Prawa autorskie

Wszystkie teksty publikowane na tym blogu są mojego autorstwa. Jeśli jest inaczej, wtedy zaznaczam, że jest to cytat. Kopiowanie i rozpowszechnianie treści tej witryny bez mojej zgody jest niezgodne z prawem.

[Dz.U. z 1994 r. nr24, poz. 83]

wtorek, 1 stycznia 2013

Po nowemu

    Jeśli widzisz ten post, Drogi Czytelniku, to znaczy, że szczęśliwie udało Ci się odebrać moje zaproszenie, z czego się naprawdę bardzo cieszę. Mam nadzieję, że te drobne niedogodności - czyli konieczność logowania się - nie spowodują, że będziesz tu zaglądać rzadziej. Poza tym, że blog musiał stać się prywatny, to przecież nic się nie zmieniło. Smok został Smokiem, Zoo stoi, jak stało, a małpki nie zmądrzały... :)
    W kwestii technicznej: wiem, że nie ma żadnego problemu z tymi z Was, którzy wysłali mi adres mailowy z platformy gmail. Co do pozostałych, to z opisu wynika, że będą się musieli tam zarejestrować, choć nie wiem, jak to rzeczywiście wygląda w praktyce. W razie trudności piszcie do mnie, to postaramy się coś wymyślić. Przepraszam za ewentualne problemy, ale nigdy nie miałam zahasłowanego bloga i dopiero uczę się, jak to wszystko funkcjonuje. Myślę, że pierwszy tydzień będzie trochę wariacki, a potem wszyscy przywykniemy.
    Rozważam też wprowadzenie jednego dnia w tygodniu "otwartego dla publiczności", czyli takiego, w którym wyłączałabym opcję uprywatnienia witryny. Wstępnie mam pomysł, by była to niedziela. Tego dnia na blog można by zaglądać na starych zasadach, czyli bez logowania. Byłoby to jakieś wyjście dla tych z Was, którzy nie odnajdą się w nowych zasadach [choć mam mimo wszystko nadzieję, że jakoś to jednak będzie, kiedy się przyzwyczaimy...], a także możliwość, byście np. mogli pokazać bloga swoim znajomym. Jak już pisałam, wcale nie zależy mi na odcięciu się od świata, bo w końcu po to zamieszczam te moje wypociny, by ludzie je czytali. Gdyby nie względy bezpieczeństwa wolałabym dalej mieć bloga publicznego - ale jest jak jest i trudno.

    A tymczasem - cieszę się ostatnim dniem wolnego. Urządziliśmy sobie z Hipkiem w Noc Sylwestrową maraton z "Władcą Pierścieni" [zasnęliśmy w połowie ostatniej części, więc zaraz nadrobimy stratę] i pooglądaliśmy przez okno sztuczne ognie. Rano wstaliśmy, zrobiliśmy noworoczne sprzątanie Pomarańczowej Pieczary, a teraz to już będziemy się tylko i wyłącznie obijać. Cicho, spokojnie, sielsko i anielsko.
    A co... Przecież nie ma obowiązku imprezowania - choć jak ktoś chce, to można :)

niedziela, 30 grudnia 2012

Shira

    Proszę Państwa, oto Pies :)
    A raczej "Pieska" - wspominana już w poprzednim poście sunia mojego Taty. Shira jest mieszanką owczarka niemieckiego i huskiego, przy czym po tym drugim odziedziczyła głównie oczy. Tak, Moi Drodzy, to nie jest żadne przekłamanie aparatu fotograficznego - jej ślepia są bardzo niebieskie i robi to niesamowite wrażenie. Nawet obcy ludzie zwracają na to uwagę podczas spaceru: "Ojej, jakie ma niesamowite oczy!".
    Przez tę nietypową cechę Shira sprawia dość groźne wrażenie, ale zapewniam Was, że to tylko pozory. Nie zrobi krzywdy nikomu, kogo Tata sam zaprosi na teren posesji - a jeśli widzi, że ktoś jest częściej i "należy do stada", to będzie przy każdej okazji trącała delikwenta pyskiem domagając się głaskania. Wyjątkiem jest jej podejście do małych, futerkowych zwierzątek - jeśli w jej pobliżu pojawi się lis, zając, kuna [czy niestety - kot], to zwycięża instynkt łowny... Poza tą jedną wadą jest bardzo posłuszna, kochana i ma niezaprzeczalny urok osobisty. Zresztą - to akurat możecie ocenić sami:





