Pomyślałam, że pójdę za ciosem i tym razem uraczę Was spisem książek, które z różnych powodów moim skromnym Smoczym zdaniem powinno się wyrzucić z kanonu lektur i tym samym oszczędzić dzieciakom mordęgi z nimi. Jedno małe zastrzeżenie na początku - odwołam się do własnej "kariery szkolnej", czyli do tych pozycji, którymi mnie katowano, kiedy jeszcze siedziałam w uczniowskiej ławce, a nie na belfrowskiej katedrze. Kanon lektur bowiem - co tu dużo nie mówić - trochę się zdążył zmienić z powodu reformy. Mnóstwo tekstów powylatywało, bo generalnie różne ministerialne mądrale co i rusz podnoszą lament [bynajmniej nie świętokrzyski...], że biedne dzieciaczki muszą czytać za dużo, a przecież szkoda na to czasu, który należy z większą korzyścią poświęcić na gry komputerowe i przesiadywanie na "fejs-zboku". Grubsze czy trudniejsze w odbiorze kniżki w ogóle się wywala, ewentualnie serwuje uczniom we fragmentach [najbardziej według mnie poroniony pomysł, na jaki ktoś mógł wpaść, bo istnieje duża szansa, że urywek wyjęty z całości da fałszywy obraz "tego, co autor miał na myśli"].
Ponownie zachęcam moich Drogich Czytelników do komentowania, dyskutowania i tworzenia swojej własnej anty-listy lektur. Przypomnijcie sobie Wasze największe szkolne koszmary, nad którymi usypialiście z nudów, a tymczasem wredny polonista stał nad Wami z batem wmawiając, że Was to zachwyca [a - jak słusznie zauważył Gombrowicz - jak zachwyca, skoro nie zachwyca? :)]. Przy okazji też nieśmiało przypominam o poprzednim poście i rankingu na najciekawsze szkolne książki. Naprawdę chciałabym poznać Wasze typy, bo upodobania przecież mogą być rozmaite i nie ma w tym naprawdę nic złego.
No dobrze, czas na Smoczą listę edukacyjnych gniotów...
1. Maria Konopnicka, "O krasnoludkach i sierotce Marysi" - ciarki przechodzą mnie na samą myśl o tym nudziarstwie. Zaserwowanie tak naiwnej, tendencyjnej i słodkiej bajeczki dziesięciolatce, która zdążyła już przetrawić mitologię grecką, Nowy Testament, nie wspominając o klasyce dziecięcej w stylu cyklu o Ani z Zielonego Wzgórza [całym!] czy "Jeżycjadzie" Musierowicz, było delikatnie mówiąc sporym nietaktem. Gdybym się dorwała do tego w przedszkolu, to może by mnie to jakoś zainteresowało, a tak kontakt z tym "dziełem" wspominam z perspektywy płaczu i zaganiania mnie do czytania siłą przez Seniorkę.
2. Nowelki i opowiadania pozytywistyczne - wiecie, te wszystkie "Antki", "Nasze szkapy" czy inne "Janki Muzykanty"... Z punktu widzenia kształcenia polonistycznego należy rzecz jasna w którymś momencie pokazać uczniowi, na czym polega taki gatunek literacki, jak nowela - ale czy koniecznie trzeba to robić już na etapie podstawówki i to na tak niezrozumiałych już obecnie przykładach? Dlaczego z uporem maniaka karmi się uczniów wizją wiejskiego chłopca zarąbanego za grę na skrzypcach albo dziewczynki upieczonej żywcem?
Jakie zatem nowelki bym zostawiła? Z obecnego kanonu "Mendla Gdańskiego", bo akurat tam problem antysemityzmu i narastającej nienawiści rasowej został przedstawiony w taki sposób, że się w ogóle nie przedawnił. Albo pójść całkiem w klasykę i uczyć na "Dekameronie". Z całą pewnością jednak zapoznanie uczniów z konwencją noweli śmiało zostawiłabym sobie na liceum.
