http://wyborcza.pl/1,75478,11200927,Zeby_nauczyciel_nie_bal_sie_ucznia.html
czytaj tutaj
czytaj tutaj
Przede wszystkim muszę stwierdzić, że po 1,5 roku pracy w szkole dla trudnej młodzieży niestety nie znalazłam w tym tekście nic ani zaskakującego, ani bulwersującego. Kto uważnie i regularnie śledzi mój blog ten wie, że podobne chamskie zachowania jak te opisane w artykule, są u nas na porządku dziennym. Myślę, że paradoksalnie ja i reszta Grona Pedagogicznego jesteśmy w związku z tym w lepszej sytuacji, niż przeciętny belfer uczący w tzw. normalnym gimnazjum. Dlaczego? Nam po prostu nie opada szczęka do kolan, kiedy spotykamy się z wulgarnymi odzywkami [bo słyszeliśmy już gorsze rzeczy], wiemy doskonale, że nie należy przynosić ze sobą na zajęcia żadnych napojów [chyba, że w zakręcanej butelce, którą trzymamy w torbie albo zamykanym biurku], a klucz od sali odruchowo chowamy do kieszeni [bo inaczej "zniknie"]. Wiemy, że dzieciaki po drugiej stronie biurka są zaburzone emocjonalnie, po ciężkich przeżyciach, a większość z nich ma kuratora albo postępowanie karne w toku. Zdajemy sobie sprawę, że przemoc jest nieodłącznym składnikiem ich codziennego życia, a zatem naprawdę nie ma żadnego powodu, by w szkole wyzbyły się jej na te kilka godzin. My, nauczyciele, jesteśmy zatem - przynajmniej w teorii - psychicznie nastawieni na to, że w każdej chwili możemy spodziewać się niewybrednego ataku w naszą stronę, na który trzeba będzie zareagować.
A jak zareagować? Dobre pytanie... Przywołany przeze mnie artykuł mówi o uruchomieniu specjalnej komórki interwencyjnej, która będzie między innymi prowadziła szkolenia dla nauczycieli pokazujące im, jak sobie radzić z agresją i przemocą w szkole. Jakie mam zdanie na ten temat? No cóż, warto od czegoś zacząć, choć bardzo wygląda mi to na typowe ministerialne myślenie na skróty: aha, to my teraz wyślemy belfrów na szkolenia, nauczymy, potem może jeszcze jakiś im egzamin przeprowadzimy, statystykami się pochwalimy [bo w końcu "tylu-a-tylu" pedagogów wyszkoliliśmy...] i wszystko będzie pięknie. A jeśli mimo wszystko coś pójdzie nie tak i nauczyciel po takim szkoleniu dalej nie będzie sobie radził z dzieciarnią, to znaczy, że jest dupa i powinien zmienić zawód. No bo jak to tak? Przecież był na szkoleniu, więc o co chodzi?
Nie zrozumcie mnie źle - nie jestem przeciwna tego typu kształceniu. Sama jeszcze w czasie studiów ukończyłam większy warsztat pt. "Jak sobie radzić z agresją i przemocą w szkole" oraz później szereg mniejszych, kilkugodzinnych szkoleń w ramach podnoszenia kwalifikacji zawodowych. Jeszcze nim obroniłam magistra i wylądowałam najpierw w zwyczajnym liceum, mogłam bez zająknięcia wyrecytować, czym różni się agresja od przemocy, jakie są typowe zachowania sprawcy, ofiary i świadka, jakie przeżywają emocje, jak z nimi rozmawiać. Mogłoby się więc wydawać, że byłam świetnie przygotowana do tego, co mnie spotkało w Zoo. I co? Jeśli cofniecie się do początkowych wpisów na tym blogu, wyczytacie, jak bardzo byłam przerażona tym, co zobaczyłam i usłyszałam, jak często czułam się bezradna, sfrustrowana - albo najzwyczajniej w świecie bałam się o własne bezpieczeństwo.
