Prawa autorskie

Wszystkie teksty publikowane na tym blogu są mojego autorstwa. Jeśli jest inaczej, wtedy zaznaczam, że jest to cytat. Kopiowanie i rozpowszechnianie treści tej witryny bez mojej zgody jest niezgodne z prawem.

[Dz.U. z 1994 r. nr24, poz. 83]

środa, 22 lutego 2012

Złote rady cioci Kloci

    Podczas porannej prasówki w Gazecie Wyborczej przywitał mnie następujący artykuł. Zachęcam do lektury [nie jest to długie], ponieważ w dzisiejszym poście będę się odwoływała do jego treści:

http://wyborcza.pl/1,75478,11200927,Zeby_nauczyciel_nie_bal_sie_ucznia.html
czytaj tutaj

    Przede wszystkim muszę stwierdzić, że po 1,5 roku pracy w szkole dla trudnej młodzieży niestety nie znalazłam w tym tekście nic ani zaskakującego, ani bulwersującego. Kto uważnie i regularnie śledzi mój blog ten wie, że podobne chamskie zachowania jak te opisane w artykule, są u nas na porządku dziennym. Myślę, że paradoksalnie ja i reszta Grona Pedagogicznego jesteśmy w związku z tym w lepszej sytuacji, niż przeciętny belfer uczący w tzw. normalnym gimnazjum. Dlaczego? Nam po prostu nie opada szczęka do kolan, kiedy spotykamy się z  wulgarnymi odzywkami [bo słyszeliśmy już gorsze rzeczy], wiemy doskonale, że nie należy przynosić ze sobą na zajęcia żadnych napojów [chyba, że w zakręcanej butelce, którą trzymamy w torbie albo zamykanym biurku], a klucz od sali odruchowo chowamy do kieszeni [bo inaczej "zniknie"]. Wiemy, że dzieciaki po drugiej stronie biurka są zaburzone emocjonalnie, po ciężkich przeżyciach, a większość z nich ma kuratora albo postępowanie karne w toku. Zdajemy sobie sprawę, że przemoc jest nieodłącznym składnikiem ich codziennego życia, a zatem naprawdę nie ma żadnego powodu, by w szkole wyzbyły się jej na te kilka godzin. My, nauczyciele, jesteśmy zatem - przynajmniej w teorii - psychicznie nastawieni na to, że w każdej chwili możemy spodziewać się niewybrednego ataku w naszą stronę, na który trzeba będzie zareagować.
    A jak zareagować? Dobre pytanie... Przywołany przeze mnie artykuł mówi o uruchomieniu specjalnej komórki interwencyjnej, która będzie między innymi prowadziła szkolenia dla nauczycieli pokazujące im, jak sobie radzić z agresją i przemocą w szkole. Jakie mam zdanie na ten temat? No cóż, warto od czegoś zacząć, choć bardzo wygląda mi to na typowe ministerialne myślenie na skróty: aha, to my teraz wyślemy belfrów na szkolenia, nauczymy, potem może jeszcze jakiś im egzamin przeprowadzimy, statystykami się pochwalimy [bo w końcu "tylu-a-tylu" pedagogów wyszkoliliśmy...] i wszystko będzie pięknie. A jeśli mimo wszystko coś pójdzie nie tak i nauczyciel po takim szkoleniu dalej nie będzie sobie radził z dzieciarnią, to znaczy, że jest dupa i powinien zmienić zawód. No bo jak to tak? Przecież był na szkoleniu, więc o co chodzi?
    Nie zrozumcie mnie źle - nie jestem przeciwna tego typu kształceniu. Sama jeszcze w czasie studiów ukończyłam większy warsztat pt. "Jak sobie radzić z agresją i przemocą w szkole" oraz później szereg mniejszych, kilkugodzinnych szkoleń w ramach podnoszenia kwalifikacji zawodowych. Jeszcze nim obroniłam magistra i wylądowałam najpierw w zwyczajnym liceum, mogłam bez zająknięcia wyrecytować, czym różni się agresja od przemocy, jakie są typowe zachowania sprawcy, ofiary i świadka, jakie przeżywają emocje, jak z nimi rozmawiać. Mogłoby się więc wydawać, że byłam świetnie przygotowana do tego, co mnie spotkało w Zoo. I co? Jeśli cofniecie się do początkowych wpisów na tym blogu, wyczytacie, jak bardzo byłam przerażona tym, co zobaczyłam i usłyszałam, jak często czułam się bezradna, sfrustrowana - albo najzwyczajniej w świecie bałam się o własne bezpieczeństwo. 
    Co z tego, że świetnie opanuje się teorię? W warunkach lekcyjnych na reakcję masz sekundę, nie ma czasu na analizowanie, zastanawianie się, co uczeń chce ci powiedzieć swoim zachowaniem, jakie potrzeby sobie w ten sposób zaspokaja. Mało tego - sam przecież nie jesteś cyborgiem i nie ma co się oszukiwać, jego wulgarność i chamstwo uderza w ciebie bezpośrednio, dotyka cię, a zatem i u ciebie pojawiają się trudne emocje, nad którymi w sekundę musisz zapanować dla własnego dobra. Raz ci się to uda, a raz nie... Do czego zmierzam? Fajnie mieć wiedzę, ale w kryzysowej sytuacji albo umiesz się odnaleźć, albo nie - i kropka. Co zabawniejsze - nie łudź się, że nawet jeśli właściwie zareagujesz dziewięć razy, to uda ci się to również po raz dziesiąty. Albo że reakcja, która sprawdziła się w przypadku Jasia, da tak samo dobry rezultat w przypadku Stasia. Można powiedzieć, że zachowanie ucznia to nie równanie matematyczne - albo takie równanie, w którym występuje zbyt dużo zmiennych mających wpływ na ostateczny wynik. Tu nie ma nic stałego, powtarzalnego. Mówiąc brutalnie i wprost, na świry nie ma sposobu, chyba, że się jest jednym z nich.
     No dobra, Dragonka-Mądralo, to zamiast wytykać niedoskonałości szkoleń i pokazywać, że w ostatecznym rozrachunku to wszystko i tak nie ma sensu, powiedz lepiej, jaki ty masz pomysł na okiełznanie tego całego szkolnego burdelu? Jakoś to się przecież musi toczyć, skoro to całe twoje Zoo jeszcze nie wyleciało w powietrze? 
    Tjaa... Myślę, że najlepsze, co można zrobić dla nauczycieli, to zapewnić im maksymalnie bezpieczne warunki do wykonywania zawodu. Muszą czuć się bezpiecznie zarówno fizycznie, jak i psychicznie. Co mam na myśli? Dobrze, jeśli w szkole jest sprawnie działająca ochrona, pilnująca, by nikt obcy nie pałętał się po budynku, świetnie, jeśli zainstalowany jest monitoring. Do tego rzecz jasna dołożyłabym wiedzę [tu ukłon w stronę szkoleń] - co w ramach prawa wolno, czego nie wolno, jakie są procedury reagowania, gdy dzieje się coś złego [zakładam, że takie procedury w szkole istnieją, bo jeśli nie, to robi się dramat!]. Odwołując się do treści artykułu - wspomniano tam o prawie, które daje nauczycielom status funkcjonariusza publicznego i w związku z tym przewiduje kary za znieważenie go w związku z pełnioną funkcją. Warto, by uczniowie mieli świadomość, czym może skończyć się zbluzganie belfra, a pedagodzy KORZYSTALI z tego prawa i by nie patrzono na nich z tego tytułu jak na wariatów. 
    To wszystko wpływa na poczucie bezpieczeństwa fizycznego. A psychiczne? Nauczyciele w każdej placówce muszą stanowić niewzruszony, jednolity front. Trzeba przyjąć, że na takie sytuacje nie ma mocnych i że każdemu może trafić się coś, z czym sobie nie poradzi. Hasło typu: "Nie umiesz - to zmień zawód" jest najgłupszym, jakie można wtedy wygłosić, bo po pierwsze niczego nie załatwi, a po drugie jeśli sam nauczyciel poczuje, że rzeczywiście ma dosyć, to przecież i tak odejdzie prędzej czy później. W szkole musi być klimat wzajemnego zrozumienia i chęci pomocy - tak, by żaden pedagog nie ukrywał problemów w obawie, że go wyśmieją lub wywalą z roboty. Jak to wygląda w praktyce u nas w Zoo? Ano mam zapisane PRYWATNE numery komórkowe do Wice, do Pedagożycy [nie mówiąc już o zwykłym numerze do szkolnego sekretariatu] i wiem, że jeśli na lekcji sytuacja zrobi się niebezpieczna, to mam się nie wstydzić i dzwonić w sprawie interwencji. To nie jest puste gadanie - korzystałam z tego kilka razy w pierwszym semestrze pracy i nikomu korona z głowy nie spadła. Poza tym, za ścianą są przecież inne klasy, inni nauczyciele, więc jeśli u sąsiada robi się podejrzanie głośno czy uznamy, że dzieje się coś niepokojącego, to z własnej inicjatywy zaglądamy i sprawdzamy pod byle jakim pretekstem, czy nie trzeba pomóc. Nikt tego nie traktuje jako wtrącanie się - to jest troska i świadomość, że następnym razem to ja mogę potrzebować pomocy. Prosty przykład opisany w poście Wejście Smoka - zauważcie, kiedy tych dwóch uczniów zaczęło się bić, momentalnie na korytarzu "nie wiadomo, skąd" pojawili się inni nauczyciele, którzy pomogli mi w interwencji. 
    Na koniec chciałabym krytycznie skomentować dwie kwestie wspomniane w przywołanym artykule. Mowa jest tam o katechetce, która "zgasiła" wulgarnego ucznia czyniącego jej seksualne propozycje, odpowiadając mu w podobnym tonie. Skomentowano to tak: "Uzyskała to, co chciała, ale z wychowawczego punktu widzenia to nie sukces. Na agresję zareagowała agresją. Chłopak już jej nie podskoczy, ale będzie się zachowywał agresywnie w stosunku do innych". Hmm, moim Smoczym zdaniem w opisanej sytuacji kwestia "wychowawcza" jest zdecydowanie drugorzędna, bo jeśli skurczybyk jest na takim etapie, że bez mrugnięcia okiem mówi przy kolegach do katechetki "Zerżnę cię", to znaczy, że już ma coś pokrzywione i odcięcie się nauczycielki nie spotęguje jego agresywnego zachowania, bo ono i tak będzie, jakie było. Według mnie sposobów na zareagowanie mogło być rzecz jasna kilka, ale nie zapominajmy, że ta kobieta miała SEKUNDĘ na reakcję - i to w sytuacji, kiedy patrzą na nią inni uczniowie i tylko czekają na jej potknięcie. Uważam zatem, że poradziła sobie bardzo dobrze, koniec i kropka. Nie znaczy to, że w przypadku każdego cwaniaczka zdałoby to egzamin, ale akurat tutaj zadziałało i o to przecież chodziło. Na jej miejscu więc odpuściłabym sobie wyrzuty sumienia, kaca moralnego i analizowanie, czy mogłam postąpić inaczej. Nie, najwidoczniej W TEJ SYTUACJI nie mogłam i już. Najważniejsze, że sobie poradziłam.
    Druga sprawa to rada ignorowania prowokacyjnego zachowania, którym jeden z dyrektorów kończy artykuł. Nie stoję na stanowisku, że należy zawsze i wszędzie reagować na każdą pierdołę, ale z całą pewnością wulgarne czy chamskie zachowania wymierzone w nauczyciela pierdołami już nie są. Z doświadczenia wiem, że brak reakcji nakręca ucznia i stymuluje go do jeszcze większej aktywności. Chciał przecież zwrócić na siebie uwagę, rozbić lekcję, wyprowadzić pedagoga z równowagi - skoro więc mu się to nie udało, to spróbuje czegoś innego, tym razem już bardziej hardcorowego. Powie ktoś, że dobra, ale w takim razie może ignorowanie jednak jest dobrym wyjściem, skoro celem delikwenta była nasza reakcja? Otóż uważam, że na dłuższą metę udawanie ślepego i głuchego obróci się przeciwko nauczycielowi. Reagować zdecydowanie trzeba - adekwatnie do sytuacji, konsekwentnie i bez względu na to, który z uczniów nas prowokuje. Dzieciaki muszą mieć poczucie, że to jest system, który nie działa wybiórczo, tylko niezawodnie. Akcja-reakcja, przyczyna-skutek. Czysty, bity behawioryzm.
    Ależ się wymądrzam... Na dzisiaj ENTER :) 