3. Arkady Fiedler, "Dywizjon 303" - czyli historia o bohaterskich polskich lotnikach nadstawiających cztery litery za Anglików, którzy w podziękowaniu na koniec II wojny światowej się na nas uroczo wypną... Abstrahując jednak od mojej subiektywnej oceny z perspektywy historii [bo rzecz jasna nie miałam takiej świadomości w 5 klasie podstawówki, kiedy kazano mi to czytać], to najzwyczajniej w świecie wynudziłam się na tym jak mops.
4. Stefan Żeromski - no właśnie, co? Tutaj wypada zaznaczyć, że ja generalnie nie trawię Żeromskiego, bo działa mi na łupież jego wizja sprawiedliwości społecznej, a poza tym facet zdecydowanie powinien się podszkolić z gramatyki, bo w przeciwieństwie do Sienkiewicza w tej kwestii leży i kwiczy. W związku z powyższym każda lektura spod znaku tego pana wywołuje u mnie odruch wymiotny, ale chyba najgorszym przeżyciem był kontakt z "Ludźmi bezdomnymi". Nie mogę za cholerę zrozumieć, dlaczego niby pozytywnym, szlachetnym bohaterem ma być tu facet z syndromem DDA, który zatruwa życie sobie i Bogu ducha winnej kobicie, a czego się nie tknie, to spieprzy... Na terapię go wysłać, a nie do leczenia ludzi...
5. Eliza Orzeszkowa, "Nad Niemnem" - wiem, wiem, wielu z Was ta książka się bardzo podoba, ale jak wielokrotnie podkreślam, de gustibus non est disputandum... Dla mnie to tendencyjna historia, w której cała fabuła podporządkowana jest pokazaniu, na czym polega praca organiczna oraz praca u podstaw. Od pierwszego rozdziału wiadomo, jak toto się skończy, w dodatku para głównych bohaterów jest dla mnie zbyt natchniona i poważna, by udało im się wzbudzić Smoczą sympatię.
6. Maria Dąbrowska, "Noce i dnie" - czytałam to gdzieś tam w liceum, "bo wypadałoby znać". Zabijcie, poćwiartujcie, ale pamiętam tylko ogólny zarys. Lektura ciągnęła się jak flaki z olejem, Barbara działała mi na nerwy swoim rozmemłaniem, a Bogumił był postacią najwidoczniej tak bezbarwną, że w ogóle go nie pamiętam. Ekranizacji do dziś nie obejrzałam, bo skoro sam tekst mnie znudził, to po co mam się katować filmem?
7. Adam Mickiewicz, "Liryki lozańskie" - pomijam formę, ponieważ ja z definicji nie przepadam za stylistyką naszego narodowego wieszcza. Nie znaczy to, że odmawiam mu kunsztu, bo na to jestem rzecz jasna za cienka w uszach - po prostu "mnie nie zachwyca" i tyle. Wracając jednak do tego cyklu wierszy, na moje oko jest to zapis przeżyć faceta, który właśnie przechodzi kryzys wieku średniego i użala się nad sobą. Fuuuj... Zamiast wziąć się do czegoś konstruktywnego, to siedzi i biadoli, jaki to jest biedny i malutki. Darujcie, ale takich ludzi omijam szerokim łukiem.
8. Joseph Conrad, "Lord Jim" - znów, generalnie nie trafia do mnie jego stylistyka, będąca według mnie typowym przykładem przerostu formy nad treścią. Co do tej konkretnej książki - no zmęczyłam, ale znów pamiętam ją tylko w zarysach, więc widocznie mój mózg się ostro bronił przed jej przyswojeniem. Coś o facecie, który dał ciała, a potem przez całe życie się z tego powodu samobiczuje. Mam chyba alergię na mazgai.
9. Johann Wolfgang Goethe, "Cierpienia młodego Wertera" - może mi ktoś wytłumaczyć, jaki ma cel karmienie nastolatków historią o "emo", któremu książki zrobiły wodę z mózgu, a potem się nieszczęśliwie zakochał i zamiast próbować zdobyć ukochaną, to jęczy, biadoli, a na koniec nawet się zastrzelić porządnie nie potrafi? No ja rozumiem, że postać Wertera potrzebna jest jako kontekst do twórczości Mickiewicza [któremu się on odbija czkawką], ale to przecież wystarczyłoby tylko wspomnieć, że coś takiego napisano...
