Prawa autorskie

Wszystkie teksty publikowane na tym blogu są mojego autorstwa. Jeśli jest inaczej, wtedy zaznaczam, że jest to cytat. Kopiowanie i rozpowszechnianie treści tej witryny bez mojej zgody jest niezgodne z prawem.

[Dz.U. z 1994 r. nr24, poz. 83]

niedziela, 24 lipca 2011

Jajko mądrzejsze od kury

   Jakie są motywacje ludzi, którzy chcą uczyć się języka polskiego jako obcego? Można by je z grubsza podzielić na kilka kategorii:
- motywy osobiste: np. ktoś się zakochał w Polce lub Polaku i uznał, że musi poznać ojczysty język swojej drugiej połówki. Wbrew pozorom ta motywacja zwykle okazuje się najbardziej silna [oczywiście zakładając, że cudzoziemiec jest stały w uczuciach] - pozytywne emocje to świetny dopalacz, a miłość do Polaka często przekłada się na równie gorące uczucie do języka.
- motywy zawodowe: ktoś robi interesy w naszym kraju i opanowanie chociażby podstaw polskiego uważa za niezbędny element strategii pozyskania rynku.
- motywy rodzinne: wiemy chyba, o co chodzi - bo "wujka żony brat rodzony" czy inna "rodzinka z Ciechocinka od strony sąsiada" to Polacy. Cudzoziemiec ma bliższe lub dalsze polskie korzenie i z jakichś powodów chce przy nich pogrzebać. A czy można sobie wyobrazić lepszą do tego drogę, niż opanowanie języka?
- motywy rozrywkowe: obcokrajowiec przypadkiem zetknął się z czymś z naszego kręgu kulturowego [to może być cokolwiek - książka, piosenka, film o Polsce], co go urzekło do tego stopnia, że postanowił przyjrzeć się bliżej krajowi, gdzie owo coś powstało.

   Niezależnie od motywacji cudzoziemców uczących się języka polskiego łączy bez wątpienia jedno, a mianowicie CHCĘĆ. To już całkiem niezły początek. Sami z autopsji wiecie zapewne, że tysiąc razy szybciej wchodzi do mózgownicy coś, co nas interesuje, niż coś, co nam zwisa i powiewa. Ale oczywiście pozytywne nastawienie wszystkiego nie załatwia, bo ludzie są różni. Przerywając więc moje ogólne dywagacje na temat istoty uczenia, chciałabym przedstawić Wam sylwetkę jednej z  moich niemieckich uczennic. Czyli odcinek z serii: klient nasz pan, nawet jeśli ma się go ochotę zdzielić po głowie... Acha, imię tradycyjnie zmieniam.

   Poznajcie Irene - trzydziestokilkulatkę o typowych niemieckich rysach twarzy pochodzącą z dość dużego miasta. Energiczna i bardzo pewna siebie - jak się szybko okazało, aż do przesady. Typ wszystkowiedzący i zawsze-rację-mający, czyli zmora każdego nauczyciela. Ale po kolei :) Otóż na 15 minut przed rozpoczęciem pierwszej lekcji zadzwoniła do sekretariatu szkoły i uprzedziła, że się spóźni. No w porządku, zdarza się [poza tym - ona płaci za kurs, więc to jej sprawa, na ile wykorzysta zajęcia...]. Rzeczywiście, przyszła po mniej więcej godzinie, kiedy akurat zdążyłam nauczyć już pozostałą dwójkę, w jaki sposób przywitać się po polsku w zależności od tego, czy spotkanie jest oficjalne, czy nieoficjalne. Moim zadaniem było więc w tym momencie takie pokierwanie lekcją, by Irene zintegrowała się z pozostałymi studentami, szybciutko nadrobiła zaległości i była gotowa na przyswojenie dalszej części materiału. Jest to trudne, ale nie niemożliwe pod warunkiem współpracy ucznia z nauczycielem. Tjaaa...
    Przede wszystkim Irene - wiedząc, że pozostali słuchacze są jej krajanami - rozpoczęła od wypytywania ich o różne rzeczy PO NIEMIECKU. Zwróciłam jej uwagę, żeby unikała używania swojej ojczystej mowy na lekcji, bo w ten sposób niczego się nie nauczy. Uciszyła się niechętnie i wielokrotnie jeszcze w trakcie zajęć powracała do niemieckiego, a dodam, że przed jej wejściem pozostała dwójka nie zająknęła się w języku Goethego ani słowem. Irene natomiast nie chciała zadawać sobie nadmiernego trudu - ilekroć nie rozumiała jakiegoś słowa, to zamiast zapytać mnie o to, sprawdzała sobie w podręcznym słowniku polsko-niemieckim, albo bez żadnej głębszej refleksji po prostu pytała pozostałych o znaczenie. Oczywiście po niemiecku.
   Dalej - do wszystkiego, co przekazywałam, podchodziła z nieufnością, tak, jak by podejrzewała, że chcę ją świadomie wprowadzić w błąd. Skupiała się na szczegółach i najmniej istotnych rzeczach, a te właściwe pomijała. A już kompletnie rozwaliła mnie podczas wykonywania jednego z gramatycznych ćwiczeń. W momencie, kiedy wyjaśniałam polecenie, nie słuchała, tylko pieczołowicie wertowała swój słownik - a kiedy przyszła jej kolejka i nie wiedziała, co ma zrobić, to stwierdziła urażona, że "pani za szybko mówi, proszę wolniej". Jaaasne, tylko jakoś pozostała dwójka przed nią takich problemów nie miała... Kiedy natomiast przyszło do zadawania pracy domowej z zeszytu ćwiczeń, buńczucznym tonem oświadczyła, że ona ćwiczeniówki nie ma i mieć nie będzie, bo nie zamierza jej sobie kupować. Jeśli myślała, że mnie to wyprowadzi z równowagi, to się grubo myliła [darujcie, po małpiej tresurze o wiele ciężej mnie zdenerwować w pracy, niż kiedyś]. Odparłam spokojnie, że rozumiem, natomiast zarówno ja, jak i druga lektorka, która ma z nimi lekcje, zamierzamy po każdych zajęciach zadawać im prace domowe właśnie z tej ćwiczeniówki, ale jeśli nie jest jej to potrzebne, to już jej sprawa.
   Ku mojej niekłamanej radości okazało się, że rzeczywiście zeszyt ćwiczeń Irene się nie przyda, bo zrezygnowała z zajęć już następnego dnia. Skoro szkoła nie spełniła jej oczekiwań, to było to najlepsze rozwiązanie. Na jej miejsce przyszedł za to inny uczeń, z którym też mam ubaw po pachy. Ale o tym w kolejnym poście...

4 komentarze:

  1. To i wakacje Ci się trafiło uczenie :))) Takie przemądrzałki muszą być wkurzające, więc i dobrze, że sama z siebie poszła w... i już nie zaszczyca was swoją obecnością na zajęciach :)))

    OdpowiedzUsuń
  2. Ano trafiło się. Dają, to biorę :)
    Z doświadczenia wiem, że najlepsze efekty są wtedy, kiedy zarówno uczeń, jak i nauczyciel sobie ufają, współpracują i akceptują swoje role. Czyli: nauczyciel jest od tego, by przekazać wiedzę, wyjaśnić i pokazać, a uczeń od tego, by słuchać, opanować wiedzę i sygnalizować, jeśli czegoś nie zrozumiał. Jeśli cokolwiek w tej recepturze nawala, to wpływa to negatywnie na jakość uczenia.

    OdpowiedzUsuń
  3. Zamienił stryjek siekierką na kijek ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Już wolę Arnolda od Irene [chociaż jest niezrównoważony]. Ten przynajmniej naprawdę chce się uczyć.

    OdpowiedzUsuń