poniedziałek, 20 lutego 2012

Kot niejedno ma imię

    Dwa ostatnie wpisy były bardzo nauczycielskie i rzeczowe, czas zatem na coś lżejszego. Zaserwuję Wam mniej czytania, a w zamian za to dużo oglądania. Mam dla Was dzisiaj foto-post o najwdzięczniejszych stworzeniach świata [poza hipopotamami, rzecz jasna...:)], czyli o kotach.
    Okazje po temu są co najmniej trzy. Primo: obchodzony niedawno światowy Dzień Kota [a co, myśleliście, że zapomniałam? Nic z tego, Jej Wysokość dostała na to konto taki wielki kawał wołowiny, że już nawet nie reagowała na dźwięk otwieranej lodówki przez resztę dnia :)]. Secundo: Wystawa Kotów Rasowych, na którą wraz z Hipkiem załapaliśmy się jakiś czas temu. Tertio: no cóż, dawno już nie prezentowałam Wam żadnego posta dotyczącego Pumiska, prawda? Czas naprawić to rażące niedopatrzenie.
    Uraczę Was więc dziś bez przesadnego gadania garścią zdjęć przeróżnej maści miaukaczy. Niestety będąc na wspomnianej wystawie skupiliśmy się na robieniu zdjęć, ale na to, żeby przy okazji zanotować, jak się która rasa nazywa, to już nie wpadliśmy. Komentarze zatem z konieczności będą mało profesjonalne, ale w końcu chyba nie to się najbardziej liczy.
    Zapraszam wszystkich, którzy podzielają Smoczy zachwyt ilekroć widzą sierściaste-mruczące-miauczące, do podziwiania najnowszych kocich zdjęć.




    Te dwa koty powyżej to chyba norweskie leśne... Gdybym miała się kiedykolwiek zdecydować na kota rasowego, to mój wybór padłby właśnie na takiego [albo na rosyjskiego, których niestety nie było na wystawie]. Wiem wiem, sierść toto ma taką, że można oszaleć, ale co tam...


    Bardzo żałuję, że nie pamiętam, jak się nazywa ten przystojniak - coś na "b" :) Dumny, poważny o brązowo-przydymionej, "podpalanej" barwie. Wyjątkowo stoicko znosił zainteresowanie gawiedzi, najwidoczniej świadomy swojego dostojeństwa.



    Oto ulubieniec Hipopotama - kot brytyjski. Przyznajcie, iście hipnotyzujące spojrzenie.


    A teraz już opuszczamy wystawę i wracamy do świata kotów-dachowców. Pierwszy to nasz znajomy, rezydent w zaprzyjaźnionym zakładzie zegarmistrzowskim. Wielki i wiekowy [czternastoletni!] kocur zwany Profesorem lub Palikotem. Może na tym zdjęciu nie widać aż tak wyraźnie, jak bardzo jest masywny, ale wierzcie mi na słowo, robi wrażenie. Szczególnie, gdy z rozpędu próbuje wskoczyć na sklepową ladę :)



    Na koniec dwa zdjęcia Jej Wysokości, aby nie czuła się poszkodowana. Pierwsze na tle kalendarza z kotem Simone'a [uwielbiam!], a drugie na jednym z najlepszych miejsc do spania, czyli na brzuchu Hipopotama.