10. Kornel Makuszyński, "Szatan z siódmej klasy" - ot, przygodóweczka może dobra, jak każda inna, tyle, że obecnie już bardzo nieżyciowa. Jeśli chce się pokazać uczniom, na czym polega ten rodzaj stylistyki powieści, to swobodnie można znaleźć coś bardziej przystającego do naszych czasów. Poza tym sama postać głównego bohatera Adasia jest tak doskonała i krystaliczna, że przez to przeraźliwie nudna.
No i to by było na tyle. Teraz Wy... :)
Pozytywizm... pamiętam jaka to była dla mnie męka. Nuda, nuda i jeszcze raz nuda. A Mickiewiczem, za przeproszeniem, rzygam, bo w liceum omawialiśmy go chyba miesiąc z hakiem (6 lekcji polskiego w tygodniu), dużo dużo więcej niż naszego patrona, Norwida :)))
OdpowiedzUsuńHehehehe... ja chodziłam do szkoły imienia Mickiewicza :) Może nie, że całym rzygam, bo np. "Ballady i romanse" są super. Po prostu jestem zdania, że potem mu już za bardzo się patriotycznie odbijało, a jak już się dostał pod wpływ Towiańskiego, to w ogóle nie ma o czym mówić... Norwida to się nie dziwię, że robiliście mniej, bo co tu dużo mówić, jest po prostu trudny w odbiorze.
OdpowiedzUsuńPozytywizmu bym aż tak negatywnie nie oceniła, a jedynie nurt tendencyjny. Sienkiewicza cenię, Prusa cenię, a i Orzeszkowa też się wyrobiła [czytałaś "Chama"? rewelacja :)]. No i zagraniczna literatura tego okresu jest świetna.
Norwida wielbię, to dla mnie mistrz. Tym bardziej bolesne jest to, że był tak niedoceniany za życia i skończył w bidzie, podczas gdy choćby Adaś spijał śmietankę na salonach. To nie tak, że nie doceniam twórczości Mickiewicza, jedynie zmniejszyłabym proporcję między jego wielkością a uznaniem dla Norwida. Bo na hasło "Mickiewicz" chyba każdemu się coś w łepetynie pojawi, choćby "Pan Tadeusz", a na hasło "Norwid"? Hm... No był taki ktoś. Jest trudny w odbiorze, fakt, ale taką właśnie poezję podziwiam - słów tyle, ile trzeba, takie a nie inne, w takiej a nie innej kolejności. Jakby się same zrodziły, a nie zostały powołane na kartki przez człowieka.
UsuńNie czytałam "Chama". Szczerze przyznam, że miałam pozytywizmowstręt i przejechałam ten dział głównie na brykach. No nie mogłam, odrzucało mnie od tych "poprawnych" stron.
Adaś, co tu dużo nie mówić, był jak na tamte czasy celebrytą i zresztą dla samego Norwida również miał taki status, bo ten go przecież ogromnie podziwiał.
UsuńSam Norwid, no cóż, życiorys miał jaki miał, jego poezja nie była rozumiana za życia i nie lepiej jest dzisiaj. Szczerze przyznaję, że należę do grona tych osób, które jej "nie czają" i to pomimo studiów polonistycznych. Nie mówię tu rzecz jasna o tych kilku "szkolnych" wierszach, które zostały przeanalizowane na pięćdziesiątą stronę i chyba dla nikogo nie stanowią już zagadki.
"Cham" opowiada o prostej kobitce, która - delikatnie mowiąc - nie pasowała do swojego środowiska. Ja to interpretuję jako genialne studium choroby psychicznej, tym bardziej dobre, że przecież Orzeszkowa nie była psychiatrą.
