja twarz brzmi znajomo" - którego, przyznam się bez bicia, jestem fanką :) Otóż nieszczęsna Zofia Zborowska [tak, tak - córka "starego Zborowskiego" :)] wylosowała ów utwór do podrobienia. Jak sobie z tym poradziła, to możecie zobaczyć klikając w poniższy link. A tymczasem - pojedźmy z tekstem refrenu...

Zofia Zborowska - Cztery Osiemnastki

Cztery osiemnastki tylko w moim samochodzie,
To jest teraz trendy, to jest teraz w modzie.
Cztery osiemnastki tylko w mojej furze,
Lubią być na dole, kiedy ja na górze!
[Tomasz Niecik - "Cztery osiemnastki"].

    Są takie teksty, po lekturze których nasuwa mi się tylko jeden komentarz - nie wiem, czego się autor naćpał, ale lepiej niech bierze połowę lub zmieni dilera...

Gdy cię pierwszy raz ujrzałem
Wielkim, tirem zajechałaś.
Ja się w tobie zakochałem,
Lecz ty na mnie, lecz ty na mnie
Nie spojrzałaś.

Plastikowa biedronko,
Ty moja kochana,
Zostań moją żonką,
Błagam cię, proszę cię, 
Na kolanach.

Do biedronki przyszedł żuk,
W okieneczko stuku-pik.
A biedronka cicho chrząka:
Spadaj żuczku, spadaj żuczku,
Ja mam bąka.
[Veegas - "Plastikowa biedronka"].


    Na koniec nie mogłabym nie przywołać klasyki disco-polo z lat '90 - sztandarowego utworu powalającego "głębokością" swojego tekstu. Z tym może się równać chyba tylko "Mydełko Fa" [które, nawiasem mówiąc, jest parodią gatunku, wziętą przez fanów zupełnie na serio...].

Gdy cię tylko zobaczyłem, głowę nagle straciłem.
Zgrabne nogi, mini w kratkę, fajną mam sąsiadkę.

Wreszcie raz się odważyłem i do chatki zaprosiłem.
Patrzę na nią, same wdzięki, potem hola do łazienki.

{I WSZYSCY RAZEM :) - przecież znacie refren...}

Bara-bara-bara, riki-tiki-tak,
Jeśli masz ochotę, daj mi jakiś znak!
[Milano - "Bara-bara"]


poniedziałek, 9 listopada 2015

Nowy cykl - Czytelnia Dragonki. Anna Moczulska "Bajki, które zdarzyły się naprawdę"

    Z racji tego, że póki co - ODPUKAĆ! - Mysza jest spokojnym, pogodnym i dużo-śpiącym dzieckiem, na urlopie macierzyńskim zaskakująco znalazłam czas na czynność niegdyś przeze mnie ulubioną, a z powodu obowiązków zawodowych prawie rzuconą w kąt. Chodzi mi o... czytanie książek dla przyjemności :) Nie znaczy to, że odkąd skończyłam studia i rozpoczęłam "karierę" najpierw zwykłego nauczyciela, a potem tresera małpek w Zoo, to w ogóle przestałam cokolwiek czytać. A i owszem, lektura była jak najbardziej, tyle że głównie specjalistyczna w rodzaju poradników metodycznych lub fachowych. W ostateczności zabierałam się co jakiś czas za odświeżanie kanonu lektur, bo skoro magluję dzieciarnię z "Potopu" [to jeszcze za czasów pracy w LO], "Krzyżaków" czy innych "Syzyfowych prac", to sama muszę być z tego nie do zagięcia. Ale na "zwykłe" książki nie wystarczało mi już najczęściej albo czasu, albo ochoty - bo prawdę powiedziawszy po całym dniu mądrzenia się o literaturze i gramatyce, a potem ślęczenia nad klasówkami, to wolałam odstresować się przy komputerze grając w jakże "ambitną" grę RPG albo jeszcze mniej wymagający odmóżdżacz, polegający na zbieraniu na ekranie jakichś gadżetów na czas.
    Nie chcę przez to powiedzieć, że opieka nad niemowlęciem to zbijanie bąków, tym niemniej faktem jest, że córa daje mi się wyspać i odetchnąć. A ponieważ nie mam jak się przy niej zmęczyć umysłowo [no bo jednak bez przesady...], to wróciła mi ochota na zwyczajną lekturę. A skoro tak... to może uruchomię w ramach bloga nowy cykl? Jest "Dragonka w kuchni" - czas więc na "Czytelnię Dragonki". Oczywiście żaden tam ze mnie bloger literacki [tu niezmiennie mole książkowe odsyłam do witryny Magulca], podobnie jak kulinarny. Ale od czasu do czasu coś przecież mogę moim drogim Czytelnikom polecić, prawda?