    Miau :)

sobota, 18 lutego 2012

Smocza anty-lista lektur

    Pomyślałam, że pójdę za ciosem i tym razem uraczę Was spisem książek, które z różnych powodów moim skromnym Smoczym zdaniem powinno się wyrzucić z kanonu lektur i tym samym oszczędzić dzieciakom mordęgi z nimi. Jedno małe zastrzeżenie na początku - odwołam się do własnej "kariery szkolnej", czyli do tych pozycji, którymi mnie katowano, kiedy jeszcze siedziałam w uczniowskiej ławce, a nie na belfrowskiej katedrze. Kanon lektur bowiem - co tu dużo nie mówić - trochę się zdążył zmienić z powodu reformy. Mnóstwo tekstów powylatywało, bo generalnie różne ministerialne mądrale co i rusz podnoszą lament [bynajmniej nie świętokrzyski...], że biedne dzieciaczki muszą czytać za dużo, a przecież szkoda na to czasu, który należy z większą korzyścią poświęcić na gry komputerowe i przesiadywanie na "fejs-zboku". Grubsze czy trudniejsze w odbiorze kniżki w ogóle się wywala, ewentualnie serwuje uczniom we fragmentach [najbardziej według mnie poroniony pomysł, na jaki ktoś mógł wpaść, bo istnieje duża szansa, że urywek wyjęty z całości da fałszywy obraz "tego, co autor miał na myśli"].
    Ponownie zachęcam moich Drogich Czytelników do komentowania, dyskutowania i tworzenia swojej własnej anty-listy lektur. Przypomnijcie sobie Wasze największe szkolne koszmary, nad którymi usypialiście z nudów, a tymczasem wredny polonista stał nad Wami z batem wmawiając, że Was to zachwyca [a - jak słusznie zauważył Gombrowicz - jak zachwyca, skoro nie zachwyca? :)]. Przy okazji też nieśmiało przypominam o poprzednim poście i rankingu na najciekawsze szkolne książki. Naprawdę chciałabym poznać Wasze typy, bo upodobania przecież mogą być rozmaite i nie ma w tym naprawdę nic złego.
    No dobrze, czas na Smoczą listę edukacyjnych gniotów...

1. Maria Konopnicka, "O krasnoludkach i sierotce Marysi" - ciarki przechodzą mnie na samą myśl o tym nudziarstwie. Zaserwowanie tak naiwnej, tendencyjnej i słodkiej bajeczki dziesięciolatce, która zdążyła już przetrawić mitologię grecką, Nowy Testament, nie wspominając o klasyce dziecięcej w stylu cyklu o Ani z Zielonego Wzgórza [całym!] czy "Jeżycjadzie" Musierowicz, było delikatnie mówiąc sporym nietaktem. Gdybym się dorwała do tego w przedszkolu, to może by mnie to jakoś zainteresowało, a tak kontakt z tym "dziełem" wspominam z perspektywy płaczu i zaganiania mnie do czytania siłą przez Seniorkę.

2. Nowelki i opowiadania pozytywistyczne - wiecie, te wszystkie "Antki", "Nasze szkapy" czy inne "Janki Muzykanty"... Z punktu widzenia kształcenia polonistycznego należy rzecz jasna w którymś momencie pokazać uczniowi, na czym polega taki gatunek literacki, jak nowela - ale czy koniecznie trzeba to robić już na etapie podstawówki i to na tak niezrozumiałych już obecnie przykładach? Dlaczego z uporem maniaka karmi się uczniów wizją wiejskiego chłopca zarąbanego za grę na skrzypcach albo dziewczynki upieczonej żywcem?
Jakie zatem nowelki bym zostawiła? Z obecnego kanonu "Mendla Gdańskiego", bo akurat tam problem antysemityzmu i narastającej nienawiści rasowej został przedstawiony w taki sposób, że się w ogóle nie przedawnił. Albo pójść całkiem w klasykę i uczyć na "Dekameronie". Z całą pewnością jednak zapoznanie uczniów z konwencją noweli śmiało zostawiłabym sobie na liceum.


3. Arkady Fiedler, "Dywizjon 303" - czyli historia o bohaterskich polskich lotnikach nadstawiających cztery litery za Anglików, którzy w podziękowaniu na koniec II wojny światowej się na nas uroczo wypną... Abstrahując jednak od mojej subiektywnej oceny z perspektywy historii [bo rzecz jasna nie miałam takiej świadomości w 5 klasie podstawówki, kiedy kazano mi to czytać], to najzwyczajniej w świecie wynudziłam się na tym jak mops.

4. Stefan Żeromski - no właśnie, co? Tutaj wypada zaznaczyć, że ja generalnie nie trawię Żeromskiego, bo działa mi na łupież jego wizja sprawiedliwości społecznej, a poza tym facet zdecydowanie powinien się podszkolić z gramatyki, bo w przeciwieństwie do Sienkiewicza w tej kwestii leży i kwiczy. W związku z powyższym każda lektura spod znaku tego pana wywołuje u mnie odruch wymiotny, ale chyba najgorszym przeżyciem był kontakt z "Ludźmi bezdomnymi". Nie mogę za cholerę zrozumieć, dlaczego niby pozytywnym, szlachetnym bohaterem ma być tu facet z syndromem DDA, który zatruwa życie sobie i Bogu ducha winnej kobicie, a czego się nie tknie, to spieprzy... Na terapię go wysłać, a nie do leczenia ludzi...

5. Eliza Orzeszkowa, "Nad Niemnem" - wiem, wiem, wielu z Was ta książka się bardzo podoba, ale jak wielokrotnie podkreślam, de gustibus non est disputandum... Dla mnie to tendencyjna historia, w której cała fabuła podporządkowana jest pokazaniu, na czym polega praca organiczna oraz praca u podstaw. Od pierwszego rozdziału wiadomo, jak toto się skończy, w dodatku para głównych bohaterów jest dla mnie zbyt natchniona i poważna, by udało im się wzbudzić Smoczą sympatię.

6. Maria Dąbrowska, "Noce i dnie" - czytałam to gdzieś tam w liceum, "bo wypadałoby znać". Zabijcie, poćwiartujcie, ale pamiętam tylko ogólny zarys. Lektura ciągnęła się jak flaki z olejem, Barbara działała mi na nerwy swoim rozmemłaniem, a Bogumił był postacią najwidoczniej tak bezbarwną, że w ogóle go nie pamiętam. Ekranizacji do dziś nie obejrzałam, bo skoro sam tekst mnie znudził, to po co mam się katować filmem?

7. Adam Mickiewicz, "Liryki lozańskie" - pomijam formę, ponieważ ja z definicji nie przepadam za stylistyką naszego narodowego wieszcza. Nie znaczy to, że odmawiam mu kunsztu, bo na to jestem rzecz jasna za cienka w uszach - po prostu "mnie nie zachwyca" i tyle. Wracając jednak do tego cyklu wierszy, na moje oko jest to zapis przeżyć faceta, który właśnie przechodzi kryzys wieku średniego i użala się nad sobą. Fuuuj... Zamiast wziąć się do czegoś konstruktywnego, to siedzi i biadoli, jaki to jest biedny i malutki. Darujcie, ale takich ludzi omijam szerokim łukiem.

8. Joseph Conrad, "Lord Jim" - znów, generalnie nie trafia do mnie jego stylistyka, będąca według mnie typowym przykładem przerostu formy nad treścią. Co do tej konkretnej książki - no zmęczyłam, ale znów pamiętam ją tylko w zarysach, więc widocznie mój mózg się ostro bronił przed jej przyswojeniem. Coś o facecie, który dał ciała, a potem przez całe życie się z tego powodu samobiczuje. Mam chyba alergię na mazgai.

9. Johann Wolfgang Goethe, "Cierpienia młodego Wertera" - może mi ktoś wytłumaczyć, jaki ma cel karmienie nastolatków historią o "emo", któremu książki zrobiły wodę z mózgu, a potem się nieszczęśliwie zakochał i zamiast próbować zdobyć ukochaną, to jęczy, biadoli, a na koniec nawet się zastrzelić porządnie nie potrafi? No ja rozumiem, że postać Wertera potrzebna jest jako kontekst do twórczości Mickiewicza [któremu się on odbija czkawką], ale to przecież wystarczyłoby tylko wspomnieć, że coś takiego napisano...

