Prawa autorskie

Wszystkie teksty publikowane na tym blogu są mojego autorstwa. Jeśli jest inaczej, wtedy zaznaczam, że jest to cytat. Kopiowanie i rozpowszechnianie treści tej witryny bez mojej zgody jest niezgodne z prawem.

[Dz.U. z 1994 r. nr24, poz. 83]

wtorek, 3 listopada 2015

Mieszane uczucia

    Jest taki stary dowcip z bardzo długą brodą:

- Co to znaczy mieć "mieszane uczucia"?
- To jest wtedy, kiedy widzisz teściową spadającą w przepaść twoim nowiutkim samochodem...

    Tjaaa... To skoro rozpoczęłam sucharem godnym samego Strasburgera, to teraz mogę przejść do meritum. A tematem dzisiejszej lekcji będą gimnazja, a dokładnie kwestia ich likwidacji. Jeszcze dobrze nowa partia rządząca nie rozgościła się w Sejmie, a już głośno padają z jej strony zapewnienia, że odwrócą reformę sprzed 16 lat i to jak najszybciej, a najlepiej już od nowego roku szkolnego. Trzeba im oddać Sprawiedliwość [i Prawo, a jakże...], że taki postulat znajdował się w ich programie wyborczym, choć nie był jakoś przesadnie eksponowany, pewnie z obawy zrażenia do siebie nauczycieli w tak newralgicznym czasie. Tym niemniej każdy kto chciał, przeczytać mógł - podobnie jak z osławionym, nieszczęsnym projektem konstytucji, który spokojnie sobie wisiał na stronie PiS, dopóki Platformersi nie zwrócili uwagi, co tam powypisywano, a wtedy nagle dziwnym trafem został zastąpiony słynną stroną Error 404. Ale dość dygresji. Gimnazja mają być zlikwidowane w tempie natychmiastowym tak gwałtownie, że tegoroczni uczniowie szóstych klas mieliby od września pójść nie do nowej szkoły, a do siódmej klasy w ramach kontynuacji podstawówki. Licea automatycznie zostałyby wydłużone o rok.
    Nim wyjaśnię, na czym polegają moje mieszane uczucia w tym względzie, chciałabym wskazać na absurdalność takiego trybu załatwienia sprawy. Przeprowadzania reformy edukacji absolutnie nie można załatwiać na drodze rewolucji - a tym będzie wywrócenie systemu z dnia na dzień. Jeśli wszystko ma się odbyć bez szkody dla uczniów i bez obniżenia [i tak już niskiego...] poziomu nauczania, to po pierwsze trzeba wszystko porządnie przemyśleć, poukładać, napisać nową podstawę programową, na jej bazie programy nauczania, wreszcie podręczniki dostosowane do nowego podziału na ośmioletnią podstawówkę i czteroletnie liceum. Tego po prostu nie da się zrobić DOBRZE w przeciągu jednego roku - bo owszem, w ogóle to się da, ale po łepkach i na odwal się, a przecież nie o to chodzi. Po drugie - nie można kazać dzieciakom, które już idą dzisiejszym systemem, by nagle zaczęły naukę w nowym. Jeśli już, to trzeba gimnazja i trzyletnie licea stopniowo wygaszać, a nowym trybem objąć te roczniki, które dopiero od września pójdą do szkoły po raz pierwszy. Tak byłoby logicznie i bezpiecznie dla dzieciaków - ale najwidoczniej spece od edukacji nowej partii rządzącej kompletnie tego nie rozumieją.