Co z tego, że świetnie opanuje się teorię? W warunkach lekcyjnych na reakcję masz sekundę, nie ma czasu na analizowanie, zastanawianie się, co uczeń chce ci powiedzieć swoim zachowaniem, jakie potrzeby sobie w ten sposób zaspokaja. Mało tego - sam przecież nie jesteś cyborgiem i nie ma co się oszukiwać, jego wulgarność i chamstwo uderza w ciebie bezpośrednio, dotyka cię, a zatem i u ciebie pojawiają się trudne emocje, nad którymi w sekundę musisz zapanować dla własnego dobra. Raz ci się to uda, a raz nie... Do czego zmierzam? Fajnie mieć wiedzę, ale w kryzysowej sytuacji albo umiesz się odnaleźć, albo nie - i kropka. Co zabawniejsze - nie łudź się, że nawet jeśli właściwie zareagujesz dziewięć razy, to uda ci się to również po raz dziesiąty. Albo że reakcja, która sprawdziła się w przypadku Jasia, da tak samo dobry rezultat w przypadku Stasia. Można powiedzieć, że zachowanie ucznia to nie równanie matematyczne - albo takie równanie, w którym występuje zbyt dużo zmiennych mających wpływ na ostateczny wynik. Tu nie ma nic stałego, powtarzalnego. Mówiąc brutalnie i wprost, na świry nie ma sposobu, chyba, że się jest jednym z nich.
No dobra, Dragonka-Mądralo, to zamiast wytykać niedoskonałości szkoleń i pokazywać, że w ostatecznym rozrachunku to wszystko i tak nie ma sensu, powiedz lepiej, jaki ty masz pomysł na okiełznanie tego całego szkolnego burdelu? Jakoś to się przecież musi toczyć, skoro to całe twoje Zoo jeszcze nie wyleciało w powietrze?
Tjaa... Myślę, że najlepsze, co można zrobić dla nauczycieli, to zapewnić im maksymalnie bezpieczne warunki do wykonywania zawodu. Muszą czuć się bezpiecznie zarówno fizycznie, jak i psychicznie. Co mam na myśli? Dobrze, jeśli w szkole jest sprawnie działająca ochrona, pilnująca, by nikt obcy nie pałętał się po budynku, świetnie, jeśli zainstalowany jest monitoring. Do tego rzecz jasna dołożyłabym wiedzę [tu ukłon w stronę szkoleń] - co w ramach prawa wolno, czego nie wolno, jakie są procedury reagowania, gdy dzieje się coś złego [zakładam, że takie procedury w szkole istnieją, bo jeśli nie, to robi się dramat!]. Odwołując się do treści artykułu - wspomniano tam o prawie, które daje nauczycielom status funkcjonariusza publicznego i w związku z tym przewiduje kary za znieważenie go w związku z pełnioną funkcją. Warto, by uczniowie mieli świadomość, czym może skończyć się zbluzganie belfra, a pedagodzy KORZYSTALI z tego prawa i by nie patrzono na nich z tego tytułu jak na wariatów.
To wszystko wpływa na poczucie bezpieczeństwa fizycznego. A psychiczne? Nauczyciele w każdej placówce muszą stanowić niewzruszony, jednolity front. Trzeba przyjąć, że na takie sytuacje nie ma mocnych i że każdemu może trafić się coś, z czym sobie nie poradzi. Hasło typu: "Nie umiesz - to zmień zawód" jest najgłupszym, jakie można wtedy wygłosić, bo po pierwsze niczego nie załatwi, a po drugie jeśli sam nauczyciel poczuje, że rzeczywiście ma dosyć, to przecież i tak odejdzie prędzej czy później. W szkole musi być klimat wzajemnego zrozumienia i chęci pomocy - tak, by żaden pedagog nie ukrywał problemów w obawie, że go wyśmieją lub wywalą z roboty. Jak to wygląda w praktyce u nas w Zoo? Ano mam zapisane PRYWATNE numery komórkowe do Wice, do Pedagożycy [nie mówiąc już o zwykłym numerze do szkolnego sekretariatu] i wiem, że jeśli na lekcji sytuacja zrobi się niebezpieczna, to mam się nie wstydzić i dzwonić w sprawie interwencji. To nie jest puste gadanie - korzystałam z tego kilka razy w pierwszym semestrze pracy i nikomu korona z głowy nie spadła. Poza tym, za ścianą są przecież inne klasy, inni nauczyciele, więc jeśli u sąsiada robi się podejrzanie głośno czy uznamy, że dzieje się coś niepokojącego, to z własnej inicjatywy zaglądamy i sprawdzamy pod byle jakim pretekstem, czy nie trzeba pomóc. Nikt tego nie traktuje jako wtrącanie się - to jest troska i świadomość, że następnym razem to ja mogę potrzebować pomocy. Prosty przykład opisany w poście Wejście Smoka - zauważcie, kiedy tych dwóch uczniów zaczęło się bić, momentalnie na korytarzu "nie wiadomo, skąd" pojawili się inni nauczyciele, którzy pomogli mi w interwencji.