    Na pierwszy ognień pójdzie nota bene książka, którą wygrałam w konkursie na wspomnianym wyżej blogu "Kącik z książkami". 




Anna Moczulska, Bajki, które zdarzyły się naprawdę. Historie słynnych kobiet, Kraków 2015.

   Zawsze - równolegle z literaturą piękną - interesowała mnie historia [zwłaszcza ta dawniejsza]. Zostałam jednakże polonistką, a nie profesjonalną historyczką z wykształcenia - bo absolutnie nie należy tu liczyć zdobycia uprawnień do nauczania historii przez ukończenie studiów podyplomowyh. Bardziej zatem od skrupulatnych, ściśle historycznych relacji pełnych dat i suchych faktów, interesowały mnie dzieje świata "od kuchni", czyli historia z perspektywy ludzi, którzy ją tworzyli. Zamiast więc czytać dajmy na to o przebiegu wojny, wolę poznać biografię ludzi, którzy ją wywołali. 

    Książka Anny Moczulskiej prezentuje sylwetki słynnych kobiet, których życiorysy pogrupowała wokół znanych, bajkowyh motywów. Mamy tu zatem - dla przykładu - Elżbietę Rakuszankę w roli Kopciuszka, siostry Jagiellonki jako Śpiące Królewny czy Bonę Sforzę i Barbarę Radziwiłłównę jako odpowiednio Złą Królową i Królewnę Śnieżkę. Trzeba przyznać autorce, że wybrała nad wyraz barwne przykłady, nie ograniczając się tylko do ukazania najbardziej znanych kobiecych biografii. Obok tak słynnych i do znudzenia wałkowanych w adaptacjach filmowych postaci, jak Krwawa Maria Tudor czy wspomniana już nieszczęsna ukochana żona Zygmunta Augusta, znajdziemy też inne, mniej znane, ale jak się okazuje równie fascynujące dzieje Katarzyny I [żona cara Piotra Wielkiego], mrożącą krew w żyłach historię Klary Zach [która miała pecha wpaść w oko Kazimierzowi Wielkiemu] czy love story w wykonaniu Elizy Radziwiłłówny i cesarza Wilhelma. 
    Kolejną cechą wyróżniającą książkę - obok baśniowego pomysłu na prezentację bohaterek - jest zdecydowanie beletrystyczny, lekki styl autorki, właściwy bardziej dla powieści awanturniczych, niż dla lektury traktującej bądź co bądź o postaciach historycznych. Zaznaczyć tu należy, że Anna Moczulska nie ma bynajmniej ambicji zaserwowania czytelnikowi poważnej pozycji naukowej i żaden szanujący się historyk nie zniżyłby się do przeczytania jej książki w innych celach, niż rozrywkowe. To jednak udało jej się znakomicie - przedstawione tu opowieści są ciekawe, trzymają w napięciu, a całość nie jest przegadana i przeładowana. W sam raz na miłą, odprężającą lekturę po całym dniu pracy [czy opieki nad dzieckiem... :)].
    Reasumując mój wywód - książka nadaje się dla historyków-amatorów, którzy lubują się w podglądaniu życia prywatnego osób znanych z kart podręczników. W sam raz, by dowiedzieć się czegoś nowego, ale za bardzo się przy tym nie zmęczyć. 
    Smocznego :)

wtorek, 3 listopada 2015

Mieszane uczucia

    Jest taki stary dowcip z bardzo długą brodą:

- Co to znaczy mieć "mieszane uczucia"?
- To jest wtedy, kiedy widzisz teściową spadającą w przepaść twoim nowiutkim samochodem...