    No dobrze, a co z moimi mieszanymi uczuciami? W tej kwestii mam wewnętrzny konflikt między ideałami wychowania i edukacji, w które wierzę - a stroną czysto pragmatyczną. Jak wiedzą ci spośród moich Czytelników, którzy czytają niniejszego bloga regularnie i od dłuższego czasu, zawsze krytykowałam obecny system oświaty [a zwłaszcza matury i kształt testowych egzaminów, ale z tym mniejsza]. Generalnie jestem zdania, że podział na ośmioletnią podstawówkę i czteroletnie liceum był zdrowszy i bardziej efektywny, bo zapewniał młodym ludziom większą stabilizację emocjonalną w okresie dojrzewania. "Za moich czasów" [bo sama byłam kszatałcona w starym systemie] fundowano nam tylko jedną gwałtowną zmianę przy przejściu ze szkoły do szkoły, gdy tymczasem obecnie dzieciaki muszą poradzić sobie z dwiema. Co więcej, poszatkowanie wszystkiego na "trójki" [3 lata nauczania początkowego, 3 lata podstawówki, 3 lata gimnazjum i 3 lata liceum] kompletnie wybija z rytmu, osłabia zawiązywane więzi społeczne, sprawia, że co i rusz każe się młodemu człowiekowi zaczynać wszystko od początku, a to na pewno nie ma dobrego wpływu na jego rozwój emocjonalny i poczucie bezpieczeństwa. Jeśli ma pecha, to co trzy lata musi zmieniać kolegów i nauczycieli - weź tu nie zgłupiej...
    A gdzie pragmatyzm? Ano na moim osobistym podwórku. Jeśli bowiem zlikwidują gimnazja, to takie szkoły jak Zoo przestają mieć rację bytu. W starym systemie tępawą lub sprawiającą problemy młodzież albo trzymano w podstawówce do 18 roku życia, albo delikwentów wypychano do jakiejkolwiek podrzędnej zawodówki lub pod skrzydła OHP. Nie było osobnych szkół - gimnazjów uzawodowionych - w których można by przechować takie dzieciaki, które nie mieszczą się w klasycznym systemie. Inna sprawa, że z tego co pamiętam nie obowiązywał nakaz nauki do osiągnięcia pełnoletności, więc nikogo nie interesowało, co się ze sprawiającym problemy młodym człowiekiem stanie, kiedy się go w wieku 15-16 lat po ośmiu latach nauki wypchnie ze szkoły. Jak miał trochę rozumu, to się jeszcze czegoś uczył, a jak nie, to nikt go nie zmuszał. Przypuszczam zatem, że jeśli PiSowi zależy na cofnięciu reformy, to będą musieli znieść również obowiązek szkolny do pełnoletności - no chyba, ze ich spece także tego nie wzięli pod uwagę, co wcale by mnie nie zdziwiło.
    Reasumując mój wywód - jeśli znikną gimnazja, to ja ląduję po raz pierwszy w życiu na bezrobociu, podobnie jak jakieś 100 tysięcy innych nauczycieli gimnazjów. Nie czarujmy się, że wszyscy znajdziemy zajęcie w powiększonych o dwie klasy podstawówkach i o jedną klasę liceach. Dyrektorom tych placówek sto razy bardziej opłaci się dołożyć godzin swoim pracownikom, niż zatrudnić osoby z zewnątrz. Będą to na pewno robili tylko w ostateczności, jeśli tych dodatkowych godzin rzeczywiście zostanie aż tyle, że nawet stara kadra nie wyrobi po półtora etatu. Czyli może tak z 1/4 nauczycieli z byłych gimnazjów dostanie jakieś ochłapy - a reszta...?
    Zacznie się gorączkowe szukanie i kombinowanie. Super, świetnie - zważywszy na to, że za rok to ja będę młodą matką po urlopie macierzyńskim. No który rozsądny dyrektor zatrudni taką nieznaną mu bliżej nauczycielkę, jeśli jeszcze usłyszy, że ma roczne dziecko w domu? Przecież to potencjalne kłopoty - bo choroby, zwolnienia, kiepska mobilność po lekcjach [np. nie ma mowy, bym pojechała z uczniami na kilkudniową wycieczkę czy zieloną szkołę, dopóki Mysza nie podrośnie]. 
   
    No i tak to, moim mili. Byłam nota bene ostatnio w Zoo pochwalić się córą. Nie muszę chyba mówić, że atmosfera w szkole jest taka, jak na polu minowym i wszyscy robią w gacie. Trudno się chyba dziwić...