Na koniec chciałabym krytycznie skomentować dwie kwestie wspomniane w przywołanym artykule. Mowa jest tam o katechetce, która "zgasiła" wulgarnego ucznia czyniącego jej seksualne propozycje, odpowiadając mu w podobnym tonie. Skomentowano to tak: "Uzyskała to, co chciała, ale z wychowawczego punktu widzenia to nie sukces. Na agresję zareagowała agresją. Chłopak już jej nie podskoczy, ale będzie się zachowywał agresywnie w stosunku do innych". Hmm, moim Smoczym zdaniem w opisanej sytuacji kwestia "wychowawcza" jest zdecydowanie drugorzędna, bo jeśli skurczybyk jest na takim etapie, że bez mrugnięcia okiem mówi przy kolegach do katechetki "Zerżnę cię", to znaczy, że już ma coś pokrzywione i odcięcie się nauczycielki nie spotęguje jego agresywnego zachowania, bo ono i tak będzie, jakie było. Według mnie sposobów na zareagowanie mogło być rzecz jasna kilka, ale nie zapominajmy, że ta kobieta miała SEKUNDĘ na reakcję - i to w sytuacji, kiedy patrzą na nią inni uczniowie i tylko czekają na jej potknięcie. Uważam zatem, że poradziła sobie bardzo dobrze, koniec i kropka. Nie znaczy to, że w przypadku każdego cwaniaczka zdałoby to egzamin, ale akurat tutaj zadziałało i o to przecież chodziło. Na jej miejscu więc odpuściłabym sobie wyrzuty sumienia, kaca moralnego i analizowanie, czy mogłam postąpić inaczej. Nie, najwidoczniej W TEJ SYTUACJI nie mogłam i już. Najważniejsze, że sobie poradziłam.
Druga sprawa to rada ignorowania prowokacyjnego zachowania, którym jeden z dyrektorów kończy artykuł. Nie stoję na stanowisku, że należy zawsze i wszędzie reagować na każdą pierdołę, ale z całą pewnością wulgarne czy chamskie zachowania wymierzone w nauczyciela pierdołami już nie są. Z doświadczenia wiem, że brak reakcji nakręca ucznia i stymuluje go do jeszcze większej aktywności. Chciał przecież zwrócić na siebie uwagę, rozbić lekcję, wyprowadzić pedagoga z równowagi - skoro więc mu się to nie udało, to spróbuje czegoś innego, tym razem już bardziej hardcorowego. Powie ktoś, że dobra, ale w takim razie może ignorowanie jednak jest dobrym wyjściem, skoro celem delikwenta była nasza reakcja? Otóż uważam, że na dłuższą metę udawanie ślepego i głuchego obróci się przeciwko nauczycielowi. Reagować zdecydowanie trzeba - adekwatnie do sytuacji, konsekwentnie i bez względu na to, który z uczniów nas prowokuje. Dzieciaki muszą mieć poczucie, że to jest system, który nie działa wybiórczo, tylko niezawodnie. Akcja-reakcja, przyczyna-skutek. Czysty, bity behawioryzm.
Ależ się wymądrzam... Na dzisiaj ENTER :)
Ależ się wymądrzam... Na dzisiaj ENTER :)
Brawo, brawo,brawo. Nic dodać nic ująć.
OdpowiedzUsuńPozdrawiam Magda
Te wywody mądrych Panów Dyrektorów brzmią nieco jak wypowiedzi mojej pani od metodyki. Nauczyciel ma być PEDAGOGIEM! Żadnego spoufalania się, żartów (typu takie właśnie w miarę błyskotliwe odcinanie się uczniom)! Pedagog ma grzmieć znad blatu katedry, a nie schodzić w dół, ku śmiertelnikom! Coś w tym stylu. Ogólnie mało życiowe i niepraktyczne, moim zdaniem.
OdpowiedzUsuńTaki metodyk powinien chociaż tydzień popracować w Zoo, a dopiero potem się wypowiadać.
UsuńNadrabiam właśnie kilkutygodniowe zaległości sieciowe i przed chwilką dosłownie skończyłam czytać ten artykuł. I tak się właśnie zastanawiałam, cóż takiego znów niewłaściwego było w odpowiedzi tej katechetki? Zamknął się? Zamknął. Siadł na pupie? Siadł. To teraz można go wychowywać. Ale ja tylko pieski układam ;)
OdpowiedzUsuńRozumiem, że dla niej - jako dla katechetki - tego typu riposta jednak nie była czymś naturalnym i stąd potem kac moralny.