    Tjaaa... To skoro rozpoczęłam sucharem godnym samego Strasburgera, to teraz mogę przejść do meritum. A tematem dzisiejszej lekcji będą gimnazja, a dokładnie kwestia ich likwidacji. Jeszcze dobrze nowa partia rządząca nie rozgościła się w Sejmie, a już głośno padają z jej strony zapewnienia, że odwrócą reformę sprzed 16 lat i to jak najszybciej, a najlepiej już od nowego roku szkolnego. Trzeba im oddać Sprawiedliwość [i Prawo, a jakże...], że taki postulat znajdował się w ich programie wyborczym, choć nie był jakoś przesadnie eksponowany, pewnie z obawy zrażenia do siebie nauczycieli w tak newralgicznym czasie. Tym niemniej każdy kto chciał, przeczytać mógł - podobnie jak z osławionym, nieszczęsnym projektem konstytucji, który spokojnie sobie wisiał na stronie PiS, dopóki Platformersi nie zwrócili uwagi, co tam powypisywano, a wtedy nagle dziwnym trafem został zastąpiony słynną stroną Error 404. Ale dość dygresji. Gimnazja mają być zlikwidowane w tempie natychmiastowym tak gwałtownie, że tegoroczni uczniowie szóstych klas mieliby od września pójść nie do nowej szkoły, a do siódmej klasy w ramach kontynuacji podstawówki. Licea automatycznie zostałyby wydłużone o rok.
    Nim wyjaśnię, na czym polegają moje mieszane uczucia w tym względzie, chciałabym wskazać na absurdalność takiego trybu załatwienia sprawy. Przeprowadzania reformy edukacji absolutnie nie można załatwiać na drodze rewolucji - a tym będzie wywrócenie systemu z dnia na dzień. Jeśli wszystko ma się odbyć bez szkody dla uczniów i bez obniżenia [i tak już niskiego...] poziomu nauczania, to po pierwsze trzeba wszystko porządnie przemyśleć, poukładać, napisać nową podstawę programową, na jej bazie programy nauczania, wreszcie podręczniki dostosowane do nowego podziału na ośmioletnią podstawówkę i czteroletnie liceum. Tego po prostu nie da się zrobić DOBRZE w przeciągu jednego roku - bo owszem, w ogóle to się da, ale po łepkach i na odwal się, a przecież nie o to chodzi. Po drugie - nie można kazać dzieciakom, które już idą dzisiejszym systemem, by nagle zaczęły naukę w nowym. Jeśli już, to trzeba gimnazja i trzyletnie licea stopniowo wygaszać, a nowym trybem objąć te roczniki, które dopiero od września pójdą do szkoły po raz pierwszy. Tak byłoby logicznie i bezpiecznie dla dzieciaków - ale najwidoczniej spece od edukacji nowej partii rządzącej kompletnie tego nie rozumieją.

    No dobrze, a co z moimi mieszanymi uczuciami? W tej kwestii mam wewnętrzny konflikt między ideałami wychowania i edukacji, w które wierzę - a stroną czysto pragmatyczną. Jak wiedzą ci spośród moich Czytelników, którzy czytają niniejszego bloga regularnie i od dłuższego czasu, zawsze krytykowałam obecny system oświaty [a zwłaszcza matury i kształt testowych egzaminów, ale z tym mniejsza]. Generalnie jestem zdania, że podział na ośmioletnią podstawówkę i czteroletnie liceum był zdrowszy i bardziej efektywny, bo zapewniał młodym ludziom większą stabilizację emocjonalną w okresie dojrzewania. "Za moich czasów" [bo sama byłam kszatałcona w starym systemie] fundowano nam tylko jedną gwałtowną zmianę przy przejściu ze szkoły do szkoły, gdy tymczasem obecnie dzieciaki muszą poradzić sobie z dwiema. Co więcej, poszatkowanie wszystkiego na "trójki" [3 lata nauczania początkowego, 3 lata podstawówki, 3 lata gimnazjum i 3 lata liceum] kompletnie wybija z rytmu, osłabia zawiązywane więzi społeczne, sprawia, że co i rusz każe się młodemu człowiekowi zaczynać wszystko od początku, a to na pewno nie ma dobrego wpływu na jego rozwój emocjonalny i poczucie bezpieczeństwa. Jeśli ma pecha, to co trzy lata musi zmieniać kolegów i nauczycieli - weź tu nie zgłupiej...
    A gdzie pragmatyzm? Ano na moim osobistym podwórku. Jeśli bowiem zlikwidują gimnazja, to takie szkoły jak Zoo przestają mieć rację bytu. W starym systemie tępawą lub sprawiającą problemy młodzież albo trzymano w podstawówce do 18 roku życia, albo delikwentów wypychano do jakiejkolwiek podrzędnej zawodówki lub pod skrzydła OHP. Nie było osobnych szkół - gimnazjów uzawodowionych - w których można by przechować takie dzieciaki, które nie mieszczą się w klasycznym systemie. Inna sprawa, że z tego co pamiętam nie obowiązywał nakaz nauki do osiągnięcia pełnoletności, więc nikogo nie interesowało, co się ze sprawiającym problemy młodym człowiekiem stanie, kiedy się go w wieku 15-16 lat po ośmiu latach nauki wypchnie ze szkoły. Jak miał trochę rozumu, to się jeszcze czegoś uczył, a jak nie, to nikt go nie zmuszał. Przypuszczam zatem, że jeśli PiSowi zależy na cofnięciu reformy, to będą musieli znieść również obowiązek szkolny do pełnoletności - no chyba, ze ich spece także tego nie wzięli pod uwagę, co wcale by mnie nie zdziwiło.
    Reasumując mój wywód - jeśli znikną gimnazja, to ja ląduję po raz pierwszy w życiu na bezrobociu, podobnie jak jakieś 100 tysięcy innych nauczycieli gimnazjów. Nie czarujmy się, że wszyscy znajdziemy zajęcie w powiększonych o dwie klasy podstawówkach i o jedną klasę liceach. Dyrektorom tych placówek sto razy bardziej opłaci się dołożyć godzin swoim pracownikom, niż zatrudnić osoby z zewnątrz. Będą to na pewno robili tylko w ostateczności, jeśli tych dodatkowych godzin rzeczywiście zostanie aż tyle, że nawet stara kadra nie wyrobi po półtora etatu. Czyli może tak z 1/4 nauczycieli z byłych gimnazjów dostanie jakieś ochłapy - a reszta...?
    Zacznie się gorączkowe szukanie i kombinowanie. Super, świetnie - zważywszy na to, że za rok to ja będę młodą matką po urlopie macierzyńskim. No który rozsądny dyrektor zatrudni taką nieznaną mu bliżej nauczycielkę, jeśli jeszcze usłyszy, że ma roczne dziecko w domu? Przecież to potencjalne kłopoty - bo choroby, zwolnienia, kiepska mobilność po lekcjach [np. nie ma mowy, bym pojechała z uczniami na kilkudniową wycieczkę czy zieloną szkołę, dopóki Mysza nie podrośnie]. 
   