czwartek, 27 grudnia 2012

Lista czytelnicza

    "Po pierwsze primo" pragnę donieść, że z okiem już w porządku. Szybka interwencja na szczęście okazała się skuteczna - w sumie 6 dni leczenia i spokój. Pozostaje tylko pytanie, na jak długo...
    "Po drugie primo" zaglądam do Was w przerwie rozjazdów świątecznych. Wróciliśmy dziś wczesnym popołudniem od Seniorki, a jutro wybieramy się do mojego Taty, gdzie zabawimy pewnie do niedzieli. Tym razem jednak Jej Wysokość zostaje w Pomarańczowej Pieczarze. Biedactwo ma już dość wrażeń - od przyjazdu śpi na swoim ukochanym ręczniczku rozłożonym na kaloryferze i zdaje się nie ma siły, która w tym momencie mogłaby ją stamtąd wywabić. Trafił mi się kot-domator, który najlepiej czuje się na własnych śmieciach. Nie to jest jednak głównym powodem dla którego Pumisko absolutnie nie może jutro z nami pojechać. Trzeba Wam wiedzieć, że mój Tata trzyma w swoim obejściu "Niezwykle Groźnego Psa-Mordercę", będącego mieszanką psa huskiego i owczarka niemieckiego. Cudzysłów był konieczny, gdyż bydlątko wygląda groźnie... ale na tym cały strach się kończy. Shira - bo tak się ów potwór zwie - to chyba najbardziej posłuszna i kochana sunia, jaką w życiu spotkałam, która mogłaby godzinami leżeć na pleckach i domagać się drapania po brzuszku. Jest łagodnym olbrzymem w stosunku do ludzi, ale niestety jeśli chodzi o inne zwierzęta, to już tej pobłażliwości nie ma. Nie stanowi dla niej problemu zagryzienie lisa czy innego zająca, a zatem Puma z pewnością nie byłaby przy niej bezpieczna. I tak to Jej Wysokość zostanie tym razem sama na gospodarstwie, a żeby jej nie było całkiem nudno, to w sobotę wpadnie tu mój były uczeń [spokojnie, żadna z małpek - pastwiłam się nad nim jeszcze pracując w liceum] w celu dosypania kotu żarcia oraz podrapania za uchem. Zresztą, odnoszę nieodparte wrażenie, że po stresie związanym z wizytą u Seniorki, to takie kilka dni ciszy i spokoju w pustym mieszkaniu dobrze jej zrobi.

    Na koniec tego krótkiego posta [bo mimo wszystko nie chcę nadwyrężać oka] chcę - w związku ze zbliżającą się godziną ZERO - zamieścić listę osób, od których jak do tej pory otrzymałam adresy mailowe. Będzie to dla nich potwierdzenie, że wszystko jest w porządku i że jak tylko nastąpi moment uprywatnienia bloga, to zaraz otrzymają ode mnie zaproszenie. Z góry mówię, że w spisie pomijam adresy osób, które znają mnie prywatnie [czyli rodzinę, przyjaciół i kolegów]. Ta grupa Czytelników dostanie zaproszenie w pierwszej kolejności, bo ich maile mam na 100% i tu nie będzie żadnego problemu z dotarciem do zainteresowanych. O kontakt proszę przede wszystkim tych z Was, którzy śledzą mojego bloga, ale się tu nie udzielają [czyli nie komentują], albo robią to sporadycznie - te osoby mogę bowiem przeoczyć.
    W tym miejscu dziękuję też za wszystkie miłe słowa, które do mnie skierowaliście w mailach. Cieszę się, jeśli komuś przydają się moje doświadczenia, choć bynajmniej nie uważam się za żadnego "eksperta od ciężkich przypadków" [to cytat z jednego z maili :)]. Jestem normalną młodą kobietą, która nie skończyła resocjalizacji, a jedynie polonistykę nauczycielską, jedyne więc co mogę robić, to postępować zgodnie z tym, co mi podpowiada instynkt samozachowawczy z domieszką empatii i inteligencji emocjonalnej. Raz mi wychodzi, a raz nie - czego dowody sami znajdujecie między wierszami. Wykonuję swoją pracę tak dobrze, jak potrafię, a że przy okazji sprawia mi to sporo satysfakcji, to już inna bajka.
    No dobra Dragonka, nie przesadzaj z długością dygresji :) Oto zatem lista osób, które wysłały do mnie maile i które na pewno dostaną zaproszenie. Jeśli nie ma Cię, Drogi Czytelniku, w poniższym spisie, a chciałbyś się w nim znaleźć - to napisz do Smoka [ajwar@interia.eu]. Mam nadzieję, że również moi wierni Czytelnicy zza granicy [ależ mi się rymuje, hie, hie, hie...] nie zapomną się do mnie odezwać...