10. Kornel Makuszyński, "Szatan z siódmej klasy" - ot, przygodóweczka może dobra, jak każda inna, tyle, że obecnie już bardzo nieżyciowa. Jeśli chce się pokazać uczniom, na czym polega ten rodzaj stylistyki powieści, to swobodnie można znaleźć coś bardziej przystającego do naszych czasów. Poza tym sama postać głównego bohatera Adasia jest tak doskonała i krystaliczna, że przez to przeraźliwie nudna.


    No i to by było na tyle. Teraz Wy... :)

czwartek, 16 lutego 2012

Smocza lista lektur

    Nie zaserwuję Wam dziś "donosów rzeczywistości" [ukłony w stronę Mirona B., którego dzienniki właśnie się ukazały i na które ostrzę sobie kły] z Zoo z przyczyny bardzo prozaicznej - są ferie. Wiem jednak - śledząc uważnie statystykę odwiedzin na moim blogu -  że jest wcale pokaźna grupa osób, która zagląda tu codziennie w oczekiwaniu na kolejny post. Nie mogę zatem z powodów tak przyziemnych, jak wolne, zamilknąć na całe dwa tygodnie, bo tego się Czytelnikom nie robi :) Trzeba więc wymyślić temat, który choć trochę pokrywałby się z założeniami tematycznymi tej witryny i byście nie mieli wrażenia, że wcisnęłam Wam ochłap, typową "zapchajdziurę".
    Smok zatem jechał tramwajem [po prezent dla Magulca, któremu mamy w planach z Hipkiem już niedługo zrobić wjazd :)], myślał, myślał - i wymyślił post o lekturach szkolnych. Stop stop: nim ziewniecie, zaklniecie i przestaniecie czytać, pozwólcie wyjaśnić, o co mi kaman. Otóż chciałabym zaprezentować Wam moje stanowisko w sprawie książek, które z różnych powodów powinien znać każdy, a zatem ich miejsce w kanonie lektur jest jak najbardziej stałe i niezmienne. Rzecz jasna zdaję sobie sprawę, że ta kwestia jest z założenia dyskusyjna, zapraszam więc do wymiany poglądów w komentarzach i stworzenia przez moich drogich Czytelników własnej listy, oczywiście z uzasadnieniem.
    Nim przejdę do moich typów, to mam jeszcze jedną uwagę. Otóż przed ułożeniem rankingu warto zadać sobie pytanie, jaki cel ma prezentowanie młodzieży szkolnej takiego a nie innego zestawu książek. Moim skromnym nauczycielskim zdaniem zależy to od wieku, w jakim są uczniowie. Tu wyraźnie rozgraniczyłabym edukację dzieciaków [dawna 8-letnia podstawówka, a po nieszczęsnej reformie podstawówka plus gimnazjum] od zaznajamiania z literaturą młodzieży licealnej. W pierwszym przedziale wiekowym celem nadrzędnym powinno być pokazanie różnorodności świata książek, zaserwowanie im ciekawego, ale i wartościowego miksu rozmaitych twórców w nadziei, że część dzieciaków złapie literackiego bakcyla i będzie już samo chciało go potem dalej karmić. W przypadku starszej, bardziej świadomej młodzieży, to jestem zdania, że liceum ma serwować skrócony kurs historii literatury - tylko rzecz jasna powinny być na to cztery lata, tak jak kiedyś, a nie nędzne trzy... Chodzi o to, by maturzysta [a więc człowiek z wykształceniem średnim] potrafił spojrzeć na literaturę z perspektywy jej historycznego rozwoju, wiedział, jak się pisało w której epoce i dlaczego, a także znał najważniejszych twórców oraz "typowe" dla danego okresu dzieła.
    Mój ranking lektur powstał w oparciu o oba te kryteria jednocześnie, będą tam więc umieszczone książki i dlatego, że są ciekawe i fajne, ale też i dlatego, że są ważne z punktu widzenia czasów, w których powstały. Aha, kolejność jest przypadkowa, nie znaczy to więc, że dajmy na to pozycję nr 1 cenię bardziej, niż następujące po niej.

1. Antoine de Saint-Exupéry, "Mały Książę" - należy do tych magicznych książek, które dojrzewają wraz z czytelnikiem. To, co z niej wyciągniemy, zależy od tego, na jakim etapie życiowym jesteśmy. Myślę, że to znakomity tekst do pokazania, że do niektórych książek powinno się wracać po kilka razy.

2. Henryk Sienkiewicz - ogólnorozumiane "COŚ". Owo "coś" to może być "Quo Vadis", "Potop", "Pan Wołodyjowski", ostatecznie "Krzyżacy". Jestem zdania, że Sienkiewicz to przede wszystkim mistrz słowa, świetny gramatyk, potrafiący budować długie, rozbudowane zdania w taki sposób, by były logiczne i przejrzyste. Warto więc pokazać dzieciakom, jak się to robi. Na jakim przykładzie to pokazać, to już kwestia otwarta. Ja wybrałabym "Quo Vadis" ze względu na genialną kreację Nerona oraz polemikę Petroniusza z wartościami chrześcijańskimi - lub "Pana Wołodyjowskiego", bo tam wstępuje jedyna udana sienkiewiczowska bohaterka kobieca, czyli Basia Jeziorkowska.

3. Jan Kochanowski, "Treny" - i to KONIECZNIE w całości, bo inaczej gubi się ich głębia. Pomijając kunszt formy [który mnie, jako polonistkę, powala na kolana] i fakt, że "Treny" przez swoją tematykę [opłakiwanie zwykłego dziecka] dokonały rewolucji literackiej, jest to genialne, bardzo prawdziwe psychologicznie studium żałoby. Cały cykl kapie od emocji, uczuć, krzyku. Mnie ciary przechodzą ilekroć to czytam.

4. Juliusz Słowacki, "Balladyna" - porządnie, zgodnie z zaleceniami gatunku skonstruowany dramat. Do tego sama historia jest wciągająca, mroczna, ma dużo zwrotów akcji i spektakularne zakończenie. Jedyny mankament to motyw plamy na czole, bezczelnie zerżnięty z Shakespeare'a, ale jeśli uświadomimy sobie, że sam genialny Brytyjczyk "ukradł" ten wątek Senece, to chyba możemy to Julkowi wybaczyć...

5. Bolesław Prus, "Lalka" - [już słyszę te jęki znudzenia...]. Mówcie, co chcecie, ale to historia, która stanowi świetne kompendium problemów, jakimi żyli ludzie w drugiej połowie XIX wieku. Kto chce zrozumieć pozytywizm, nie może nie znać tej książki. Olać Wokulskiego, olać durną Łęcką - skupcie się na postaciach epizodycznych, dialogach, panoramie społecznej Warszawy. No majstersztyk.

6. Coś z literatury "obozowej i łagrowej". Propozycje mam trzy [rzecz jasna ideałem byłoby, gdyby uczeń znał je wszystkie]:
- Tadeusz Borowski, "Opowiadania" [całość, żaden wybór!!!]
- Gustaw Herling-Grudziński, "Inny świat"
- Kazimierz Moczarski, "Rozmowy z katem".
Uzasadnienie? Ludzie MUSZĄ wiedzieć, co się działo w obozach i łagrach, w gettach, w okupowanej Polsce. Ta wiedza nie może zostać zapomniana, bo inaczej ryzykujemy, że ten koszmar się powtórzy.

7. George Orwell, "Rok 1984" - ta książka staje się coraz bardziej przerażająca w swojej trafności wprost proporcjonalnie do rozwoju techniki i cywilizacji. Żyjemy w świecie Wielkiego Brata, jesteśmy obserwowani, kontrolowani przez maszyny i Internet - i co gorsza, sami się na to godzimy.

8. Franz Kafka, "Proces" - człowiek v.s. biurokracja i władza. Przygnębiający pojedynek, w którym niestety jednostka jest na straconej pozycji. Książka - podobnie jak "Mały Książę" - mająca kilka warstw, wymagająca myślenia, nie prezentująca czytelnikowi swoich bebechów w pierwszym kontakcie.

