W dobie niżu demograficznego, cięć budżetowych na oświatę i zamykania placówek edukacyjnych przez samorządy [w ramach oszczędności] każda szkoła walczy o ucznia, jak tylko może. Coś, co "za moich czasów" było nie do wyobrażenia - było nas w roczniku tylu, że szkoły mogły przebierać w dzieciakach, jak w ulęgałkach - teraz jest normą: każdy młody człowiek jest na wagę złota. Więcej uczniów = więcej klas = więcej godzin lekcyjnych = więcej etatów nauczycielskich... A małe szkoły się likwiduje, bo są nieekonomiczne.
Zoo jest w dość specyficznej sytuacji, ponieważ (jak wiadomo) trafia do nas narybek szczególnego sortu - czyli taki, który nie ma szans na naukę gdziekolwiek indziej. Tym niemniej nawet my musimy reklamować naszą placówkę i starać się, by wylądowało u nas jak najwięcej młodzieży. Nowe małpki pozyskujemy głównie drogą agitacji w normalnych gimnazjach i podstawówkach - rozpuszczamy wici wśród tamtejszych pedagogów i psychologów, że istnieje takie miejsce, gdzie mogą wykopać delikwenta, z którym absolutnie nie mogą sobie dać rady. Oprócz tego zostawiamy ulotki [które, notabene, sama redagowałam...] we wszelkiego rodzaju świetlicach, pogotowiach opiekuńczych, centrach interwencji kryzysowych czy poradniach psychologiczno-pedagogicznych.
Inną możliwością pozyskiwania uczniów jest udział w różnego rodzaju Targach Edukacyjnych, organizowanych kilka razy do roku na terenie miasta. Wiecie zapewne, na czym polegają takie imprezy - szkoły dostają do dyspozycji stoiska, na których rozkładają plansze, banery i inne bajery, rozdają cukierki i firmowe długopisy, a przede wszystkim ustami swoich wychowanków oraz nauczycieli starają się zachęcić przybyłych uczniów do wyboru właśnie tej placówki. Oczywiście Zoo ma tu utrudnione zadanie, ponieważ na takie targi przychodzi zwykle ambitna młodzież, która świadomie chce wybrać szkołę najlepszą dla siebie. Co tu dużo ukrywać - zdecydowanie nie nasza klientela, tym niemniej nie zaszkodzi spróbować i w ten sposób. Jak wiadomo, tonący "brzydko" się chwyta :)
Dziś właśnie byłam jedną z osób oddelegowanych do udziału w takich targach. Czemu ja? Otóż w ramach zareklamowania szkoły - bo przewidziany został czas, w którym placówki mogły zaprezentować krótki program artystyczny - zmobilizowałam moje Muppety [bo tak w końcu postanowiłam pisać o moich osobistych małpiątkach] do wyrecytowania krótkiego wierszyka. Czym jest przygotowanie z naszą młodzieżą bodaj mikroskopijnego przedstawienia, to możecie sobie przeczytać tutaj, tym niemniej przychodzą takie chwile, że trzeba - i trudno. Wybór padł na stary, PRL-owski utwór Tuwima "Wszyscy dla wszystkich", traktujący o tym, jak ważna jest praca różnego rodzaju rzemieślników, którzy wspólnie pracują dla ogólnego dobrobytu. A że jesteśmy szkołą przysposabiającą do wykonywania zawodu już na poziomie gimnazjum [tzn. dzieciaki mają tygodniowo 6 godzin warsztatów, podczas których uczą się robić konkretne rzeczy pod kierunkiem nauczycieli zawodu], to taki siermiężny wierszyk pasuje do nas idealnie. No i Dragonka dostała bojowe zadanie wytypowania i wytresowania małpiątek, które zgodziłyby się pojechać na targi i wystąpić.
Wybór padł na cztery Muppety z mojej klasy: Daniela [w gruncie rzeczy dobry chłopak, tylko notoryczny wagarowicz po traumie rodzinnej], Emilkę, Młodą Gniewną [tych dwóch pań przedstawiać już chyba nie trzeba] i Patrycję [też fajna dziewczyna, tylko nie panuje nad złością, wagaruje, a rodzice kompletnie sobie z nią nie radzą]. Każde dostało zwrotkę do nauczenia się [4 linijki!], ćwiczyliśmy do znudzenia, uczyłam ich, jak mówić wooolnooo, wyraźnie, jak należy ładnie stanąć podczas recytacji. No i dobra - szczegóły dogadane, każdemu wytłumaczyłam, jak ma dojechać i na którą godzinę.