- Dorota B., która również uczy w szkole podobnej do mojej
- Ata, koleżanka po fachu
- Magda C., aktualnie przedszkolanka
- Królowa Matka [od Bandy Czworga :)]
- Andrzej z Holandii
- Pawcio [który pochodzi z tego samego miasta, co ja]
- Ela, która jest świeżą czytelniczką i mam nadzieję, że zostanie ze mną na dłużej
- Jaga, czyli Małgorzata [którą gorąco zachęcam do komentowania - opcję "Anonim" można podpisać pod tekstem, a to już w zupełności wystarczy]
- Cytrynka, której bardzo dziękuję za przepis na ratowanie gardła
- Almare, czyli Hannah
- Katarzyna M.B, matka dzieci w wieku gimnazjalnym i właścicielka imponującej miaucząco-szczekającej menażerii :)
- Krzysztof P. - ten z gitarą :)
- Bożena, też koleżanka po fachu, która pociesza się, że jej gimnazjum nie jest jeszcze takie złe w porównaniu do Zoo...
- Marta Cz. - licealistka, która nie komentuje, ale śledzi losy małpek i zachwyca się Jej Wysokością
- Synafia, mój ulubiony filolog klasyczny :)
- Alpha Centauri (szkoda, że mnie częściej nie komentujesz, bo lubię z Tobą dyskutować)
- Marta, Polka z Dubaju [link do jej bloga obok]
- Judyta, czyli kobieta o żelaznym charakterze i wielkim sercu
- Ola Sz, która "zdradziła" polonistykę dla medycyny :)

wtorek, 25 grudnia 2012

Erozja świąteczna

    Święta mam niestety pod hasłem nawrotu erozji rogówki. No cóż, pani doktor ostrzegała, że to cholerstwo lubi nawracać - i w moim przypadku się nie pomyliła. Może i nie dbałam o to oko wystarczająco sumiennie, ale to musiałabym:
- wygonić Jej Wysokość z naszego stadnego legowiska [bo z pewnością sierść na poduszce ma właściwości podrażniające...], czego absolutnie nie mam ochoty robić,
- ograniczyć przesiadywanie przed laptopem [też czarno to widzę...],
- nic nie pisać na tablicy w Zoo, a już na pewno jej nie ścierać [pyły z kredy!], co jest absolutnie niewykonalne. Że niby mam od tego dyżurnych? Tjaa... Jjjasne, powiedzcie to małpkom, życzę powodzenia.