UsuńMasz rację, faktycznie, nie uwzględniłam tego, ze mowa o katechetce. Może istotnie czuła się zobowiązana do jakiś innych zachowań.
UsuńJa też dziś zaczęłam dzień od tego artykułu i specjalnie do Ciebie zajrzałam, żeby Cię o niego podpytać. A tymczasem Ty już napisałaś o tym.
OdpowiedzUsuńA swoją drogą, mnie to jednak przeraża, w perspektywie bowiem mam posłanie dziecka do szkoły. I zwyczajnie martwię się, czego ona się tam napatrzy :(
Szczerze? Przede wszystkim poszukaj Dziobalindzie dobrej szkoły, albo dbaj sama o jej edukację w domu, bo jeśli zdasz się na kształcenie publiczne, zrobią Ci z córki półmózga umiejącego tylko rozwiązywać schematyczne testy. Mówię całkiem poważnie, bo wiem, jak to wygląda w praktyce. Poziom kształcenia leci na łeb na szyję, nie ma kompletnie porównania z tym, jak my byłyśmy uczone.
UsuńZgadzam się ze wszystkim co napisałaś. Ale uważam, że wszystkie te rady nadają się tylko dla 80% łatwych przypadków. A co z 20% degeneratów, których nie można już wychować dobrym przykładem i upominaniem? Fajnie, że można zgłosić na policję obrazę urzędnika - to prawny krok w dobrą stronę, ale sąd zanim sąd wyciągnie konsekwencje (o ile w ogóle) dużo wody upłynie. Dla młodego degenerata sprawa jest jasna: ani nauczyciel, ani policja nie ukarali go za wykroczenie. Czyli jest bezkarny. Owszem kiedyś trafi do MOPu, poprawczaka, czy co tam prawo przewiduje, ale w międzyczasie będzie już prawdziwym przestępcą, a nie "tylko" zdegenerowanym uczniem. Kiedyś w ramach edukacji lano pasem, potem stwierdzono, że to nie zawsze dobra metoda. Teraz jesteśmy na drugim biegunie - wychowywać bezstresowo, co nie zawsze jest dobre. Uważam, że należy szukać złotego środka. Co praktycznie mogłoby oznaczać, że jednak ktoś (ochroniarz?, barczysty PAN pedagog?) ma prawo (lub nieformalne zezwolenie) wziąć biednego ucznia na stronę i zrobić mu z d... jesień średniowiecza. Brutalne? - jak dla mnie mniej niż chamskie wybryki, o których była mowa. Musi działać stara jak świat metoda kija i marchewki. Dopiero później autorytet, dobry przykład etc.
OdpowiedzUsuńPozdrawiam, Alpha Centauri
Alpha, weź pod uwagę, że ja jednak pracuję właśnie wyłącznie z tymi trudnymi przypadkami... Do MOWów się trafia dalej [patrz Dawidek, hehehe], tyle że faktycznie, to jest ostateczność i procedury zwykle sie ciągną. Wszystko zależy, na jakiego sędziego się trafi.
UsuńW kwestii kar cielesnych - może będziecie zaskoczeni, ale jestem zdecydowanie przeciwna. Uważam, że to działanie na skróty, a już tym bardziej w przypadku tych dzieciaków. Myślicie, że one się będą tego bały? Gdyby tak było, to już dawno odniosłoby to skutek - przecież one są lane od niemowlęctwa przez rodziców, a efekt jest tylko taki, że uczą się przemocy i tego, że siła jest jedynym argumentem, z którym warto się liczyć. A nie tego przecież chcemy je nauczyć, prawda?
Co zatem w zamian? Dobre pytanie, na które nie ma dobrej odpowiedzi. Na razie jej nie znam, jak popracuję w Zoo kilkanaście lat, to może będę mądrzejasza :) Moooże :)
No dobrze, ale oni już są nauczeni argumentu siły. Nie mówię, że należy ich utwierdzać w przekonaniu, że to dobre, ale jakiś kij musi być, żeby potem działać marchewką. Nawet jeżeli w domu ktoś stosuje kary cielesne, to podejrzewam, że unikaliby kar cielesnych w szkole. Chociażby z tego prostego powodu, że lepiej nie dostać lania niż dostać. Nie chodzi mi o to, żeby stosować terror i przemoc - chodzi mi o to aby KONSEKWENTNIE posługiwać się jakimś kijem i jakąś marchewką.