Przyjeżdżam dziś rano na miejsce targów, a tam czekają na mnie tylko Daniel, Emilka i Patrycja. Okazało się, że Sylwia wysłała z samego rana smsa do tej ostatniej z lakoniczną wiadomością, że jej jednak nie będzie. Szczerze mówiąc zrobiło mi się tak po ludzku przykro, co rzecz jasna jej powiem, jak tylko się spotkamy po feriach. Rozmawiałam z nią poprzedniego dnia telefonicznie, wyjaśniłam, którym tramwajem ma dojechać i jak trafić na miejsce targów - jeśli się z jakiegokolwiek powodu rozmyśliła, miała okazję, by mi o tym powiedzieć. Dalej, jeśli nawet wypadło jej coś ważnego w ostatniej chwili [w co, szczerze mówiąc, nie wierzę], to miała mój numer telefonu i mogła mnie osobiście powiadomić. Ale ona wolała zachować się jak niedojrzała smarkula, która nie potrafi wziąć odpowiedzialności za własne decyzje. I to mnie właśnie boli najbardziej - nie to, że postawiła nas pod ścianą i w rezultacie biedna Patrycja miała dosłownie godzinę, by nauczyć się zwrotki Sylwii [bo ktoś przecież musiał ją wyrecytować]. Wkurzyło mnie to, że Młoda Gniewna nie potraktowała mnie [i swoich kolegów z klasy] poważnie i nie miała nawet tyle cywilnej odwagi, by swoją decyzję zakomunikować mi wprost.
Powiem jej to spokojnie i otwarcie. A także przypomnę dziewczęciu, że na półrocze poszłam jej na rękę i nie wystawiłam jej enkaela z polskiego, przymykając oko na zbyt dużą ilość godzin nieusprawiedliwionych. Ale co się odwlecze, to nie uciecze, bo przecież pod koniec roku szkolnego zliczam im WSZYSTKIE godziny jeszcze raz. Powiem zatem Młodej Gniewnej, że radzę jej dokładnie pilnować ilości wagarów, bo tym razem nie podaruję nawet jednej nieusprawiedliwionej nieobecności ponad wymaganą przepisami normę. Dosłownie, nawet jednej. Nieważne, jakie będzie miała przy tym oceny - jeśli przegnie z wagarami, czeka ją egzamin klasyfikacyjny.
A jak poszedł występ pozostałej trójce Muppetów? Byli tak zdenerwowani, że aż się rozczuliłam. Biednemu Danielowi tak trzęsły się ręce, że obawiałam się, iż wypuści z rąk mikrofon. KAŻDE pomyliło się w swoim tekście. Ale rzecz jasna - to nie ma absolutnie żadnego znaczenia. Ważne, że wyszli, powiedzieli i przez chwilę poczuli się reprezentantami swojej szkoły. Po skończonym występie wzięłam ich na bok, przytuliłam, podziękowałam i powiedziałam, że jestem dumna z tego, że dali radę. Oraz że wstawię im po piątce z języka polskiego "z recytacji". A co mi tam...
Jedni mogą podołać, choć strasznie się stresują. Inni zaś spokojnie to oleją, bo tak. A że kogoś przy okazji zawiodą? Życie.
OdpowiedzUsuńAno, życie - i Małpki. Przykro mi, że to akurat Sylwia.
UsuńCzłowiek liczy na kogoś, a tu taki kop w zad. Najlepiej byłoby mieć na wszystko wy....ne i żyłoby się spokojniej. Łatwo powiedzieć, nie?
UsuńDrago, pełny szacun za to co wnosisz do tej szkoły...a swoją drogą- oczami wyobraźni zobaczyłam stoisko na Targach Edukacyjnych, a za nim zieloną Smoczycę i troje Muppetów...:)))))
OdpowiedzUsuńMag, ja to jestem cienki bolek z wnoszeniem czegokolwiek... Na te dzieciaki nie ma reguły.
UsuńWyobraźnię masz waćpanna bardzo rozwiniętą :)