    Tak czy siak, erozja mi się odnowiła. W środę 19 grudnia było to jeszcze uwieranie i uczucie piasku za powieką, a potem z dnia na dzień już tylko gorzej. Od piątku Hipek został zatrudniony do przeprowadzania "operacji na otwartym oku", tzn. zapuszczaniu trzy razy dziennie kropli i maści, które mi zostały z poprzedniego razu. No i powoli przechodzi, choć do ideału to jeszcze daleko. Najgorsza była sobota - permanentne uczucie wbijania się w gałkę oczną wiercącego się szpikulca. Niezależnie od tego, czy oko jest otwarte, czy zamknięte, to ból jest koszmarny. W dodatku na tym etapie lekarstwa  - które przyspieszają gojenie - nie przynoszą żadnej ulgi, bo dopóki na rogówce jest rana, to krople powodują niemiłosierne pieczenie. Oko bez przerwy boli i łzawi, więc w sobotę wieczorem ślep miałam już tak opuchnięty, że ledwo go otwierałam.
    Teraz jest już trochę lepiej, a przynajmniej na tyle, że jestem w stanie skupić wzrok na czymś przez dłuższą chwilę - a zatem napisać dla Was krótkiego posta. Siedzimy sobie zatem u Seniorki i obżeramy się, jak na święta przystało. Jej Wysokość rzecz jasna przyjechała z nami, bo przecież nie zostawiłabym jej samej w Pomarańczowej Jaskini na Wigilię... Trzeba przyznać, że jest wyjątkowo grzeczna, jeśli nie liczyć zapierniczenia kawałka rozmrażającej się miruny, przeznaczonej na rybę po grecku.
    Na zakończenie mam dla Was zdjęcie świątecznej szopki. Decyzję, czy zwierzątka [Smok, Hipek i Kot] występują tu jako bydlątka u żłóbka, czy jest to specyficzna wersja pokłonu Trzech Króli - pozostawiam Wam.
    Najlepszego - i przypominam o zbliżającej się godzinie zamknięcia bloga. Czekam na Wasze adresy mailowe :)


środa, 19 grudnia 2012

Jedynki, enkaele i "czasoumilacz"

    Koniec półrocza - i tradycyjnie zaczynają się ciekawe wymiany zdań z małpkami-leserkami:

KRZYŚ [patrz post: "Zoo News"]: Psze pani, co mam zrobić, żeby mieć dopa na półrocze?
JA: Nic.
KRZYŚ [lekko zbaraniały]: Jak to nic?
JA: Normalnie. Już nic nie możesz zrobić.
KRZYŚ [z wyraźną pretensją w głosie]: Ale przecież pani w dzienniku wpisała ołówkiem, że mam ndst/dop!
JA. No właśnie. I podjęłam decyzję, że jednak będzie niedostateczny.

    Bo niby czemu mam dawać "ostatnią szansę" delikwentowi, którego jedynym celem na lekcjach przez cały semestr było kombinowanie, co zrobić, aby się nie narobić? Tym bardziej, jeśli z ocen wypada mu ta jedynka, jak w pysk strzelił?

   Albo inna sytuacja, tym razem z zawodówki. Pojawiła mi się dziś na zajęciach Krysia, którą wcześniej widziałam u mnie może ze cztery razy. Siadła sobie cichutko, zeszyt wyjęła, całą godzinę notowała bez protestów [a akurat miała pecha, bo dużo pisania było]. Po skończonej lekcji podeszła do mnie do biurka i stwierdziła, że przyniosła mi zeszyt do sprawdzenia.

JA [przeglądając zeszyt z krytyczną miną]: Rzeczywiście, wygląda na ładny, staranny, większość tematów jest... Mogę ci go sprawdzić, ale i tak będziesz miała enkaela.
KRYSIA: Że jak?!
JA: Prawie w ogóle nie chodziłaś na polski, nie ma więc takiej możliwości, abym cię klasyfikowała.
KRYSIA [podnosząc głos z wyraźną irytacją]: K***, to dopiero teraz pani to mówi? To po co ja siedziałam tu całą lekcję i się męczyłam?!
JA [cichutko i słodko]: A pytałaś...?
KRYSIA: Ja pier***, co za szkoła! [tu nastąpiło wyjście uczennicy z klasy połączone z trzaśnięciem drzwiami].