UsuńA wracając do owej katechetki - co ona osiągnęła? Rzuciła odpowiedź, której nikt się nie spodziewał i wszystkich na chwilę zatkało. I co dalej? W najlepszym razie młodzi znajdą sobie słabszego nauczyciela do drwin. W gorszym za miesiąc zapomną, że katechetka raz się postawiła i sytuacja się powtórzy w nieco innej wersji i znów będzie miała sekundę by wyjść z tego z twarzą. A chyba chodzi o to, żeby pokazać młodym, że to chamstwo, zło i be, prawda?
Pozdrawiam, Alpha Centauri
A może właśnie dlatego, że są nauczenie argumentu siły, to należy nauczyć ich czegoś innego? Piszesz: "Nawet, jeśli w domu ktoś stosuje kary cielesne" - cóż, wystarczy na nich spojrzeć, są wiecznie poobijani, to nie jest żadne "nawet" - to są ofiary przemocy i to już od czasów niemowlęcych... A lanie w szkole? Gwarantuję Ci, nie zrobiłoby na nich żadnego wrażenia, tak bardzo są do tego przyzwyczajeni. Morda nie szklanka, jak sami mówią.
UsuńZgadzam się co do KONSEKWENCJI, ale nie zgadzam się z tym, że "kij" musi być konkretnie kijem. Bicie nie jest karą, tylko zemstą, odwetem. Oni muszą ponosić KONSEKWENCJE swoich czynów. A tak to sobie wkalkulują na zasadzie [podaję przykład abstrakcyjny]: no dobra, za nazwanie polonistki "kurwą" przewiduje się 3 ciosy w głowę - ok, do przeżycia, nic nowego... To ja sobie ulżę, zbluzgam ją, dostanę w ryja i sprawa załatwiona.
Rozumiesz? Będzie uważał, że wszystko w porządku. Bo o co chodzi? Obraziłem nauczycielkę, za to zgodnie ze statutem dostałem w mordę i sprawa załatwiona. Jutro znów ją zbluzgam i znów dostanę w mordę... A morda nie szklanka...
Co osiągnęła katechetka? Moja odpowiedź będzie podyktowana doświadczeniem, bo uwierz, w takiej sytuacji jak ta kobieta byłam tyle razy, że już straciłam rachubę. Osiągnęła w tych warunkach to, co mogła, czyli opanowała sytuację. Wierz mi, w trakcie lekcji, kiedy taka sytuacja miała miejsce przy reszcie dzieciaków, to było cholernie ważne. Owszem, na tym się skończyć nie powinno - chłopak powinien zostać wezwany na rozmowę, o sprawie powinni zostać powiadomieni rodzice i tak dalej, cała historia powinna mieć ciąg dalszy. Ale to PO LEKCJI. W TAMTYM KONKRETNYM MOMENCIE zareagowała tak, jak umiała najlepiej i odniosła skutek. Bo środek lekcji to niestety nie czas i miejsce, by uczyć chama właściwych zachowań.
No cóż, mnie chodzi o przypadki, które można opanować w warunkach szkolnych. Jeśli do delikwenta nic nie trafia, to czeka go ten MOW, czy gdzie takich się wysyła. Tam są wychowawcy, którzy zajmują się tylko taką zdegenerowaną młodzieżą i teoretycznie mają większe możliwości zastosowania kija i marchewki - jeżeli to ośrodek zamknięty to np ograniczanie swobód. Jeżeli w szkole trafimy na przypadek beznadziejny to pozostaje tylko mieć nadzieję, że zanim zajmie się nim policja/sąd to nie skrzywdzi kogoś bardziej niż tylko obrazą słowną.
UsuńMoim zdaniem katechetka zareagowała właściwie, chciałem tylko zwrócić uwagę, że delikwent nic się nie nauczył, a jedynie został chwilowo poskromiony.
Pozdrawiam, Alpha Centauri
Mnie z kolei chodziło o to, że kary cielesne nie są dobrym rozwiązaniem [z różnych powodów, ale to dłuższy wykład :)], ale też daleka jestem od stwierdzenia, że szkoła dysponuje w ramach obecnego prawa wystarczającymi środkami, żeby "poskramiać" uczniów. Jasne, że mamy związane ręce jako nauczyciele...