9. "Mitologia grecka" - zabijcie mnie, znów całość... Jestem zdania, że Europejczyk bez znajomości Biblii oraz mitologii jest kulturalnie kaleką. Zadajcie sobie kiedyś trud i zwróćcie uwagę, jak często to, z czym się na co dzień stykacie, odwołuje się do tych dwóch pozycji. Człowiek pochodzący z kultury śródziemnomorskiej jest tym przesiąknięty, a gdyby z języka usunąć wszelkie odwołania do mitologii i Biblii, to zostałaby nam może 1/3 wyrażeń... Porównałabym te dwie książki do nóg, na których wszyscy stoimy - to teraz proszę, obetnijcie sobie nogi. Jasne, da się żyć, ale jest to bez porównania trudniejsze.

10. Christiane F., "My dzieci z dworca Zoo" - ta ostatnia lektura może się wydawać zaskakująca i z pewnością jej wybór podyktowany jest moim miejscem pracy, a jak wiadomo punkt widzenia zależy od punktu siedzenia :) Książka "mózgotrzepiąca", brutalna, ale przez to stwarzająca szansę, że młody czytelnik coś dzięki niej zrozumie, zanim spieprzy sobie życie eksperymentami z substancjami, których lepiej nie ruszać. W dobie różnego rodzaju palikotów i ruchów Wolnych Konopi lektura zdecydowanie obowiązkowa.
 

    Hmm... Dlaczego mam wrażenie graniczące z pewnością, że jak tylko kliknę przycisk "publikuj posta", to zaraz przypomni mi się co najmniej jeszcze kilka lektur, które KONIECZNIE powinnam umieścić w tym rankingu...?
     A teraz - zapraszam Was do komentowania i prezentowania swoich typów.

piątek, 10 lutego 2012

Targi Edukacyjne

    W dobie niżu demograficznego, cięć budżetowych na oświatę i zamykania placówek edukacyjnych przez samorządy [w ramach oszczędności] każda szkoła walczy o ucznia, jak tylko może. Coś, co "za moich czasów" było nie do wyobrażenia - było nas w roczniku tylu, że szkoły mogły przebierać w dzieciakach, jak w ulęgałkach - teraz jest normą: każdy młody człowiek jest na wagę złota. Więcej uczniów = więcej klas = więcej godzin lekcyjnych = więcej etatów nauczycielskich... A małe szkoły się likwiduje, bo są nieekonomiczne.
    Zoo jest w dość specyficznej sytuacji, ponieważ (jak wiadomo) trafia do nas narybek szczególnego sortu - czyli taki, który nie ma szans na naukę gdziekolwiek indziej. Tym niemniej nawet my musimy reklamować naszą placówkę i starać się, by wylądowało u nas jak najwięcej młodzieży. Nowe małpki pozyskujemy głównie drogą agitacji w normalnych gimnazjach i podstawówkach - rozpuszczamy wici wśród tamtejszych pedagogów i psychologów, że istnieje takie miejsce, gdzie mogą wykopać delikwenta, z którym absolutnie nie mogą sobie dać rady. Oprócz tego zostawiamy ulotki [które, notabene, sama redagowałam...] we wszelkiego rodzaju świetlicach, pogotowiach opiekuńczych, centrach interwencji kryzysowych czy poradniach psychologiczno-pedagogicznych.
    Inną możliwością pozyskiwania uczniów jest udział w różnego rodzaju Targach Edukacyjnych, organizowanych kilka razy do roku na terenie miasta. Wiecie zapewne, na czym polegają takie imprezy - szkoły dostają do dyspozycji stoiska, na których rozkładają plansze, banery i inne bajery, rozdają cukierki i firmowe długopisy, a przede wszystkim ustami swoich wychowanków oraz nauczycieli starają się zachęcić przybyłych uczniów do wyboru właśnie tej placówki. Oczywiście Zoo ma tu utrudnione zadanie, ponieważ na takie targi przychodzi zwykle ambitna młodzież, która świadomie chce wybrać szkołę najlepszą dla siebie. Co tu dużo ukrywać - zdecydowanie nie nasza klientela, tym niemniej nie zaszkodzi spróbować i w ten sposób. Jak wiadomo, tonący "brzydko" się chwyta :)
    Dziś właśnie byłam jedną z osób oddelegowanych do udziału w takich targach. Czemu ja? Otóż w ramach zareklamowania szkoły - bo przewidziany został czas, w którym placówki mogły zaprezentować krótki program artystyczny - zmobilizowałam moje Muppety [bo tak w końcu postanowiłam pisać o moich osobistych małpiątkach] do wyrecytowania krótkiego wierszyka. Czym jest przygotowanie z naszą młodzieżą bodaj mikroskopijnego przedstawienia, to możecie sobie przeczytać tutaj, tym niemniej przychodzą takie chwile, że trzeba - i trudno. Wybór padł na stary, PRL-owski utwór Tuwima "Wszyscy dla wszystkich", traktujący o tym, jak ważna jest praca różnego rodzaju rzemieślników, którzy wspólnie pracują dla ogólnego dobrobytu. A że jesteśmy szkołą przysposabiającą do wykonywania zawodu już na poziomie gimnazjum [tzn. dzieciaki mają tygodniowo 6 godzin warsztatów, podczas których uczą się robić konkretne rzeczy pod kierunkiem nauczycieli zawodu], to taki siermiężny wierszyk pasuje do nas idealnie. No i Dragonka dostała bojowe zadanie wytypowania i wytresowania małpiątek, które zgodziłyby się pojechać na targi i wystąpić.
    Wybór padł na cztery Muppety z mojej klasy: Daniela [w gruncie rzeczy dobry chłopak, tylko notoryczny wagarowicz po traumie rodzinnej], Emilkę, Młodą Gniewną [tych dwóch pań przedstawiać już chyba nie trzeba] i Patrycję [też fajna dziewczyna, tylko nie panuje nad złością, wagaruje, a rodzice kompletnie sobie z nią nie radzą]. Każde dostało zwrotkę do nauczenia się [4 linijki!], ćwiczyliśmy do znudzenia, uczyłam ich, jak mówić wooolnooo, wyraźnie, jak należy ładnie stanąć podczas recytacji. No i dobra - szczegóły dogadane, każdemu wytłumaczyłam, jak ma dojechać i na którą godzinę.
    Przyjeżdżam dziś rano na miejsce targów, a tam czekają na mnie tylko Daniel, Emilka i Patrycja. Okazało się, że Sylwia wysłała z samego rana smsa do tej ostatniej z lakoniczną wiadomością, że jej jednak nie będzie. Szczerze mówiąc zrobiło mi się tak po ludzku przykro, co rzecz jasna jej powiem, jak tylko się spotkamy po feriach. Rozmawiałam z nią poprzedniego dnia telefonicznie, wyjaśniłam, którym tramwajem ma dojechać i jak trafić na miejsce targów - jeśli się z jakiegokolwiek powodu rozmyśliła, miała okazję, by mi o tym powiedzieć. Dalej, jeśli nawet wypadło jej coś ważnego w ostatniej chwili [w co, szczerze mówiąc, nie wierzę], to miała mój numer telefonu i mogła mnie osobiście powiadomić. Ale ona wolała zachować się jak niedojrzała smarkula, która nie potrafi wziąć odpowiedzialności za własne decyzje. I to mnie właśnie boli najbardziej - nie to, że postawiła nas pod ścianą i w rezultacie biedna Patrycja miała dosłownie godzinę, by nauczyć się zwrotki Sylwii [bo ktoś przecież musiał ją wyrecytować]. Wkurzyło mnie to, że Młoda Gniewna nie potraktowała mnie [i swoich kolegów z klasy] poważnie i nie miała nawet tyle cywilnej odwagi, by swoją decyzję zakomunikować mi wprost.
    Powiem jej to spokojnie i otwarcie. A także przypomnę dziewczęciu, że na półrocze poszłam jej na rękę i nie wystawiłam jej enkaela z polskiego, przymykając oko na zbyt dużą ilość godzin nieusprawiedliwionych. Ale co się odwlecze, to nie uciecze, bo przecież pod koniec roku szkolnego zliczam im WSZYSTKIE godziny jeszcze raz. Powiem zatem Młodej Gniewnej, że radzę jej dokładnie pilnować ilości wagarów, bo tym razem nie podaruję nawet jednej nieusprawiedliwionej nieobecności ponad wymaganą przepisami normę. Dosłownie, nawet jednej. Nieważne, jakie będzie miała przy tym oceny - jeśli przegnie z wagarami, czeka ją egzamin klasyfikacyjny.
    A jak poszedł występ pozostałej trójce Muppetów? Byli tak zdenerwowani, że aż się rozczuliłam. Biednemu Danielowi tak trzęsły się ręce, że obawiałam się, iż wypuści z rąk mikrofon. KAŻDE pomyliło się w swoim tekście. Ale rzecz jasna - to nie ma absolutnie żadnego znaczenia. Ważne, że wyszli, powiedzieli i przez chwilę poczuli się reprezentantami swojej szkoły. Po skończonym występie wzięłam ich na bok, przytuliłam, podziękowałam i powiedziałam, że jestem dumna z tego, że dali radę. Oraz że wstawię im po piątce z języka polskiego "z recytacji". A co mi tam...

