Prawa autorskie

Wszystkie teksty publikowane na tym blogu są mojego autorstwa. Jeśli jest inaczej, wtedy zaznaczam, że jest to cytat. Kopiowanie i rozpowszechnianie treści tej witryny bez mojej zgody jest niezgodne z prawem.

[Dz.U. z 1994 r. nr24, poz. 83]

wtorek, 24 listopada 2015

Marchewkowy potwór

    Dawno nic nie było o Myszy, a zatem... :)
   Niedługo kończy 4 miesiące, więc zgodnie ze wskazaniami położnej można jej zacząć powolutku wprowadzać "dorosłe" pokarmy. Nie ukrywam, że mam z tego straszną podjarkę. Nie mogę się doczekać jej reakcji, gustów kulinarnych - nie mówiąc już o tym, kiedy będzie uczyła się jeść sama. Ale oczywiście do tego to jeszcze dużo czasu upłynie, bo na razie przecież nawet nie siedzi, a sztukę chwytania i trzymania czegoś świadomie w łapce opanowała ledwo jakiś tydzień temu.
    Na pierwszy ognień poszła marchewka. To jest taka dziecięca triada: marchew - ziemniak - jabłko, tzn. to są produkty, które wprowadza się w pierwszej kolejności, bo najmniej uczulają i są najlżej strawne. Z tym, że położna poradziła, by raczej nie zaczynać od jabłka, bo jest najbardziej z tego zestawu słodkie, więc jest ryzyko, że dziecko potem dajmy na to nie zje ziemniaka, skoro był już deser :) Wprowadza się powolutku, najpierw jedna łyżeczka, potem z każdym dniem więcej. No i jest zasada, że jeden nowy produkt tygodniowo.
    Alergii się tak bardzo nie obawiałam, jako że i ja, i Hipek nie mamy z tym żadnych problemów, a takie sprawy często są w genach. Bardziej się bałam, że Myszy po prostu nie posmakuje i że będzie plucie marchewką na cały pokój i dziki ryk. Jednak nic bardziej mylnego :) Operacja "Marchewka" nastąpiła na niedzielny obiad - odbyła się cała procesja, tzn. mama-Smoczyca z łyżeczką, a tatuś-Hipopotam obok nagrywający cały proces komórką [o tempora, o mores... :)]. No i cóż, po pierwszym zdziwieniu nastąpił szał. MYSZA KOCHAĆ MARCHEWKA :) Wcina aż miło, oblizuje się, mlaska, a jak jej już teraz podaję przecier [czyli w następnych dniach, kiedy już wie, o co chodzi], to aż łapkami macha z uciechy na widok łyżeczki, a oczy robią jej się wielkie jak postaciom z japońskich kreskówek :) Gdyby jej pozwolić, to wpierniczyłaby z pół słoiczka na jedno posiedzenie [czy raczej: poleżenie :)]. 
    Niżej mam dla Was mały dowód Myszego zaangażowania w nowy typ posiłku w postaci trzech użytych od niedzieli śliniaczków... A potem piosenka, która jak nic pasuje mi do sytuacji :)




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz