Prawa autorskie

Wszystkie teksty publikowane na tym blogu są mojego autorstwa. Jeśli jest inaczej, wtedy zaznaczam, że jest to cytat. Kopiowanie i rozpowszechnianie treści tej witryny bez mojej zgody jest niezgodne z prawem.

[Dz.U. z 1994 r. nr24, poz. 83]

wtorek, 26 lipca 2011

Żółte wiaderko

    Powiadają, że matematyka jest królową nauk. Cóż, może i tak - ale co z tego, skoro życie nie jest logiczne? Jak mogłoby być, skoro ludzie nie są logiczni? A już z całą odpowiedzialnością filologa zaznaczę, że na pewno nie jest taki język. Oczywiście, rządzą nim pewne reguły... od których naturalnie zaraz jest cała masa wyjątków. I nie może być inaczej, ponieważ język ŻYJE - razem z jego użytkownikami. Jeśli słowo, które jest niezgodne z daną regułą gramatyczną [czyli - błąd] będzie z jakiegoś powodu używane przez dużą ilość ludzi przez dłuższy czas, to wkrótce stanie się poprawne. A dlaczego? W myśl ostatecznej, niepodważalnej reguły zwanej z łacińska "uzus", czyli: "bo tak - i już" :)
    Ten filozoficzno-filologiczny wstęp posłuży mi do zaprezentowania Wam sylwetki kolejnego mojego niemieckiego ucznia, Arnolda, który zastąpił niezadowoloną z kursu Irene. Ów mężczyzna ma zasadniczo dwa problemy. Po pierwsze: jest matematykiem, po drugie: jest odrobinę [?] niezrównoważony emocjonalnie.
    Arnold, jak sam wyjaśnił, od piętnastu lat jest żonaty z Polką, ale mieszkają na stałe w Berlinie. I naturalnie ze swoją połowicą rozmawiają na co dzień po niemiecku. Coś go jednak natchnęło - nie wiem po prawdzie co, chyba tylko ciekawość - i postanowił w końcu zacząć posługiwać się polszczyzną. A ponieważ żona nie jest w stanie wytłumaczyć mu gramatyki w sposób zwięzły i logiczny, to wylądował na wakacyjnym kursie.
    Przyjechałam do szkoły wcześniej celem zapolowania na sprawny odtwarzacz CD [okazało się bowiem, że owszem, jest ich w placówce sporo - tyle, że nie wszystkie działają...]. W momencie, kiedy otworzyłam drzwi do pokoju lektorów, dopadła mnie sekretarka zawiadamiając ze słodkim uśmiechem, że podsyła mi ucznia, którego nurtuje jakieś bardzo ważne pytanie, a o tak wczesnej porze jestem jedyną lektorką w szkole. Jak wiadomo, klient nasz pan, a jego zadowolenie jest priorytetem, więc chcąc nie chcąc zamiast spokojnie wypić kawę i jeszcze raz przejrzeć materiały do zajęć, jak to miałam w planach, musiałam z uśmiechem powitać słuchacza i zapytać, w czym ma problem. No i zaczęło się...
    Po pierwsze Arnold zapytał w języku Shakespeare'a, czy mówię po angielsku. Odparłam powoli w swojej ojczystej mowie, że tak, ale lepiej będzie, jeśli spróbujemy dogadać się po polsku. Mężczyzna westchnął lekko poirytowany, ale mimo to rozpoczął wyłuszczanie problemu. Zaznaczył na wstępie, że jest matematykiem, więc chciałby mieć wszystko poukładane po kolei, logicznie, najlepiej za pomocą tabelek i wykresów. W związku z tym do nauki polskiej gramatyki zażądał zestawienia WSZYSTKICH końcówek deklinacyjnych, tak, żeby mógł sobie je wryć, a potem stosować, bo jak je zobaczy w jednym miejscu, to mu się wszystko w głowie samo poukłada. Jako filolog  - i to jeszcze z wykształceniem pedagogicznym - wiem, że spełnienie jego prośby przyniosłoby dokładnie odwrotny skutek z prostej przyczyny: tego jest najzwyczajniej w świecie za dużo. Mamy siedem przypadków rzeczownika, dwie liczby, trzy rodzaje w liczbie pojedynczej, a dwa w liczbie mnogiej, do tego dochodzą zależności w rodzaju, czy coś jest żywotne, czy nieżywotne, abstrakcyjne, czy konkretne, a czy kończy się na samogłoskę, czy na spółgłoskę, a czy ta spółgłoska jest miękka, funkcjonalnie miękka, czy twarda... Dużo, prawda? Owszem, niezły mętlik nawet dla Polaka [przypomnijcie sobie, ile razy zastanawialiście się, jak powiedzieć poprawnie: potfela czy portfelu? mecza czy meczu? a słynny cytat z kultowego filmu: "temu misiu"...?] - a co dopiero dla obcokrajowca, który ledwo rozpoczął naukę. Podstawowym przykazaniem lektora jest więc podawanie tej wiedzy STOPNIOWO, w jak najprostszej formie i to najlepiej w powiązaniu ze słownictwem i sytuacjami komunikacyjnymi. O co chodzi? Ano na przykład zwykle najwcześniej wprowadza się narzędnik [czyli: kim? czym?], bo okazja do jego zastosowania trafia się już na początkowych lekcjach, kiedy uczymy słuchaczy, jak mają się przedstawić i powiedzieć parę słów o sobie. No proszę bardzo: Mam na imię Arnold. Jestem [kim? czym?] Niemcem. Jestem [kim? czym?] matematykiem. Interesuję się [kim? czym?] ekonomią i polityką. Proste, przejrzyste, a uczeń ma poczucie, że już coś o sobie potrafi powiedzieć. Wychodzi więc z zajęć zadowolony i oddycha z ulgą, że język polski nie jest aż tak straszny, jak mu się wydawało.