UsuńW kwestii katechetki w takim razie uważam podobnie. Zgadza się, nic się nie nauczył - ale ona w tej sytuacji niewiele więcej mogła zrobić. Poza tym - myślisz, że on nie wiedział, że odezwał się karygodnie? Jasne, że wiedział - przecież właśnie dlatego to zrobił, żeby ją sprowokować czy zawstydzić.
Ok, wszyscy widzą, że teraz nie ma wystarczających środków. A dokładniej środki wystarczają na poskromienie załóżmy 80% normalnej młodzieży. W pozostałych 20% jest 2% niereformowalnych, którzy w każdej wersji pójdą na złą drogę. Najbardziej interesujące jest te 18%. Jakieś 13% przebuja się przez szkołę, ostatecznie życie da im popalić i zasilą grono słabo wykształconych chamów, którzy jedno w życiu umieją robić dobrze - kombinować. Jakaś część może się "nawróci" jak zajmie się nimi policja, postraszy ich prokurator,czy ktoś inny. Jakiś procent wyjdzie na ludzi w zupełnie nieprzewidywalny sposób - po prostu nagle odkryją swoje życiowe powołanie. Zawsze tak było - jakiś procent społeczeństwa nie potrafi się dopasować. Im szybciej ktoś się nimi zajmie tym większa szansa na dopasowanie. A co ma pełnić rolę kija? Coś co da rezultat w postaci korzystnego rozkładu procentów o których pisałem wcześniej.
UsuńOczywiście skoro teoretyzujemy, to najlepiej byłoby poprawiać rodziców, a nie dzieci, leczyć przyczyny, a nie skutki. Pewna część społeczeństwa po prostu nie nadaje się do roli rodzica. No ale to już science-fiction.
Pozdrawiam, Alpha Centauri
@Dragonella: Tak, tego się właśnie obawiam, a Ty moje obawy potwierdzasz. A ponieważ nie zaliczam się do grona szczęśliwców, których będzie stać na jakieś dobre szkoły (chyba, że bywają i dobre publiczne?), to mam nadzieję, że starczy mi sił, żeby samej dzieci w miarę możliwości dokształcać.
OdpowiedzUsuńMoże i istnieją jeszcze dobre publiczne szkoły - paradoskalnie myślę, że jest na to większa szansa w małych miasteczkach, "na prowincji", gdzie siłą rzeczy wszelkie zmiany zachodzą wolniej. Ale tak to... naprawdę, czytaj Dziobalindzie, rozmawiaj z nią, ćwicz z nią szlaczki [wypracować ruchy ręką!], a potem pisanie. Szkoła wsztystko zrobi po łebkach.
Usuń@Dragonella: To chyba dam radę zrobić. Pocieszyłaś mnie :) A powiem Ci, że najbardziej to mi zależy na tym, żeby dzieci nauczyć po prostu samodzielnego myślenia - czytania ze zrozumieniem, interpretacji, wyobraźni. Żeby nie łykały potem jak gęsi cokolwiek im się sprzeda w ładnym opakowaniu.
UsuńPrzede wszystkim wyrobić jej nawyk czytania i umiejętność wyszukiwania i selekcji informacji. Jak to będzie umiała, to jej szkoła nie zepsuje :)
UsuńUczylam przed wyjazdem do Afryki w szkole... nigdy tam nie wroce! Owszem ucze takze tutaj i roznie to bywa, ale szkola tutaj to dopiero wezwanie!
OdpowiedzUsuńSerdecznosci
Judith
Jedno na pewno: jeśli po uczeniu w polskiej szkole masz refleksję, że nigdy tam nie wrócisz - to z całego serca życzę Ci, żeby Twoje życzenie się spełniło. Nauczycielami powinny być wyłącznie osoby, które tego chcą, bo inaczej męczy się i on, i uczniowie.
OdpowiedzUsuńCo do wyzwań [bo pewnie o wyzwania Ci chodziło?] - jaki sens ma licytacja, kto ma lepiej, kto ma gorzej? Dla każdego jego problemy są ważne i istotne, bo dotyczą jego i to on musi je rozwiązać. Twoje dzieciaki mają problemy, moje dzieciaki mają problemy i nikt poza nimi tak naprawdę nie wie, na ile są ciężkie. Za to zarówno Ty, jak i ja [jako osoby dorosłe, w dodatku ich nauczycielki] jesteśmy po to, by im pomóc na tyle, na ile to możliwe. Ot i cała filozofia.
Pozdrawiam :)