wtorek, 7 lutego 2012

Cyferki i tabeleczki

    Siedzę i uzupełniam dziennik, bo jutro rada klasyfikacyjna. Normalnie miałabym przez to rozpierniczony weekend, ale z powodu odwołanych lekcji mogę sobie to spokojnie podziubać. A wierzcie mi, papierów pod koniec semestru jest od cholery i ciut ciut.
    Przede wszystkim trzeba uważnie przejrzeć dziennik, czy nie ma jakichś braków, bo Główna zapowiedziała, że w ferie przysiądzie i sprawdzi dokumentację. Brak zwykle podpisów i tematów lekcji [przoduje w tym rzecz jasna Jadzia], czasem ktoś nie wpisał obecności, numeru lekcji lub informacji, że zrealizował przewidziany w tym półroczu materiał. Moim zadaniem w związku z tym jest obklejenie dziennika żółtymi karteczkami samoprzylepnymi, na których wyszczególniłam, co który nauczyciel ma uzupełnić - i dopadnięcie "winowajców" na środowej radzie. Dalej - wypełnienie magicznej tabelki, notującej i zliczającej wszystkie oceny uczniów, ich średnie ocen, a także ilość godzin opuszczonych usprawiedliwionych i nieusprawiedliwionych oraz spóźnienia. Na podstawie tych danych wylicza się następnie, ile było jakich ocen z danego przedmiotu, jaka średnia dla klasy, jaki procent frekwencji. Z moją dyskalkulią prędzej bym zwariowała, niż to wszystko sama policzyła, ale od czego mam arkusz kalkulacyjny Excel? Na szczęście, jak na córkę informatyka przystało, umiem się tą zabawką posługiwać.
    A może jesteście ciekawi, jak moja klasa wygląda w liczbach?

Średnia ocen klasy: 1,45
Najniższa średnia: 0,00 [czterech uczniów będących tzw. martwymi duszami - czyli delikwentami, którzy od 1 września ani razu nie pokazali się w szkole]
Najwyższa średnia: 3,15
Frekwencja klasy: 31,6 %

    Z języka polskiego średnia ocen dla mojej osobistej małpiarni to 1,1. Postawiłam jedną czwórkę [Młoda Gniewna], cztery dostateczne, jedną jedynkę i dziesięć nieklasyfikowań. Ale niech wam się nie wydaje, że jestem najostrzejszym nauczycielem tej klasy - z historii mają średnią 0,8...
    Kolejna rzecz, którą wychowawca musi sporządzić, to "Sprawozdanie za I okres" - 3 strony A4 wypełnione najróżniejszymi danymi, bo nie ma chyba informacji, której kuratorium i Urząd Miasta nie chcieliby o uczniach wiedzieć. Oprócz standardowych danych - typu ilość uczniów, kogo zapisano, a kogo wypisano [i dlaczego], ilość klasyfikowanych, ilość ocen niedostatecznych, rodzaje zachowań - wypełniamy uroczą tabeleczkę zatytułowaną "Ogólne wiadomości o klasie". Zawiera ona 27 wierszy dających odpowiedzi na przeróżne pytania, z IMIENNYM wyszczególnieniem uczniów spełniających dane kryterium. O co chodzi? Macie tu próbkę:
- uczniowie z dysleksją, dysgrafią, dysortografią, dyskalkulią [u mnie to właściwie cała klasa...]
- uczniowie, którym wychowawca udzielił naganę [też sporo]
- uczniowie przeniesieni do MOW-u lub innego ośrodka wychowawczego [Dawidek, hehehe...]
- uczniowie, którym przyznano stypendium Prezesa Rady Ministrów [że hę???]
- uczniowie pozostający pod opieką pedagoga szkolnego ze względu na:
  1) wagarowanie [znów muszę chyba wpisać wszystkich...]
  2) alkoholizm [jednego mam nawet "z papierami"]
  3) narkomanię
  4) rodziny patologiczne lub niewydolne wychowawczo [czyli ogromna większość, bo inaczej dziecka by u nas nie było]
  5) zaburzenia emocjonalne [to któraś małpka ich nie ma...?]
  6) konflikt z prawem [tu rzecz jasna trzeba wpisać moją ulubienicę Sylwię, ale nie tylko].

    Kiedy się z tym uporam, mogę się zabrać za przygotowanie karteczek z ocenami i frekwencją dla rodziców. Zebranie w czwartek - ciekawe, czy ktoś przyjdzie...
    Swoją drogą, zawsze zastanawia mnie, ile jest informacji, które szkoła o każdym uczniu gromadzi, przetwarza i podaje dalej. Myślę, że zwykły, szary rodzic nie ma nawet pojęcia, jak daleko sięgają te macki. Czy to dobrze, czy źle? Odpowiedź nie jest taka prosta. Z jednej strony - nie wyobrażam sobie pracy w takiej placówce jak nasza bez informacji o tym, z jak bardzo potłuczonym dzieckiem mamy do czynienia. Dla dobra ucznia - ale i dla własnego bezpieczeństwa - muszę wiedzieć, że dajmy na to Jaś to ćpun, Staś ma kuratora za pobicie, tatuś Zosi przepija wszystko, a rodzice Kasi mają odebrane prawa rodzicielskie. Z drugiej jednak strony mówię szczerze - w mojej ocenie zbyt dużo osób w szkole ma dostęp do tych informacji i są one w niewystarczający sposób chronione. A im częściej każe się nam, nauczycielom, je przetwarzać i uwieczniać na piśmie, tym większe ryzyko, że drażliwe dane wyciekną i zaszkodzą uczniowi.
    No cóż, drogi rodzicu idący na wywiadówkę, pamiętaj - Szkolny Wielki Brat patrzy...

niedziela, 5 lutego 2012

O Szymborskiej w tonie buffo

    Pomyślałam sobie - a co mi tam, w końcu to mój blog, więc skoro mam ochotę napisać coś jeszcze o pani Wisławie, to mi wolno :) Poza tym jestem polonistką z zamiłowania, powołania i wykształcenia, zatem czytelnik tej witryny ma prawo spodziewać się tu określonej tematyki, czyż nie? Jeśli komuś nie chce się czytać następnego posta poświęconego jej twórczości, to może sobie spokojnie odpuścić i poczekać, aż któraś z małpek odstawi jakiś numer wart tego, by go opisać. Póki co - rzucę w Was garścią poezji.
    Było w tonie serio, dziś będzie buffo. Ci z moich czytelników, którzy nie interesują się literaturą, a ich styczność z twórczością Szymborskiej ograniczyła się do tych paru liryków, które w nich wmusiła szkoła, będą zapewne zaskoczeni faktem, że była ona poetką obdarzoną dość specyficznym poczuciem humoru. Jak już wspominałam, cechował ją niezwykły dystans zarówno do siebie, jak i do świata, któremu nigdy nie przestawała się dziwić. Miała dużo swoich dziwactw, a bonusem otrzymania przez nią nagrody Nobla [które to wydarzenie przewrotnie nazywała "katastrofą sztokholmską"] było to, że przyjmowano je ze zrozumieniem wychodząc z założenia, że ktoś taki jak ona może pozwolić sobie na ekscentryzm bez obawy przypięcia etykietki "stara wariatka". Przysłowiowe było dajmy na to jej zamiłowanie do kiczowatych bibelotów, albo zwyczaj organizowania dla przyjaciół kolacyjek z loteryjkami, w trakcie których można było wylosować mniej lub bardziej "obciachowe" fanty, kupowane specjalnie na takie okazje na straganach z pamiątkami. Wiadomo też, że pasjonowała się boksem i była niekłamaną wielbicielką Andrzeja Gołoty...
    Ale przejdźmy do literatury. Otóż pani Wisława lubowała się w wymyślaniu zabawnych wierszyków, ujawniając w nich swoje mistrzostwo w zabawie słowami, skojarzeniami, wydobywając ich warstwę brzmieniową i czyniąc z tego tworzywo poetyckie. I dziś właśnie chcę zaprezentować Wam ten aspekt twórczości noblistki - odkoturniony, odkurzony, przewietrzony i uśmiechnięty.
 
