http://wyborcza.pl/1,75478,11200927,Zeby_nauczyciel_nie_bal_sie_ucznia.html
czytaj tutaj
czytaj tutaj
Przede wszystkim muszę stwierdzić, że po 1,5 roku pracy w szkole dla trudnej młodzieży niestety nie znalazłam w tym tekście nic ani zaskakującego, ani bulwersującego. Kto uważnie i regularnie śledzi mój blog ten wie, że podobne chamskie zachowania jak te opisane w artykule, są u nas na porządku dziennym. Myślę, że paradoksalnie ja i reszta Grona Pedagogicznego jesteśmy w związku z tym w lepszej sytuacji, niż przeciętny belfer uczący w tzw. normalnym gimnazjum. Dlaczego? Nam po prostu nie opada szczęka do kolan, kiedy spotykamy się z wulgarnymi odzywkami [bo słyszeliśmy już gorsze rzeczy], wiemy doskonale, że nie należy przynosić ze sobą na zajęcia żadnych napojów [chyba, że w zakręcanej butelce, którą trzymamy w torbie albo zamykanym biurku], a klucz od sali odruchowo chowamy do kieszeni [bo inaczej "zniknie"]. Wiemy, że dzieciaki po drugiej stronie biurka są zaburzone emocjonalnie, po ciężkich przeżyciach, a większość z nich ma kuratora albo postępowanie karne w toku. Zdajemy sobie sprawę, że przemoc jest nieodłącznym składnikiem ich codziennego życia, a zatem naprawdę nie ma żadnego powodu, by w szkole wyzbyły się jej na te kilka godzin. My, nauczyciele, jesteśmy zatem - przynajmniej w teorii - psychicznie nastawieni na to, że w każdej chwili możemy spodziewać się niewybrednego ataku w naszą stronę, na który trzeba będzie zareagować.
A jak zareagować? Dobre pytanie... Przywołany przeze mnie artykuł mówi o uruchomieniu specjalnej komórki interwencyjnej, która będzie między innymi prowadziła szkolenia dla nauczycieli pokazujące im, jak sobie radzić z agresją i przemocą w szkole. Jakie mam zdanie na ten temat? No cóż, warto od czegoś zacząć, choć bardzo wygląda mi to na typowe ministerialne myślenie na skróty: aha, to my teraz wyślemy belfrów na szkolenia, nauczymy, potem może jeszcze jakiś im egzamin przeprowadzimy, statystykami się pochwalimy [bo w końcu "tylu-a-tylu" pedagogów wyszkoliliśmy...] i wszystko będzie pięknie. A jeśli mimo wszystko coś pójdzie nie tak i nauczyciel po takim szkoleniu dalej nie będzie sobie radził z dzieciarnią, to znaczy, że jest dupa i powinien zmienić zawód. No bo jak to tak? Przecież był na szkoleniu, więc o co chodzi?
Nie zrozumcie mnie źle - nie jestem przeciwna tego typu kształceniu. Sama jeszcze w czasie studiów ukończyłam większy warsztat pt. "Jak sobie radzić z agresją i przemocą w szkole" oraz później szereg mniejszych, kilkugodzinnych szkoleń w ramach podnoszenia kwalifikacji zawodowych. Jeszcze nim obroniłam magistra i wylądowałam najpierw w zwyczajnym liceum, mogłam bez zająknięcia wyrecytować, czym różni się agresja od przemocy, jakie są typowe zachowania sprawcy, ofiary i świadka, jakie przeżywają emocje, jak z nimi rozmawiać. Mogłoby się więc wydawać, że byłam świetnie przygotowana do tego, co mnie spotkało w Zoo. I co? Jeśli cofniecie się do początkowych wpisów na tym blogu, wyczytacie, jak bardzo byłam przerażona tym, co zobaczyłam i usłyszałam, jak często czułam się bezradna, sfrustrowana - albo najzwyczajniej w świecie bałam się o własne bezpieczeństwo.