    No i tak to, moim mili. Byłam nota bene ostatnio w Zoo pochwalić się córą. Nie muszę chyba mówić, że atmosfera w szkole jest taka, jak na polu minowym i wszyscy robią w gacie. Trudno się chyba dziwić...

niedziela, 1 listopada 2015

Taką jesień kocham

    Z przyczyn obiektywnych w tym roku nie odwiedzę grobów moich bliskich [dobrze, że udało mi się rok temu], podobnie jak i Hipek. Zamiast tego wybraliśmy się na długi spacer. Mówcie, co chcecie - uwielbiam TAKĄ jesień. Zdecydowanie jest to moja ulubiona pora roku i wcale nie potrzebuję, żeby było cieplej czy słoneczniej. Dopóki nie pada deszcz i nie wieje na uryw głowy, to ja mogę jesień mieć cały czas.
    No popatrzcie tylko, jak pięknie... [materiał fotograficzny oczywiście by Hipek].








czwartek, 29 października 2015

Piosenka jest dobra na wszystko :)

    Dziś mam dla Was coś naprawdę fajnego - i do posłuchania.
   Język polski uznawany jest za jeden z najtrudniejszych języków do nauczenia się jako nie-ojczysty. Bardzo wymowna jest tu anegdota o Tolkienie, który miał swojego czasu ambicję opanowania naszej mowy. Jak wiadomo, był on człowiekiem lingwistycznie niezwykle uzdolnionym - władał blisko 30 językami [choć w różnym stopniu], stworzył własny język elficki na potrzeby kreowanych przez siebie światów fantasy. Otóż ten niewątpliwie wybitny językoznawca wykopyrknął się właśnie na polszczyznie. Próbował się jej nauczyć, ale po kilku lekcjach dał za wygraną. Stwierdził, że jeśli nie jest się native-speakerem tego języka, to nie ma możliwości opanowania go w sposób bezbłędny [a inny pewnie go nie interesował :)]. 
    No ale mniejsza z tym. Mam dla Was prawdziwą perełkę. Posłuchacie studentów drugiego roku polonistyki w Pekinie, jak radzą sobie z przebojem Czerwonych Gitar "Dozwolone od lat 18". Mnie - cytując Jana Kochanowskiego - po prostu "serce roście" :). Naprawdę słuchając ich wykonania mam banana na pysku.



Jeśli się nie otwiera, kliknij tutaj.