    Urocze, co? Małpki chyba nigdy nie przestaną mnie zaskakiwać :)

    Ale i rodzice tradycyjnie bywają nie lepsi. Jak zwykle pod koniec półrocza obdzwaniam domy [i zakłady opiekuńcze...] moich Muppetów w celu powiadomienia o wynikach klasyfikacji. I jak co roku zdarza mi się kilka wartych opisania sytuacji.
    Na nominację do tytułu "Szczerość Roku" z pewnością zasługuje matka Alicji - skądinąd całkiem fajnej i niegłupiej dziewczyny, która trafiła do nas ze względu na wagary i powtarzanie drugi rok tej samej klasy. Dzwonię, przedstawiam się i wygłaszam tradycyjną formułkę, że koniec półrocza i że muszę powiadomić o wynikach latorośli. Mój potok urzędniczych słów został jednak przerwany:

MATKA: Tak, tak, dobrze, że pani dzwoni, bo ja i tak miałam się wybrać do szkoły.
JA: O?
MATKA: No bo kuratorka mnie nachodzi i muszę mieć pani podpis, że się ze szkołą kontaktuję... To kiedy można do pani przyjechać...?

    No cóż, przynajmniej kobieta fałszywie nie udaje, że jest zainteresowana córką - tylko otwarcie przyznaje, że musi zgłosić się do mnie, bo inaczej będzie miała nieprzyjemności w sądzie...
    Ubaw mam za to, kiedy dzwonię na numer komórkowy i w oczekiwaniu na podniesienie słuchawki włącza się "czasoumilacz", czyli wybrana przez abonenta melodyjka. Jeśli myślicie, że dzwoniąc do dorosłego człowieka [mającego rodzinę i dzieci na wychowaniu] raczej nie usłyszymy niczego zabawnego, to jesteście w błędzie. W większości przypadków rodzice wybierają "ever-greeny", czyli piosenki zawsze popularne i dobrze znane z radia - ale dziś natknęłam się u jednej z mamuś na prosty, przaśny przebój disco-polo. Typowa melodia na trzech nutach puszczona z syntezatora, ale najlepszy z tego i tak był tekst, który cytuję z pamięci:

Baju-baj, baju-baj: jesteś dla mnie naj,
Baju-baj, baju-baj: tylko siebie mi daj,
Baju baj, zobaczymy dziś raj...

    Matka nie odebrała telefonu, ale szczerze mówiąc to i dobrze - dostałam bowiem niepohamowanego ataku śmiechu...

poniedziałek, 17 grudnia 2012

Puma przypomina o głosowaniu

    Jej Wysokość drapie do Was łapką w monitor i delikatnym, aczkolwiek nie znoszącym sprzeciwu miaukiem przypomina, że od dziś do środy [tj. do 20 grudnia] trwa głosowanie w konkursie na najpiękniejszego Kota w Oknie, zorganizowanym przez Klub Kota Jasna 8.
    Co zatem robimy?
 
    1) Klikamy w ten link:


    2) Na liście poniżej zdjęć odnajdujemy Pumę z nr startowym 11, zaznaczamy krateczkę koło niej i klikamy GŁOSUJ.

   3) Mówimy wszystkim "krewnym i znajomym królika", żeby też zagłosowali na Jej Wysokość :)

   4) Trzymamy mocno kciuki aż do środy do godziny 20:00.

    Dla przypomnienia - a także, żeby nikt nie miał wątpliwości, że Pumie wygrana się należy :) - przypominam, jak pięknie się ta dama prezentuje na parapecie:


sobota, 15 grudnia 2012

UWAGA! ZMIANY!

    Moi Drodzy Czytelnicy!

    Ze względów - nazwijmy to - bezpieczeństwa będę zmuszona zmienić charakter tego bloga na PRYWATNY. Oznacza to, że czytać go będą mogły tylko zaproszone przeze mnie osoby, którym podam hasło. Z ręką [a raczej szponem - jako żem Smok...] na sercu wolałabym tego nie robić, ale rzeczywistość mnie do tego zmusza - i tu ukłony w stronę Seniorki, która mi to uświadomiła.