8 komentarzy:

  1. PiS sam chciał gimnazjów a teraz nie chce. Zarżnięto w miarę dobrze funkcjonujący system 8+4, zanim gimnazja "okrzepły" musiało minąć trochę czasu. Sama miałam problem ze Starszym, bo jedyne rejonowe gimnazjum było wtedy wylęgarnią patologii, nad którą nikt nie potrafił (nie chciał) zapanować. Szukaliśmy w okolicy "mniejszego zła" (inna sprawa, czy naprawdę było mniejsze), starszy dojeżdżał do gimnazjum na wieś mimo, że rejonowe mam 50 m od domu. Po 6 latach Młodszy z powodzeniem odnalazł się w rejonowym (obecnie 3. klasa, czyli prawie koniec), ale zmieniło się 50% kadry, dyrekcja, zainstalowano monitoring... Na wszystko trzeba czasu, żeby jakoś zaczęło funkcjonować...
    Natomiast dla mnie beznadziejne są WSZYSTKIE "reformy edukacji". Mam wrażenie, że każda następna "równa w dół". Jak wytłumaczyć fakt, że chemia w LO w profilu matfiz w obecnej podstawie programowej kończy się w 1. klasie? A potem na studiach przynajmniej na 1/4 kierunków politechnicznych na 1. roku są elementarne zajęcia z chemii? A po matfizie raczej przeważnie startuje się na jakieś studia politechniczne... Ale jak się tak "zreformowało" szkołę, że w całym programie nauczania od podstawówki do LO (profil ogólny) sumarycznie godzin religii jest więcej, niż biologii, chemii i fizyki razem wziętych- to czego oczekujemy od następnych pokoleń???

    RELIGIA- WON ZE SZKÓL !!!!!! Do salek przykościelnych- tam, gdzie jej miejsce!!!!! A te co najmniej 2 godziny tygodniowo- dołożyć chociażby po 1 polskim i 1 matematyce... z korzyścią dla wszystkich.


    Przepraszam, poniosło mnie, to Twój blog, Jeśli uważasz, że za ostro- usuń komentarz
    Anka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wcale nie za ostro - nikogo nie obraziłaś personalnie, więc nie widzę najmniejszego powodu, by usuwać komentarz.

      A poza tym - to ja się z Tobą zgadzam w całej rozciągłości. Poprzedni system był dobry, niepotrzebnie go rozwalono, ale teraz receptą na poprawę sytuacji na pewno nie będzie zawracanie Wisły kijem i likwidacja gimnazjów z dnia na dzień. Podstawa programowa równa w dół i to jest fakt. Niczego się teraz praktycznie od dzieciaków nie wymaga. Student polonistyki jest mniej sprawny językowo jeśli chodzi o samodzielne formułowanie myśli, niż przeciętny uczeń z mojej klasy licealnej, który się ledwo ślizgał na dwójkach i trójkach.

      W kwestii religii - zawsze byłam zdania, że co najwyżej powinno się w państwowej szkole uczyć RELIGIOZNAWSTWA, czyli wiedzy teoretycznej o czterech największych religiach świata [chrześcijaństwo, judaizm, islam i hinduizm - może jeszcze buddyzm]. To by nikomu nie zaszkodziło. Ale i to na pewno nie w tak dużym wymiarze godzin, jak obecnie religia. Bo to jest skandal, że dziecko od 7 do 19 roku życia ma 2 godziny religii w tygodniu, a historii, biologii czy chemii jakieś nędzne ochłapy.