Co z tego, że świetnie opanuje się teorię? W warunkach lekcyjnych na reakcję masz sekundę, nie ma czasu na analizowanie, zastanawianie się, co uczeń chce ci powiedzieć swoim zachowaniem, jakie potrzeby sobie w ten sposób zaspokaja. Mało tego - sam przecież nie jesteś cyborgiem i nie ma co się oszukiwać, jego wulgarność i chamstwo uderza w ciebie bezpośrednio, dotyka cię, a zatem i u ciebie pojawiają się trudne emocje, nad którymi w sekundę musisz zapanować dla własnego dobra. Raz ci się to uda, a raz nie... Do czego zmierzam? Fajnie mieć wiedzę, ale w kryzysowej sytuacji albo umiesz się odnaleźć, albo nie - i kropka. Co zabawniejsze - nie łudź się, że nawet jeśli właściwie zareagujesz dziewięć razy, to uda ci się to również po raz dziesiąty. Albo że reakcja, która sprawdziła się w przypadku Jasia, da tak samo dobry rezultat w przypadku Stasia. Można powiedzieć, że zachowanie ucznia to nie równanie matematyczne - albo takie równanie, w którym występuje zbyt dużo zmiennych mających wpływ na ostateczny wynik. Tu nie ma nic stałego, powtarzalnego. Mówiąc brutalnie i wprost, na świry nie ma sposobu, chyba, że się jest jednym z nich.
No dobra, Dragonka-Mądralo, to zamiast wytykać niedoskonałości szkoleń i pokazywać, że w ostatecznym rozrachunku to wszystko i tak nie ma sensu, powiedz lepiej, jaki ty masz pomysł na okiełznanie tego całego szkolnego burdelu? Jakoś to się przecież musi toczyć, skoro to całe twoje Zoo jeszcze nie wyleciało w powietrze?
Tjaa... Myślę, że najlepsze, co można zrobić dla nauczycieli, to zapewnić im maksymalnie bezpieczne warunki do wykonywania zawodu. Muszą czuć się bezpiecznie zarówno fizycznie, jak i psychicznie. Co mam na myśli? Dobrze, jeśli w szkole jest sprawnie działająca ochrona, pilnująca, by nikt obcy nie pałętał się po budynku, świetnie, jeśli zainstalowany jest monitoring. Do tego rzecz jasna dołożyłabym wiedzę [tu ukłon w stronę szkoleń] - co w ramach prawa wolno, czego nie wolno, jakie są procedury reagowania, gdy dzieje się coś złego [zakładam, że takie procedury w szkole istnieją, bo jeśli nie, to robi się dramat!]. Odwołując się do treści artykułu - wspomniano tam o prawie, które daje nauczycielom status funkcjonariusza publicznego i w związku z tym przewiduje kary za znieważenie go w związku z pełnioną funkcją. Warto, by uczniowie mieli świadomość, czym może skończyć się zbluzganie belfra, a pedagodzy KORZYSTALI z tego prawa i by nie patrzono na nich z tego tytułu jak na wariatów.
To wszystko wpływa na poczucie bezpieczeństwa fizycznego. A psychiczne? Nauczyciele w każdej placówce muszą stanowić niewzruszony, jednolity front. Trzeba przyjąć, że na takie sytuacje nie ma mocnych i że każdemu może trafić się coś, z czym sobie nie poradzi. Hasło typu: "Nie umiesz - to zmień zawód" jest najgłupszym, jakie można wtedy wygłosić, bo po pierwsze niczego nie załatwi, a po drugie jeśli sam nauczyciel poczuje, że rzeczywiście ma dosyć, to przecież i tak odejdzie prędzej czy później. W szkole musi być klimat wzajemnego zrozumienia i chęci pomocy - tak, by żaden pedagog nie ukrywał problemów w obawie, że go wyśmieją lub wywalą z roboty. Jak to wygląda w praktyce u nas w Zoo? Ano mam zapisane PRYWATNE numery komórkowe do Wice, do Pedagożycy [nie mówiąc już o zwykłym numerze do szkolnego sekretariatu] i wiem, że jeśli na lekcji sytuacja zrobi się niebezpieczna, to mam się nie wstydzić i dzwonić w sprawie interwencji. To nie jest puste gadanie - korzystałam z tego kilka razy w pierwszym semestrze pracy i nikomu korona z głowy nie spadła. Poza tym, za ścianą są przecież inne klasy, inni nauczyciele, więc jeśli u sąsiada robi się podejrzanie głośno czy uznamy, że dzieje się coś niepokojącego, to z własnej inicjatywy zaglądamy i sprawdzamy pod byle jakim pretekstem, czy nie trzeba pomóc. Nikt tego nie traktuje jako wtrącanie się - to jest troska i świadomość, że następnym razem to ja mogę potrzebować pomocy. Prosty przykład opisany w poście Wejście Smoka - zauważcie, kiedy tych dwóch uczniów zaczęło się bić, momentalnie na korytarzu "nie wiadomo, skąd" pojawili się inni nauczyciele, którzy pomogli mi w interwencji.