    Godzinę "ZERO" wyznaczam na Nowy Rok - czyli dokładnie z dniem 1 stycznia 2013 roku "Smocze Opowieści" staną się blogiem prywatnym. W związku z tym wszystkich moich stałych Czytelników, którzy w dalszym ciągu są zainteresowani śledzeniem losów Zoo i uczącej tam Smoczycy, proszę o kontakt mailowy na adres:

ajwar@interia.eu

    W mailu bardzo proszę o kilka informacji, które pozwolą mi Was skojarzyć - np. imię [lub pseudonim, którym podpisywaliście swoje komentarze], skąd jesteście, jak trafiliście na mojego bloga etc. Przepraszam z góry za te środki bezpieczeństwa, ale takie czasy, że trzeba się chronić przed wszelkiej maści trollami i szkodnikami :) Mam nadzieję, że mi to wybaczycie...

czwartek, 13 grudnia 2012

Hammurabi wiecznie żywy

    Grześ z 1B, czyli Smrodek, po ostatnich numerach się jednak lekko uspokoił. Co prawda w tym półroczu nie na wiele mu się to już przyda, bo zdążył sobie wystarczająco nagrabić, by jego wychowawczyni Marzenka wystawiła mu na ocenę naganną z zachowania - czyli najniższą możliwą. To się na pewno sądowi nie spodoba, ale cóż zrobić...
    Faktem jest jednak, że chłopak od jakiegoś tygodnia wszedł w - jak ja to nazywam - fazę rozczulającą, czyli jest biednym, małym, potulnym Grzesiem, który klei się do dorosłych, niczym Dragonka do wystawy cukierni :) Jest miły, grzeczny, nosi wszystkie zeszyty, zgłasza się i notuje. Całokształtu dopełnia jego nowy image - paraduje po szkole w schludnej koszuli z kołnierzykiem, starannie zapiętej pod szyję i wpuszczonej w spodnie. Wygląda w niej jak wzorowy, piątkowy uczeń. Kiedy pochwaliłam go za strój na lekcji - "Grzesiu, jak ci ładnie w tej koszuli! Bardzo ci do twarzy, wyglądasz jak prawdziwy facet!" - to bąknął, że dostał takie trzy na Mikołaja, ale był wyraźnie zadowolony. A na przerwie podleciał do Marzenki z prośbą, by mu pozapinała guziki przy mankietach, co jego wychowawczynię totalnie rozczuliło. Nota bene, faktycznie musiał go odwiedzić Mikołaj [a może rodzina dostała paczkę z MOPS-u?], bo widziałam dziś, jak oprócz zeszytów wyjął na ławkę nowiutki piórnik z wyposażeniem. Wiecie, taki, jakie kupuje się pierwszoklasistom - czyli z kredkami, mazakami, kolorową gumką do ścierania i linijką. Grześ niby udaje, że to nic takiego, ale widać, że piórnik sprawia mu olbrzymią radochę. Notowanie w zeszycie zajmuje mu dwa razy więcej czasu, bo przecież musi wszystko ładnie wykaligrafować nowym piórem kulkowym, temat podkreślić na kolorowo, a tabelka w zeszycie nie może być już zrobiona od ręki, skoro ma się do dyspozycji nowiutką linijkę... No cóż, mam małą próbkę tego, jak się pracuje w podstawówce :)

    Skoro jesteśmy przy klasie 1B, to udało mi się dziś przeprowadzić u nich całkiem fajną lekcję. Jest to w dużej mierze zasługa tematu, omawialiśmy bowiem fragmenty Kodeksu Hammurabiego [mamy aktualnie blok tematyczny poświęcony różnym tekstom prawodawczym] - zagadnienie ciekawe samo w sobie. Chłopcy dostali Karty Pracy, na których były wypisane różne "casusy prawne" [czyli opisy przewinień], a ich zadaniem było uzupełnić, jaką karę przewidywał Hammurabi za dane przestępstwo. Lekcja im się wyraźnie podobała, a poznaję to po tym, że zadawali mnóstwo pytań związanych z tematem i widać było, że naprawdę chcą zrozumieć, o co chodzi.

JA: [cytując fragment tekstu] Jeśli obywatel wybił oko obywatela, należy wybić jego oko...
PATRYK: Czyli na przykład gdybym się z Panią pobił i Pani złamał rękę, a Pani by mi wybiła ząb, to sąd mnie by złamał rękę, a Pani wybił zęba?
JA: Gdybyśmy żyli w Babilonie - to prawdopodobnie tak by właśnie było. [bo już nie wdawałam się w szczegóły, że jako kobieta nie byłabym uznana za pełnoprawną obywatelkę...]