      Usuń
  2. Zgadzam się w 100% :) Zaczynałem prace w systemie 8 klasowych podstawówek i nikomu krzywda się nie działa. Uczniowie szóstych klas dostawali głupawki, trwało to chwilę w siódmej, a w ósmej jako najstarsi zaczynali dorastać, mądrzeć i uczyć się, wszak czekał ich jeden z najważniejszych egzaminów - ten do szkoły średniej (tam, gdzie się odbywał - LO, technika i niektóre szkoły zawodowe). Rozwój emocjonalny dla twórców systemu 6+3+3 nie był najważniejszy i powstał twór, który w dużej mierze obnażył ich głupotę i kolejny raz to, że systemem oświaty w Polsce zajmują się ci, którzy ani jednego dnia nie spędzili w szkole w roli nauczyciela, bo o tym, że byli uczniami już dawno zapomnieli.
    Mnie reforma zmusiła wręcz do uczenia czegoś co nie powinno mieć racji bytu w szkole - twór o nazwie "przyroda" w szkole podstawowej (a obecnie również w szkołach średnich) to kpina z nauk przyrodniczych. Żąda się od dziecka by umiało holistycznie patrzeć na przyrodę, podczas gdy nie zna ono podstaw nauk przyrodniczych. Jak można budować coś na niczym? Jak można opracowywać podstawę programową bez uwzględnienia rozwoju psychicznego ucznia? Czy tym razem w PiS-owskiej rewolucji oświatowej będzie tak samo? Mam prawo przypuszczać, że tak! Nigdzie na świecie nie przeprowadza się zmian w systemach oświatowych w taki sposób i w takim czasie jak w Polsce. To przykre! Dobro dziecka nie liczy się! Przykro mi też, bo wielu moich znajomych nauczycieli gimnazjów (świetnych nauczycieli) już dziś się stresuje bo mają pewność, że stracą pracę (z wyjątkiem katechetów - ci nie są moimi znajomymi i raczej nie będą). Co do egzaminów zewnętrznych - sam jestem egzaminatorem CKE/OKE (na wszystkich poziomach: szk. podst., gimnazjum, matura) i jako pierwszy rozwaliłbym tę instytucję i ten system egzaminowania. CKE/ OKE to dziś wyrocznia, która daje mocno po dupie nauczycielom. Masz słabe wyniki - to jesteś kiepskim nauczycielem, pisz programy naprawcze etc.. Szkoda, że nikt nie patrzy choćby na tzw. szkoły "środowiskowe". Jako związkowiec wiem co robią organy prowadzące w stosunku do dyrektorów, a ci z kolei w stosunku do nauczycieli, bo wyrocznia wydała "sąd". Takich dylematów chyba każdy nauczyciel ma wiele, a będzie więcej, bo każda "nowa miotła" uważa, że zamiata lepiej!
    Co do religii - sam podpisałem petycję w sprawie wyprowadzenia religii ze szkół, tylko, że przez kilka najbliższych dekad to chyba niemożliwe. Widzę jak na to reagują panie ticzerki w mojej szkole, obrończynie katolandu!
    kris k.

    OdpowiedzUsuń
  3. Skoro już odzyskałem mozliwość komentowania, to może popastwię się nad Twoimi przeszłymi wpisami...
    Zanim zacząłem poniewierać się po emigracji byłem nauczycielem akademickim. Od pierwszego do ostatniego dnia uczyłem wytwory systemu gimnazjalnego, na kierunku filologicznym zresztą. Przychylę się do zdania przedmówcy – tak bezdennej głupoty i ohydnych miazmatów niewiedzy nie widziałem jeszcze wcześniej, natomiast później... niezliczoną ilość razy. Pół pierwszego semestru (a wykładałem m.in. gramatykę opisową) straciłem na wyjaśnianie, czym są części mowy i części zdania; czym czasownik rózni się od imiesłowu, przymiotnika i partykuły. Za naszych czasów to był program VI klasy podstawówki (mogę się machnąć o rok w tę czy w tę, dawno to było). Na szczęście nie trafiłem na delikwentów z maturą Giertycha.
    Dodam, że wyższa uczelnia, na której wykładałem, była prywatna. Miałem ambicje jej rozkręcenia, zrobienia konkurencji zatęchłemu akademickiemu światkowi, od którego uciekłem, nie chcąc robić doktoratu na UW (inna kwestia, ze nie przeżyłbym za głodowe stypendium doktoranckie plus jeszcze pojawiło się kilkanascie innych kwestii osobistych, ale nie w tym dziś rzecz). Przez siedem lat przeżyłem faceta, który groził mi zniszczeniem mi życia, bo jego ojciec jest adwokatem (złapałem go na ściąganiu z internetu na komórce na kolokwium zaliczeniowym z historii Japonii), drugiego, który machał mnie i kolegom z roku przed nosem pistoletem gazowym (i tłumaczył się że on „ma swag” - dodam, ze rektor nic z tym nie zrobił) i dziesiątki tych, którzy przyszli na kierunek bez chęci i wiedzy, po to żeby dostać papier. I miałem dyskretne przykazanie z rektoratu, zeby ich puszczać.
    Prawda, byli też ludzie autentycznie zafascynowani i miałem wielką satysfakcję z obserwowania, jak sami zdobywają wiedzę i wkręcają się w to, co porwało mnie. Ale wszystkich łączyło jedno: zerowa wiedza na początku. Gdybym nie musiał tracić czasu na wyjaśnianie tego, co powinni wiedzieć w momencie przyjmowania, wszyscy doszliby o wiele dalej.
    Pamiętam argumenty, padające przy wprowadzaniu gimnazjów. Przeciążony program liceów, nacisk na naukę pamięciową, zbyt wielkie wymagania względem ucznia (tak, w liceum miałem 14 przedmiotów i z każdego mnie cisnęli, jakbym miał iść właśnie na ten kierunek studiów – jednej lekcji fizyki bałem się bardziej niż całej matury). Pamiętam zresztą kolejny niedorobiony pomysł ze zmarnowanym potencjałem – jakos przed końcem mojej podstawówki (więc lata 1997-8) miano wprowadzać licea techniczne, łączące nauki humanistyczne z przystosowaniem do zawodu, mające zastąpić zawodówki, cieszące się zasłużenie paskudną renomą (kończyłem kiepską podstawówkę na przedmieściach dużego miasta, gros moich kolegów z klasy miało IQ rozwielitki i poszło albo orać pole ojca albo do zawodówek właśnie, więc wiem co mówię). System upadł z pierdnięciem i nikt go nie podnosił.
    Po co cały ten przydługi wywód? Własciwie nie chcę powiedzieć nic ponad to, co zostało powiedziane – gimnazja były niedopracowane i zasadniczo ogłupiły ludzi. Ale zamiast dopracowywać istniejący system tak, żeby za 3-4 lata te same gimnazja wykształciły kogoś na akceptowalnym poziomie, proponuje się rozpieprzenie całości i powrót do przeszłości – bez programów, bez pomyslunku. Przemówi przeze mnie teraz personalna złosliwośc – czy ktokolwiek z ministerialnych medrców układał kiedyś program nauczania? Ja owszem, musząc dostosować się do bublowatego i -pardon- niedojebanego systemu, zwanego Krajowymi Ramami Kwalifikacji, który równa wszystkie kierunki w dół tak okrutnie, jak tylko można i zasadniczo wprowadza takie kwiatki jak nauka łaciny na japonistyce, bo wszystkie filologie zostały zglajchszaltowane pod języki europejskie. Duże uniwersytety mogły sobie pozwolic na olanie systemu, my nie, bo PAKa (Państwowa Komisja Akredytacyjna) wystawiała negatywna ocene. Ale chyba odbiegłem od tematu... po prostu jesteś jedynym znanym mi nauczycielem – i możesz zrozumieć moje żale :) Za rozwlekłość przepraszam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A pastw się pastw - ile wlezie :)