    Zacznijmy od limeryków. Szto eta limeryk? Podając za Wikipedią - jest to "miniaturka liryczna; nonsensowny, groteskowy, wierszyk o skodyfikowanej budowie". Ma on określoną formę - zawsze 5 wersów o układzie rymów aabba, a trzeci i czwarty wers muszą być krótsze od pozostałych. Jeśli chodzi o treść, to mamy do czynienia z rymowaną anegdotą odnoszącą się do konkretnego miejsca. Limeryki wywodzą się z tradycji angielskiej [nazwa pochodzi od irlandzkiego miasteczka Limerick, którego zapewne dotyczył pierwszy tego typu wierszyk]. Ich układanie to naprawdę niezła zabawa - na zajęciach z poetyki nasza pani doktor polecała nam to w ramach ćwiczeń i możecie mi wierzyć, ubaw mieliśmy po pachy.
    No ale teraz zobaczmy, co z formy limeryków umiała wycisnąć Wisława Szymborska:

 Pewien baca w kurnej chacie
 z owieczką żył w konkubinacie.
 Ta beczy: "Ja to nawet lubię,
 ale czy myśli pan o ślubie?
Bo jeśli nie, poskarżę tacie".

Pewien młody wikary w Lozannie
lubił chodzić w rozpiętej sutannie.
Lecz na widok kardynała
gasła w nim fantazja cała
i zapinał się starannie.

Stary sklerotyk, rybak z Helu,
nagle zakochał się w Fidelu.
Do Kuby go pędziła chuć -
ale gdy tylko wsiadł na łódź,
zapomniał, w jakim płynie celu.


    Kolej na moskaliki. Jest to - znów za Wikipedią - krótki, rymowany i dowcipny wierszyk, będący parodią fragmentu "Poloneza Kościuszki" Rajnolda Suchodolskiego z 1831 roku:
Kto powiedział, że Moskale
Są to bracia dla Lechitów,
Temu pierwszy w łeb wypalę
Przed kościołem Karmelitów.

   Wg słów poetki pierwszy tego typu wierszyk powstał w latach '50 ubiegłego wieku, natomiast sama nazwa moskalik miała powstać w korespondencji między Michałem Rusinkiem – sekretarzem Szymborskiej, a Joanną Szczęsną z "Gazety Wyborczej". W wykonaniu noblistki idzie to tak:

Kto powiedział, że Francuzi
piją kawę z filiżanek,
temu pierwsza dam po buzi
pod świątynią Felicjanek.

Kto powiedział, że Bułgarzy
mają coś w rodzaju duszy,
temu przykrość się wydarzy
w studni Braci Templariuszy.

Kto powiedział, że Jankesi
zwykli wstawać o poranku,
tego nawet cud nie wskrzesi
u Pijarów na krużganku.


    Na koniec prawdziwe perełki o treści rozrywkowo-kulinarnej:
1) lepieje - coś w rodzaju literackich wpisów do restauracyjnych Ksiąg Skarg i Zażaleń
2) odwódki - ostrzeżenia dla nadużywających alkoholu... [przeróbki słynnego porzekadła: "Od wódki rozum krótki"]

Lepiej mieć horyzont wąski,
niż zamawiać tu zakąski.

Lepiej wynieść się z osiedla,
niż tu przełknąć choćby knedla.

Lepiej nie być w żony guście,
niż jeść boczek w tej kapuście.

Lepiej mieć do ziemi wole,
Niż tu kurczę jeść w rosole.


Od samogonu utrata pionu.
Od koniaku finał na haku.
Od śliwowicy torsje w piwnicy.
Od burbona straszna śledziona.
Od siwuchy w brzuchu rozruchy.
Od madery rypią nery.
Od absyntu zanik talyntu.


    Miłej niedzieli :)

piątek, 3 lutego 2012

Przymusowe wolne

    I tak oto Zoo przegrało z zimą. Decyzją Głównej od dziś do co najmniej wtorku włącznie szkoła zostaje zamknięta na głucho.
    Przyjechałam tradycyjnie już przemarznięta [godzinny dojazd do pracy niedogrzanymi środkami komunikacji miejskiej] około 7:30, a tam pani Wanda [czyli woźna] powitała mnie informacją, że właśnie Główna dzwoniła zapytać, ile jest stopni w klasach i na korytarzach. A ponieważ w tej kwestii nic się nie zmieniło od poniedziałku - czyli w salach nie więcej niż 15 stopni, a w łazienkach i na holach nieco powyżej zera - to niebawem telefonicznie przekazała informację, żeby wszystkich uczniów, którzy przybyli, wygonić bezzwłocznie do domu z przykazaniem, by nie pokazywali się przed środą. Nauczyciele natomiast dostali dwie godziny, by uporządkować dokumentację [bo w końcu zbliża się półrocze], a potem placówka została ewakuowana i szczelnie zamknięta.
    No i baaardzo dobrze :)
    Oczywiście, jak już pisałam wcześniej, oznacza to, że będziemy musieli te trzy dni odrobić. Prawdopodobnie będą to soboty, w które - jak znam naszych uczniów - i tak nie pojawi się nikt poza nauczycielami. W tej sytuacji jednak jest to naprawdę mniejsze zło, bo przysięgam, że nie sposób było już w Zoo wytrzymać. Wczoraj dla przykładu miałam 6 lekcji, co oznaczało szczękanie zębami od 7:30 do 14. Po takim doświadczeniu nie byłam w stanie rozgrzać się do końca dnia. W Pomarańczowej Jaskini obiektywnie jest bardzo ciepło - kicamy sobie w krótkich rękawach i od czasu do czasu nawet jesteśmy zmuszeni pootwierać okna - ale wczoraj podczas gdy Hipek paradował w podkoszulku, spodniach od dresu i bez skarpet na kopytkach, to Smok trząsł się pomimo grubych rajstop pod spodniami i swetra.
    A zatem, panowie i panie, mam nieoczekiwanie kilka dni wolnego. Jeszcze nie wiem, co z nim zrobię [poza tym, że będę wypełniała niezliczoną ilość papierów], ale przynajmniej może to uchroni mnie od rozchorowania się z powodu "pracy w szkodliwych warunkach". Na razie zrobiłam sernik, który jednak długo nie pożyje. Powód pierwszy - rzecz jasna Hipek. Powód drugi - jutro mamy najazd Havranka, który wpada z kurtuazyjną wizytą.