JA: Jeśli udowodniono komuś kradzież, to musiał zapłacić 30-krotną wartość przedmiotu. Czyli dajmy na to, że ukradłabym Wojtkowi jego zeszyt do polskiego. Zeszyt kosztował złotówkę, więc musiałabym oddać 30 złotych.
WOJTEK: [podsuwając mi ochoczo zeszyt] A to niech se pani bierze...

JA: Jeśli obywatel wybił oko niewolnika obywatela, to zapłaci połowę ceny jego kupna...
MARIUSZ: To nie wybiją mu tak samo oka?
JA: Niewolnicy byli traktowani tak, jak sprzęty domowe.
MARIUSZ: [dalej nie rozumiejąc] Czyli co...?
JA: Wyobraź sobie, że przyszedł do ciebie kolega i zepsuł ci toster. Sąd nie wybije mu za to oka, ale każe zwrócić za naprawę. Miałeś dobry toster - a teraz jest popsuty i przypala grzanki. Tak samo myśleli w Babilonie: miałem sprawnego niewolnika, a teraz nie widzi na jedno oko i przez to gorzej pracuje.

JA: Jeśli syn uderzył ojca, utną mu jego rękę.
GRZEŚ: A co, jeśli to ojciec uderzył syna?
JA: No niestety, ojcu było wolno. Dziećmi się wtedy nikt nie przejmował.
GRZEŚ: Eee... To poje*** to prawo...


   I trudno się ze Smrodkiem nie zgodzić...

wtorek, 11 grudnia 2012

Konkurs: Kot w oknie

    Klub Kota Jasna 8 co miesiąc organizuje rozmaite konkursy dotyczące fotografii futrzastych miaukaczy. Wraz z Pumą doszłyśmy do wniosku, że tym razem nie może zabraknąć udziału Jej Wysokości.
    Grudniowy temat to Kot w oknie. Zabawa polega na głosowaniu na wybrane przez siebie zdjęcie kota, który bierze udział w konkursie. Puma prezentuje się następująco:



    Jest to oczywiście jej ulubione letnie miejsce do wygrzewania się - szeroki parapet zabezpieczony siatką, żeby miaukacz nie wypadł.
    Obie z Jej Wysokością uniżenie prosimy wszystkich życzliwych nam Czytelników o oddanie głosu - zabawa trwa od 17 do 20 grudnia do godziny 20:00. Głosować na Pumisko można pod tym adresem:




poniedziałek, 10 grudnia 2012

Zoo News

    Wystarczyło kilka dni z mrozami poniżej 10 stopni, by ogrzewanie w Zoo przestało spełniać swoją funkcję. Panie i panowie, dziś w pokoju nauczycielskim było tylko 12 na plusie - a zgodnie z przepisami BHP, jeśli temperatura w szkolnych pomieszczeniach spada poniżej 18, to należy zawiesić zajęcia. Tjaaa... Gdyby jednak nasza dyrekcja chciała się do tego stosować, to Zoo nie nadawałoby się do użytku od połowy listopada do marca. W każdym razie od jutra nie rozstaję się w pracy z moim ukochanym, grubiutkim, bordowym polarem.

    Z nowości - tydzień temu przybyło mi kolejne Muppeciątko. Z poprzedniej szkoły wyrzucili go za kiepskie oceny i wagary, zresztą, chłopak ma 17 lat, znakiem czego dwa lata opóźnienia [skoro jest w trzeciej gimnazjum]. Co natomiast warte podkreślenia, Mikołaj jak do tej pory nie dorobił się ani kuratora, ani bogatej kartoteki, a to oznacza, że mogą być jeszcze z niego ludzie. Jego aktualny adres zamieszkania to pogotowie opiekuńcze, gdzie przebywa... na wniosek rodziców! Prosili, ostrzegali, ale ponieważ syn nie potrafił podporządkować się zasadom po dobroci, to załatwili mu miejsce w placówce i osobiście odwieźli. Nota bene starszy brat Mikołaja jest policjantem :) [mam nadzieję, że ta informacja nie trafi do innych małpek, bo chłopak nie miałby u nas życia]. Cóż, pozostaje mieć nadzieję, że mojemu nowemu wychowankowi taka lekcja wystarczy do opamiętania się - i że rodzicom za kilka lat za to podziękuje.