      Z prywatną klientelą miałam do czynienia tylko w szkole językowej - perypetie opisywałam... Niestety w polskich warunkach rzeczywiście nadrzędnym wówczas prawem jest "klient nasz pan". Wydawałoby się, że co innego jednak kurs językowy, a co innego studia. Jak widać niekoniecznie... Te groźby pod Twoim adresem to mnie rozwaliły. Nie dziwię się, że wywiało Cię na wyspy po takich akcjach. To się może odechcieć dydaktyki raz na zawsze.

      Co do oceny gimnazjów, to zdaje się, że mamy podobne stanowiska. Gimnazja to był poroniony pomysł, ale zawracanie kilkunastu już lat reformy ot tak będzie jeszcze gorsze. Ale co to kogo obchodzi, prawda? Przygłupim narodem łatwiej się steruje.
      Wiem tylko, że o edukację Myszy to będę dbała we własnym zakresie. Przykład na szczęście wynosi się z domu, więc jak będzie miała okazję oglądać i matkę, i ojca nie tylko z komputerem i komórką, ale i z książką, to jest szansa, że sama będzie po nią sięgała.

      Usuń
    2. Na Wyspy wygoniła mnie głównie tragiczna sytuacja finansowa, która wynikła ze skandalicznego zarządzania moim miejscem pracy (które nazywam do dziś Hogwartem, bo cuda się tam działy), niewypłacania pensji za 2 miesiące i takich przewałek na ZUS-ie, że dziwię się, że to miejsce jeszcze istnieje. Po prostu stwierdziłem, że odchodzę zanim zostanę na bruku.

      A co do studentów, oj tak, działo się. NIe miałem chyba tylko propozycji erotycznych w zamian za zaliczenie :)

      Usuń
    3. Widzisz, jaka niesprawiedliwość... ;)

      Usuń
  4. Find the best casino to play slots? - DrmCD
    Discover the best and newest casino sites with 충청북도 출장샵 a $100 welcome bonus. 부산광역 출장마사지 Use bonus 아산 출장안마 code FREECREDIT to get access to 영주 출장안마 exclusive online 충청남도 출장안마 casino

    OdpowiedzUsuń