czwartek, 2 lutego 2012

Pani Wisława

    Wczoraj wieczorem zmarła "staroświecka jak przecinek autorka paru wierszy".
     Dowiedziałam się o tym dopiero dziś rano, kiedy podczas porannej prasówki nad kawą zajrzałam na strony mojej ulubionej blogerki literackiej, czyli Mag. I przyznam, że długo jedynym komentarzem, na który mogłam się zdobyć, było: "O kurwa mać...".
     Z twórczością Wisławy Szymborskiej zetknęłam się wcześnie - tak wcześnie, że nie potrafię powiedzieć, ile miałam lat - z uwagi na to, że jest ona jedną z ulubionych poetek Seniorki. Stosowne tomiki wierszy po prostu stały sobie grzecznie w moim domu rodzinnym na półce obok rozmaitych Poświatowskich, Pawlikowskich-Jasnorzewskich, Tuwimów, Gałczyńskich, Bursów czy innych Wojaczków. Pamiętam zresztą, że kiedy dostała Nobla i z tej okazji niezapomniana pani Mirosława urządziła nam lekcję polskiego poświęconą twórczości Szymborskiej, to była niezwykle zaskoczona, że znalazła się w klasie uczennica, która nie tylko tę poetkę kojarzy, ale jeszcze potrafi sporo powiedzieć o jej wierszach.
    Twórczość pani Wisławy wywołuje u mnie sporo emocji i - co chyba ważniejsze - skłania do myślenia. Jej wiersze nie są oczywiste, można na nie bardzo różnie spoglądać w zależności od tego, co samemu chce się zobaczyć. Uwielbiam poza tym jej zabawy słowne - jest to zdecydowanie mój ulubiony rodzaj komizmu - eksperymentowanie ze znaczeniem wyrazów, szukanie nowych skojarzeń, wyciąganie maksimum treści z kilku zwrotów. No i - co podkreślają chyba wszyscy, którzy mieli z nią styczność - wyróżniała się niespotykanym dystansem do własnej osoby i twórczości, co jest ultrarzadką cechą u wybitnych literatów, którzy doczekali się uznania za życia.
    Przytoczę Wam jedną anegdotkę z mojego życia związaną z utworami Szymborskiej. Byłam wtedy w pierwszej klasie liceum i poszłam z moim ówczesnym chłopakiem - notabene dość mocno nawiedzonym poetą - na imprezę. Kto był nastolatkiem i chodził na takie "domówki", ten wie, jak one wyglądają [w tym miejscu uprasza się Seniorkę oraz Mojego Tatę o opuszczenie tego akapitu :)]: przyciemnione światło, dość głośna muzyka i dość dużo alkoholu. Otóż wyobraźcie sobie taką scenkę rodzajową - środek podobnej imprezy, towarzystwo już mniej lub bardziej pijane, a w kącie na kanapie siedzi parka, chłopak i dziewczyna [w tej roli ja i Piotr] i o coś zawzięcie się kłócą, podnosząc przy tym głos. Kumple podchodzą, żeby spytać, o co poszło i ewentualnie ich pogodzić, a tu okazuje się... że wariaci spierają się o interpretację wiersza Wisławy Szymborskiej! Reakcja w takiej sytuacji mogła być tylko jedna: "Kurwa, wy naprawdę nie macie większych zmartwień?!" :)

    Wpis ten chcę zakończyć zacytowaniem kilku wierszy noblistki, choć - uwierzcie - mam cholerny problem z tym, które wybrać. Ciężko wskazać mi, które jej utwory są dla mnie najważniejsze, które miały wpływ na moje myślenie czy postrzeganie świata. Lista po prostu zrobiłaby się za długa i nie wytrzymalibyście tego, a jak wiadomo, czytelnik ma swoje prawa. Poza tym to też zmieniało się w zależności od tego, ile miałam lat, co właśnie przeżywałam, na jakim etapie życiowym byłam. Wybór więc będzie lekko przypadkowy, ale lepszy taki, niż żaden.


Nic darowane

Nic darowane, wszystko pożyczone.
 Tonę w długach po uszy.
Będę zmuszona sobą
zapłacić za siebie,
za życie oddać życie.

Tak to już urządzone,
że serce do zwrotu
i wątroba do zwrotu
i każdy palec z osobna.

Za późno na zerwanie warunków umowy.
Długi będą ściągnięte ze mnie
wraz ze skórą.

 Chodzę po świecie
w tłumie innych dłużników.
Na jednych ciąży przymus
spłaty skrzydeł.
Drudzy chcąc nie chcąc
rozliczą się z liści.

Po stronie Winien
wszelka tkanka w nas.
 Żadnej rzęski, szypułki
do zachowania na zawsze.

Spis jest dokładny
i na to wygląda,
że mamy zostać z niczym.

Nie mogę sobie przypomnieć
gdzie, kiedy i po co
pozwoliłam otworzyć sobie
ten rachunek.

Protest przeciwko niemu
nazywamy duszą.
I to jest to jedyne,
czego nie ma w spisie.



Relacja ze szpitala

Ciągnęliśmy zapałki, kto ma pójść do niego.
Wypadło na mnie. Wstałem od stolika.
Zbliżała się już pora odwiedzin w szpitalu.

Nie odpowiedział nic na powitanie.
Chciałem go wziąć za rękę – cofnął ją
jak głodny pies, co nie da kości.
Wyglądał, jak by się wstydził umierać.

Nie wiem, o czym się mówi takiemu jak on.
Mijaliśmy się wzrokiem jak w fotomontażu.
Nie prosił ani zostań, ani odejdź.
Nie pytał o nikogo z naszego stolika.
Ani o ciebie, Bolku. Ani o ciebie, Tolku.
Ani o ciebie, Lolku.

Rozbolała mnie głowa. Kto komu umiera?
Chwaliłem medycynę i trzy fiołki w szklance.
Opowiadałem o słońcu i gasłem.

Jak dobrze, że są schody, którymi się zbiega.
Jak dobrze, że jest brama, którą się otwiera.
Jak dobrze, że czekacie na mnie przy stoliku.
Szpitalna woń przyprawia mnie o mdłości.




Miłość szczęśliwa

Miłość szczęśliwa. Czy to jest normalne,
czy to poważne, czy to pożyteczne -
co świat ma z dwojga ludzi,
którzy nie widzą świata?
Wywyższeni ku sobie bez żadnej zasługi,
pierwsi lepsi z miliona, ale przekonani,
że tak stać się musiało - w nagrodę za co?
za nic;
światło pada znikąd -
dlaczego właśnie na tych, a nie na innych?
Czy to obraża sprawiedliwość? Tak.
Czy to narusza troskliwie piętrzone zasady,
strąca ze szczytu morał? Narusza i strąca.

Spójrzcie na tych szczęśliwych:
gdyby się chociaż maskowali trochę,
udawali zgnębienie krzepiąc tym przyjaciół!
Słuchajcie, jak się śmieją - obraźliwie.
Jakim językiem mówią - zrozumiałym na pozór.
A te ich ceremonie, ceregiele,
wymyślne obowiązki względem siebie -
wygląda to na zmowę za plecami ludzkości!

Trudno nawet przewidzieć, do czego by doszło,
gdyby ich przykład dał się naśladować.
Na co liczyć by mogły religie, poezje,
o czym by pamiętano, czego zaniechano,
kto by chciał zostać w kręgu.

Miłość szczęśliwa. Czy to jest konieczne?
Takt i rozsądek każą milczeć o niej
jako skandalu z wysokich sfer Życia.
Wspaniałe dziatki rodzą się bez jej pomocy.
Przenigdy nie zdołałaby zaludnić ziemi,
zdarza się przecież rzadko.

Niech ludzie nie znający miłości szczęśliwej
twierdzą, że nigdzie nie ma miłości szczęśliwej.

Z tą wiarą lżej im będzie i żyć, i umierać.




Wszelki wypadek

Zdarzyć się mogło.
Zdarzyć się musiało.
Zdarzyło się wcześniej. Później. Bliżej. Dalej.
Zdarzyło się nie tobie.

Ocalałeś, bo byłeś pierwszy.
Ocalałeś, bo byłeś ostatni.
Bo sam. Bo ludzie. Bo w lewo. Bo w prawo.
Bo padał deszcz. Bo padał cień.
Bo panowała słoneczna pogoda.

Na szczęście był tam las.
Na szczęście nie było drzew.
Na szczęście szyna, hak, belka, hamulec,
framuga, zakręt, milimetr, sekunda.
Na szczęście brzytwa pływała po wodzie.

Wskutek, ponieważ, a jednak, pomimo.
Co by to było, gdyby ręka, noga,
o krok. o włos
od zbiegu okoliczności.

Więc jesteś? Prosto z uchylonej jeszcze chwili?
Sieć była jednooka, a ty przez to oko?
Nie umiem się nadziwić, namilczeć się temu.
Posłuchaj.
jak mi prędko bije twoje serce.