    Mam za to problem z innym Muppetem, Krzysiem, który wyrasta na godnego następcę osławionego Dawidka. Trafił do nas na wiosnę z jedynkami od góry do dołu, ale jakoś go przepchnęliśmy do trzeciej klasy, bo sprawiał wrażenie nierozgarniętej intelektualnie sieroty, ale w sumie niegroźnej. Nie wiem, czy tak skutecznie grał, czy naprawdę był wówczas aż tak pogubiony jako świeżo upieczony podopieczny pogotowia opiekuńczego [zresztą, tego samego, w którym teraz przebywa Mikołaj]. Rodzice Krzyśka mają ograniczone prawa rodzicielskie [alkohol, bieda, przemoc - czyli standard...], trafił więc tam w oczekiwaniu na miejsce w Domu Dziecka. Problemy z chłopakiem zaczęły się w tym roku szkolnym na jesieni, kiedy wreszcie trafił do docelowej placówki wychowawczej. Mówiąc wprost bardzo mu się tam nie podoba, więc postanowił dać popalić wszystkim dookoła - i w Domu Dziecka, i u nas. Repertuar klasyczny - niepowstrzymane potoki wulgaryzmów, olewanie poleceń, reagowanie agresją na każdą zwracaną uwagę, pyskowanie do nauczycieli, słuchanie muzyki na lekcjach [i to wcale niekoniecznie przez słuchawki]. Wszystko wskazuje poza tym na to, że Krzyś do tego ma lepkie ręce: z naszej sali zginęła skórzana damska spacerowa torebka, która wisiała tam jako dekoracja od dobrych dziesięciu lat i nikt się nią nawet nie interesował.Nie ma mu niestety jak tego udowodnić [brak monitoringu w salach, a szkoda...], ale różne poszlaki właśnie na niego wskazują. Najbardziej jednak mnie - jako wychowawcę - wkurza oczywiście, że zachowanie Krzysztofa ma demoralizujący wpływ na resztę moich Muppetów. Mając takiego smroda w klasie i oni siłą rzeczy pozwalają sobie na więcej, a w wymiarze doraźnym korzystają na tym, że ktoś rozwala lekcje. A ja nie po to przecież męczyłam się wprowadzając krok po kroku w tej klasie jako takie normy, by teraz mi to wszystko rozpierniczył jakiś gnojek.
    Z Krzysiem rzecz jasna próbowaliśmy rozmawiać - najpierw ja, potem Pedagożyca, a ostatnio wylądował na dywaniku u Wiceszefowej. Nic to jednak nie daje, bo po 2-3 dniach spokoju Krzyś znowu się rozkręca. Nie umie - albo nie chce - podporządkować się elementarnym zasadom społecznym. Byłam dziś w tej sprawie u Wice i doszłyśmy do wniosku, że pół roku [czyli do końca trzeciej klasy gimnazjum] to zbyt dużo czasu, by tolerować takie zachowanie i że przez te miesiące chłopak narobi nam zbyt dużo syfu. Uruchamiamy więc "procedurę eksterminacyjną", która ma na celu załatwienie Krzyśkowi biletu do MOW-u w jedną stronę. A ponieważ wiem, że jego Dom Dziecka też sobie z nim nie radzi i że też o niczym innym nie marzą, jak tylko o pozbyciu się go, to sprawa powinna się udać. Wiceszefowa stwierdziła, że osobiście przejdzie się na najbliższą rozprawę chłopaka i jako dyrektor odpowiednio wyłuszczy sądowi, co to za jeden. A wierzcie mi, ona potrafi być bardzo przekonująca i sugestywna...
    No oby oby - i to jak najszybciej. 24 uwagi negatywne od września, ukradziona torebka i znerwicowana Marzenka-historyczka, ilekroć ma z moją klasą zajęcia [bo ją sobie Krzysiu szczególnie "upodobał"] to zdecydowanie za dużo jak na Smoczą cierpliwość.