Na koniec chciałabym krytycznie skomentować dwie kwestie wspomniane w przywołanym artykule. Mowa jest tam o katechetce, która "zgasiła" wulgarnego ucznia czyniącego jej seksualne propozycje, odpowiadając mu w podobnym tonie. Skomentowano to tak: "Uzyskała to, co chciała, ale z wychowawczego punktu widzenia to nie sukces. Na agresję zareagowała agresją. Chłopak już jej nie podskoczy, ale będzie się zachowywał agresywnie w stosunku do innych". Hmm, moim Smoczym zdaniem w opisanej sytuacji kwestia "wychowawcza" jest zdecydowanie drugorzędna, bo jeśli skurczybyk jest na takim etapie, że bez mrugnięcia okiem mówi przy kolegach do katechetki "Zerżnę cię", to znaczy, że już ma coś pokrzywione i odcięcie się nauczycielki nie spotęguje jego agresywnego zachowania, bo ono i tak będzie, jakie było. Według mnie sposobów na zareagowanie mogło być rzecz jasna kilka, ale nie zapominajmy, że ta kobieta miała SEKUNDĘ na reakcję - i to w sytuacji, kiedy patrzą na nią inni uczniowie i tylko czekają na jej potknięcie. Uważam zatem, że poradziła sobie bardzo dobrze, koniec i kropka. Nie znaczy to, że w przypadku każdego cwaniaczka zdałoby to egzamin, ale akurat tutaj zadziałało i o to przecież chodziło. Na jej miejscu więc odpuściłabym sobie wyrzuty sumienia, kaca moralnego i analizowanie, czy mogłam postąpić inaczej. Nie, najwidoczniej W TEJ SYTUACJI nie mogłam i już. Najważniejsze, że sobie poradziłam.
Druga sprawa to rada ignorowania prowokacyjnego zachowania, którym jeden z dyrektorów kończy artykuł. Nie stoję na stanowisku, że należy zawsze i wszędzie reagować na każdą pierdołę, ale z całą pewnością wulgarne czy chamskie zachowania wymierzone w nauczyciela pierdołami już nie są. Z doświadczenia wiem, że brak reakcji nakręca ucznia i stymuluje go do jeszcze większej aktywności. Chciał przecież zwrócić na siebie uwagę, rozbić lekcję, wyprowadzić pedagoga z równowagi - skoro więc mu się to nie udało, to spróbuje czegoś innego, tym razem już bardziej hardcorowego. Powie ktoś, że dobra, ale w takim razie może ignorowanie jednak jest dobrym wyjściem, skoro celem delikwenta była nasza reakcja? Otóż uważam, że na dłuższą metę udawanie ślepego i głuchego obróci się przeciwko nauczycielowi. Reagować zdecydowanie trzeba - adekwatnie do sytuacji, konsekwentnie i bez względu na to, który z uczniów nas prowokuje. Dzieciaki muszą mieć poczucie, że to jest system, który nie działa wybiórczo, tylko niezawodnie. Akcja-reakcja, przyczyna-skutek. Czysty, bity behawioryzm.
Ależ się wymądrzam... Na dzisiaj ENTER :)
Ależ się wymądrzam... Na dzisiaj ENTER :)