    Mając to wszystko na uwadze, powiedziałam Arnoldowi dokładnie to, co Wam teraz wyłuszczyłam, tylko rzecz jasna prostszymi słowami: że wszystko mu się pomiesza i lepiej dla niego będzie, jeśli stopniowo opanuje potrzebne reguły w toku zajęć. Mężczyzna zirytował się jeszcze bardziej, drugi raz podkreślił, że "jest matematykiem" [czyżby to był osobny gatunek ludzki...?] takim tonem, jak by to tłumaczyło wszystko - i że MUSI zobaczyć te tabelki, najpierw wryć końcówki, a potem nauczy się, kiedy je stosować. Stwierdziłam bardzo spokojnie, że powinno być dokładnie odwrotnie, a poza tym co zrobi z wyjątkami, których jest w języku polskim cała masa? Wszystkich nie wryje, nie ma szans. W tym momencie na moich oczach nastąpiło przeistoczenie się z faceta zbliżającego się do czterdziestki w małego chłopca, który "teraz-zaraz-już" musi mieć to żółte wiaderko - nieważne, że właśnie bawi się nim Marysia lub że wpadło w psią kupę i mamusia musi najpierw je umyć - nie, nieee, jaaa chcę żółte wiaderkooo!!! Arnold zaczął kategorycznie domagać się tabelek deklinacyjnych tonem nie znoszącym sprzeciwu, podnosząc głos, żywo gestykulując i naturalnie przechodząc na język angielski, który zna w stopniu zaawansowanym, a więc umożliwiającym swobodniejsze wyrażanie emocji. Wypisz wymaluj jak niektóre moje Małpki... A ponieważ nie mogłam postukać mu się wymownie w czoło [klient nasz pan!], to resztę wolnego czasu poświęciłam najpierw na poszukiwania książki, w której owe tabelki się znajdują, by mu je skserować dla świętego spokoju - a ponieważ jej nie znalazłam, to zaczęłam sama, na własną rękę dyktować mu końcówki pierwszych przypadków obiecując, że jak tylko zlokalizuję właściwą książkę, to dostanie swoje żółte wiaderko... to jest tfu, tabelki deklinacyjne.
    Ale to okazało się być jedynie preludium. Do kolejnego wybuchu doszło już na zajęciach. Ćwiczenie polegało na udzieleniu przeczącej odpowiedzi na zadane pytania. W praktyce oznacza to zamianę biernika na dopełniacz. Sami zobaczcie: Czy lubisz [biernik: kogo? co?] fizykę? Nie, nie lubię [dopełniacz: kogo? czego?] fizyki. Końcówki biernika poznali z drugą lektorką na poprzednich zajęciach, nie przypuszczałam więc, że ćwiczenie okaże się niejasne. Niestety, Arnold nie załapał, że w pytaniach zastosowano bierniki i wykonał całe zadanie tak, jak by to były końcówki mianowników, w związku z tym kiedy przepuścił je mechanicznie przez swoje prywatne tabelki, to powychodziły mu kompletne bzdury. Kiedy odkrył pomyłkę, zaczęła się jazda. Wierzcie lub nie, ale facet mało się nie rozpłakał. Zaczął krzyczeć - najpierw po polsku, potem po angielsku, a na końcu już po niemiecku do swoich krajan - że właśnie dlatego chciał mieć całe, kompletne zestawienie gramatyczne przed zajęciami i to jest efekt, że go nie dostał. Mógł korzystać tylko z własnych, niekompletnych notatek, a gdyby dysponował całością, to na pewno by się zorientował, ale nikogo się nie mógł doprosić, a teraz wyszedł na durnia.
    Szczerze mówiąc - zdębiałam. W Zoo takie wybuchy są na porządku dziennym, ale przypominam, że tu mam przed oczami poważnie wyglądającego, zdecydowanie starszego ode mnie mężczyznę, który krzyczy, macha rękami, a oczy ma takie, jak ja po krojeniu cebuli. Wiedziałam, że tłumaczenie mu czegokolwiek w tym stanie jest bezcelowe. Zaczęłam go więc uspokajać - z jednej strony cichym, ale stanowczym głosem mówiąc, żeby nie podnosił na mnie głosu, z drugiej wyjaśniając najprościej, jak umiałam, na czym polegało nieporozumienie i że jeśli "podstawi sobie" do tych swoich ukochanych tabelek końcówki biernika, to mu będzie się wszystko pięknie zgadzało. Pozostała dwójka słuchaczy patrzyła na Arnolda podobnie jak ja okrągłymi ze zdziwienia oczami i wyraźnie zmieszani zaczęli go po niemiecku uspokajać. Trochę to jednak potrwało, nim biedaczyna odzyskał panowanie nad sobą.
     Po przeprawie z "jajkiem mądrzejszym od kury" mamy więc do czynienia z "wyrośniętym chłopczykiem". Arnold musi wiedzieć wszystko jak najszybciej i jak najdokładniej, jest przy tym ogromnie niecierpliwy, a w jego słowniku nie ma wyrazu "później". Jeśli nie dostanie zadowalającej go odpowiedzi, albo jej nie zrozumie lub nie potrafi czegoś zrobić, popada w frustrację. A ponieważ najwidoczniej ma problem z kontrolowaniem negatywnych emocji, to ową frustrację wyładowuje natychmiast i to w sposób głośny, gwałtowny, zmuszając cały świat, by rzucił wszystko i zaczął kręcić się wokół jego ukochanego żółtego wiaderka...