Myśmy zmasakrowali "Promethidiona" - babeczka poprzydzielała fragmenty do osób i tak mieliśmy je przygotować. Nie muszę chyba mówić jak "świetnie" go zrozumieli, skoro każdy uczeń miał jeno kawalątek ;)))
UsuńSama musiałam szukać informacji na temat Norwida. W podręczniku było tylko kilka stron o nim, parę wierszy ("Larwa", "Nerwy", nieszczęsny "Promethidion" i może jeszcze coś, nie pamiętam), dziobnęliśmy go i sru! dalej. Grzebałam i szukałam książek o nim, wczytywałam się w kolejne wiersze i próbowałam je rozgryzać. Szkoda, że już się nigdy nie dowiem czy dobrze je rozumiem :))) Tylko sam poeta mógłby to potwierdzić.
Do dziś mam tak, że coś, co mnie zainteresuje, pochłaniam na kilogramy, a coś, co mnie odrzuca, odrzucam :))) Mogłam mieć spokojnie same 5 i 1 z polskiego - to by dobrze wyrażało mój stosunek do sztuki pisanej.
Nigdy już nie wyleczę się z traumy jaką przeżyłam czytając "Antka". Ta Rozalka, której trup leżał czerwony ze skórą gdzieniegdzie obłażącą, śniła mi się przez kilka tygodni, brr. Gdybym dopadła tego geniusza, który uczynił z tego lekturę dla bodaj piątoklasistów, włożyłabym go do pieca na trzy zdrowaśki.
OdpowiedzUsuńMyślę, że nie Ty jedna miałaś po tym koszmary. No paskudna historia dla dzieciaków i zgadzam się z Tobą, kretyn to władował na listę lektur.
UsuńNie dałam rady "Chłopom". No niestety. "Chłopom" mówię stanowcze "nie". Takoż w przypadku "Nad Niemnem". Nuuuuuuuuuda.
OdpowiedzUsuń"Noce i dnie" znam tylko z ekranizacji - pamiętam, że Barbara tak wdzięcznie krzyczała "Bogumił!", że do dziś z siostrą mówimy "Bogumił!" zamiast "Noce i dnie".
Natomiast, och wstyd mi teraz, ale uwielbiałam i uwielbiam Żeromskiego. Idę się teraz schować ;)
A nie, to mnie się "Chłopi" podobali, może dlatego, że zetknęłam się z nimi dość wcześnie [8 klasa podstawówki]. Co do Żeromskiego - ależ jaki wstyd, przecież ten pisarz swojego czasu był sumieniem narodu, ludzie wyczekiwali na jego nowe powieści z wypiekami na twarzy, a potem były przedmiotem dyskusji w prasie... Nic dziwnego, że się podoba. De gustibus i już :) Mnie tam drażni.
UsuńTen komentarz został usunięty przez administratora bloga.
OdpowiedzUsuńPonawiam prośbę o podpisywanie komentarzy. Anonimowe wpisy bez względu na treść będą kasowane.
UsuńMasz rację. Te nowele Antki, Janki Muzykanty i inne to zgroza. Cierpienia młodego Wertera to też masakra... Jak w ogóle można dzieciaki z podstawówki męczyć czymś takim? Ja na tym etapie nie chciałam w ogóle czytać, a lektury jeszcze bardziej mnie do tego zniechęcały. To był dla mnie koszmar. Pamiętam jak mama czytała mi nowelki na głos, żebym coś z tego wiedziała ://
OdpowiedzUsuńTeraz czytam, ale tylko to, na co mam ochotę. To jest właśnie urok skończenia szkoły...
PS Ja lubię książki takie jak Wołanie w Górach, W stronę Pysznej, Komin Pokutników... :P
No niestety nigdy nie będzie to w kanonie lektur szkolnych ...
Pozdrawiam!
Ja szczerze mówiąc nie znam żadnej z tych książek, o których wspomniałaś...
UsuńWażne jest jednak, by w ogóle coś czytać. Wszystko jedno, czy to lektura czy nie, a nawet od biedy - czy to literatura wysokich lotów, literatura fachowa czy jakieś tam czytadło do poduszki. Dopóki człowiek czyta, dopóty poszerza słownik i ćwiczy mózg.