Spieszę donieść, że intensywny kurs wakacyjny nauki języka polskiego właśnie stał się historią. Wczoraj uczniowie pod koniec ostatnich zajęć bardzo ładnie mi podziękowali, a potem wręczyli pudełko czekoladek [wyprodukowane w Austrii, jak sprawdził Hipopotam]. Wyglądali na zadowolonych - no cóż, mam nadzieję, że naprawdę moje lekcje okazały się dla nich pomocne. I że w ankietach dla szkoły wystawią mi pozytywną opinię, to jest szansa, że jeszcze mnie tam zatrudnią :)
Kiedy opowiadałam o lekcjach Seniorce zainteresowało ją, w jaki sposób tłumaczę słówka czy gramatykę obcjokrajowcom, którzy są na poziomie początkującym, nie stosując żadnego pomocniczego języka. Oczywiście, w awaryjnych sytuacjach wplotę jakiś angielski lub łaciński zwrot [zwykle po to, by wytłumaczyć termin gramatyczny - że dajmy na to liczba pojedyncza to singularis, a dopełniacz to genetivus], ale w miarę możliwości staram się tego unikać. W końcu słuchacze i tak przebywają w Polsce, bezustannie są bombardowani naszą mową, warto więc wykorzystać ten fakt i zmusić ich, by używali tylko polszczyzny, również na zajęciach.
Nie twierdzę, że taka metoda jest prosta, ale na pewno dość zabawna. Jak zatem wytłumaczyć nieznane słowo w równie nieznanym dla ucznia języku? Tu przydaje się inwencja twórcza, refleks, umiejętność wymyślania abstrakcyjnych i oryginalnych skojarzeń, a przede wszystkim zdolności akorskie. Istnieje na szczęście cała grupa słów, które bardzo łatwo pokazać, jeśli zaplanuje się wprowadzenie ich na lekcji. Dla przykładu - na zajęcia o zakupach w sklepie odzieżowym przyniosłam katalogi wysyłkowe i wystarczyło po prostu pokazać, CO to jest kurtka czy marynarka, a przy okazji odpadł problem kolorów. Przy artykułach spożywczych przyniosłam przepisy na tradycyjne polskie potrawy - padło na sałatkę jarzynową i placki ziemniaczane. Wydrukowałam w domu obrazki przedstawiające potrzebne produkty spożywcze, następnie kazałam im "zrobić zakupy" u siebie nawzajem, a potem opowiedzieć pokazując stosowne zdjęcia, jak przygotować owo jedzonko. Na lekcję o sposobach podawania czasu przytachałam program telewizyjny, który otwiera pole do wymyślenia całej masy ćwiczeń. A to zapytaj sąsiada, o której przed południem można obejrzeć jakiś program informacyjny, a to umów się z kolegą na wspólne oglądanie filmu, a to sprawdź, czy jeśli twoja żona chce koniecznie obejrzeć w dwójce "M jak Mdłości", to czy uda ci się dokończyć meczyk, czy też będziesz musiał przenieść się z tym projektem do pobliskiej knajpy. Sytuacje komunikacyjne prosto z życia wzięte, czyż nie?
Najzabawniej jednak, jeśli trzeba jakieś słowo wytłumaczyć na bieżąco, bo akurat "się trafiło". Najlepiej - jeśli to możliwe - jest je pokazać. Dajmy na to czynności - co to znaczy "leżeć"? Dragonka kładzie się na ławce. Albo w tekście był zwrot "kłócić się z sąsiadem" i Edward nie wiedział, co to znaczy "kłocić się" [na szczęście znał słowo "sąsiad"]. Mówię więc: "Ty i twój sąsiad - jest bardzo źle. Widzisz sąsiada - krzyczysz, jesteś zły" [tu zaczynam warczeć i robić groźną minę, a kiedy Edward zaczyna się uśmiechać i potakiwać głową, to dla dopełnienia obrazu uderzam jeszcze wymownie pięścią w otwartą dłoń]. Co to znaczy "chcieć"? Dragonka wstaje, robi minę srającego kotka [z całym szacunkiem dla Jej Wysokości] i zaczyna krzyczeć płaczliwym głosem: "Mamusiu, daj mi czekoladę, ja chcę czekoladę, chcę, chcę, chcęęę...! [pod koniec, dla lepszego efektu, następuje tupanie nogą]. Natomiast aby pokazać na pierwszych zajęciach, jak się przywitać w zależności od sytuacji, odegrałam następującą szopkę:
- podeszłam z szerokim, przesadzonym uśmiechem do Julii, poklepałam ją po ramieniu, a potem energicznie potrząsając jej ręką zawołałam: "Cześć, jak się masz! Jestem XYZ, ale mów do mnie [i tu podałam zdrobnienie swojego imienia]"
- podeszłam sztywno jak bym kij połknęła, z surową miną do Edwarda, skinęłam głową i oświadczyłam grobowym tonem stojąc na baczność: "Dzień dobry panu, nazywam się XYZ. Bardzo miło mi pana poznać".
Prawda, że proste?
I wreszcie, można też słowo wyjaśnić w znanym już kontekście. Arnold chciał wiedzieć, co to znaczy "obecnie":
JA: Arnold, gdzie mieszkasz?
ARNOLD: Mieszkam w Berlinie.
JA: To możesz powiedzieć: Mieszkam w Berlinie, ale obecnie mieszkam w XYZ [tu padła nazwa miasta, w którym zatrzymał się na wakacje w Polsce].
Śpicie już? Mam nadzieję, że wybaczycie mi ten mini-wykład z metodyki nauczania języka polskiego jako obcego. Zajęcia naprawdę mogą być zabawne. Najważniejsze przecież, by słuchacze zrozumieli, o czym szumią moje wierzby.
Na zakończenie przypomniał mi się adekwatny żarcik. Trochę stary - ale mi tu bardzo pasuje:
Londyn, przychodzi Polak-emigrant do sklepu z narzędziami i mówi:
- Poproszę piłkę.
Anglik oczywiście wzrusza ramionami, nic nie rozumie.
- No piłkę. Piiiiłkęęęę. Pił-kę. PIŁKĘ.
Anglik dalej nic, więc Kowalski wziął się na sposób:
- Mundial. Wembley. Tomaszewski.
Anglik się uśmiechnął i woła:
- Oh yes, football!
Polak odetchnął i mówi:
- No dobra Anglik, teraz będzie trudniejsze: do meeetaluuu...
Drago, ja bym chciała to zobaczyć- warczący Smok, no nie wytrzymam! Prawie się posikałam :)
OdpowiedzUsuńMoja droga, to Ty jeszcze sporo o Smoku nie wiesz :) Nie dość, że warczę, to jeszcze zieję ogniem...
OdpowiedzUsuń