7 komentarzy:

  1. Hmmmmm...mój Kolega ze Srilanki(żonaty z Polką) umie przywitać się z teściową i złożyć życzenia z różnych okazji,za to mówi płynnie po holendersku,angielsku i francusku->czytaj JEZYK POLSKI BYĆ TRUDNA....

    OdpowiedzUsuń
  2. Jako osoba uprawniona do uczenia języka polskiego obcokrajowców mogę na to odpowiedzieć - sratatata :) Nie jest trudniejszy od francuskiego, a od angielskiego ma prostsze słownictwo. A Twój kolega po prostu powinien trafić w ręce wykwalifikowanego nauczyciela. Nie tacy już język polski opanowywali :)

    OdpowiedzUsuń
  3. A mnie, Smoczyca, chodzi po glowie Pio Baroja, ciagle i nieustajaco :))) Mam ubaw, kiedy mnie pytaja tutaj o polski. To, ze nie slysza roznicy pomiedzy PROSZE i PROSIE, to pikus. I cudnie sie zapluwaja przy slowach - mozdzek na rzysku (kropki sobie dostawcie :).
    I jeszcze jedno... a propos komenta do Michala - nie pisze sie przypadkiem prostszy?

    OdpowiedzUsuń
  4. A jak jest napisane, hę...?

    Niemcy natomiast nie słyszą różnicy między "i"/"y", więc dla nich nie ma różnicy między zdaniami: "Antek był w dyskotece" a "Antek bił w dyskotece" :) Każda nacja ma takie kwiatki. Azjaci nie mają opozycji dźwięczna/bezdźwięczna i to jest dopiero jazda, skoro np. p/b, t/d to dla nich ten sam dźwięk...

    OdpowiedzUsuń
  5. Zauważyłam, ze masz niesamowity dar do przyciągania oryginalnych ludzi, alem bystrzacha, co ? (o zwierzętach już nie wspomnę...) :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Coś w tym niestety jest... Ale przynajmniej mam o czym pisać posty.

    OdpowiedzUsuń
  7. Z Azjatami, uczącymi się polskiego, w ogóle jest ciekawie... ale to już temat na całkiem inną historię ;)

    OdpowiedzUsuń