Prawa autorskie

Wszystkie teksty publikowane na tym blogu są mojego autorstwa. Jeśli jest inaczej, wtedy zaznaczam, że jest to cytat. Kopiowanie i rozpowszechnianie treści tej witryny bez mojej zgody jest niezgodne z prawem.

[Dz.U. z 1994 r. nr24, poz. 83]

wtorek, 12 lipca 2011

Na władzę nie poradzę

   Ryba psuje się od głowy - jak mawia popularne i moim zdaniem niezwykle trafne stwierdzenie. Oczywiście nie mam tu na myśli kwestii kulinarnych, ale układy jakie panują wszędzie tam, gdzie jedni ludzie sprawują władzę nad innymi. Znacie to pewnie z autopsji - jeśli w jakiejś instytucji mamy do czynienia ze zwierzchnikami, którzy są nie w porządku wobec podwładnych [mówiąc bardzo ogólnie, bo może się to przecież różnie przejawiać], to atmosfera w pracy robi się nie do zniesienia, niezależnie od tego, jacy ludzie tam pracują.
   Niezdrowe relacje tworzą się wszędzie tam, gdzie reguły gry albo nie są jasne, albo działają wybiórczo w zależności od tego, kogo dotyczą lub czyim interesom służą. W takich miejscach szybko zaczyna śmierdzieć Orwellem i okazuje się, że "wszystkie świnie są równe, ale niektóre są równiejsze". Takie układy z tego, co wiem od moich znajomych, dość często panują w wielkich korporacjach, ale nie wiem czy zdajecie sobie sprawę, jak paskudnym żmijowichem może być pokój nauczycielski w zwykłej, z pozoru normalnej szkole. I nie mówię tu o banalnych konfliktach z gatunku, że jedna polonistka nie przepada za drugą polonistką, albo że dajmy na to doświadczonej kadrze nie podobają się zbyt nowatorskie metody nauczania świeżego belfrowskiego narybku. To, że jedni ludzie z różnych powodów nie przepadają za innymi, to rzecz normalna, a ponieważ nauczyciel też człowiek, to i między członkami grona pedagogicznego rodzą się zwyczajne konflikty i nie ma w tym nic niepokojącego. Gorzej, jeśli np. jest to wykorzystywane przez dyrekcję do napuszczania jednych na drugich, do skłócenia kadry wewnętrznie, zniszczenia poczucia stabilności. Po co? Ależ to proste - rozbitym stadkiem łatwiej się manipuluje, a jeśli atmosfera w pracy jest "szeptana", pełna niedomówień i nielogicznych zdarzeń, to pracownicy zaczynają być nerwowi, a wtedy łatwiej im wykręcać rozmaite numery. A że jednocześnie gorzej pracują, bo przecież wyczerpuje ich to psychicznie? No cóż, kto by się tym przejmował...? W końcu tylu nauczycieli jest bez pracy, więc zawsze można zatrudnić kogoś nowego i urobić go od początku.
   Pracowałam w szkole, w której dyrekcja stosowała najczystszej postaci mobbing. Widzę to dopiero teraz, kiedy jestem na zewnątrz, bo wcześniej - niczym myszka laboratoryjna zamknięta w labiryncie - nie zdawałam sobie rozumowo sprawy, w jakim bagienku się znajduję. Oczywiście były nerwy, czułam, że "tak być nie powinno", ale nie wiedziałam, co w systemie nawala. Trzeba też przyznać, że tamtejsza dyrekcja do perfekcji opanowała umiejętność manipulacji i grania na emocjach podwładnych, a jeśli miała do czynienia - jak w moim przypadku - z młodą, niedoświadczoną dziewczyną, której sytuacja na rynku pracy jest bardzo niepewna, to w ogóle sterowanie mną nie sprawiało większych trudności. I tak radziłam sobie jak na owe warunki dość nieźle - tyle, że dość szybko przekonałam się, że im szerszym łukiem omija się władzę, tym lepiej, a pod koniec każdego roku szkolnego moje nerwy były mocno nadwyrężone. Nie będę tu w szczegółach opowiadała o różnych kwiatkach - nie chcę, by z tego postu zrobiły się gorzkie żale sfrustrowanej smarkuli, a także mam zbyt duży szacunek do kilku naprawdę wartościowych nauczycieli, którzy wciąż w tej szkole pracują i podobną atmosferę znoszą na co dzień. Dość, że sama dzięki tym doświadczeniom mogę docenić to, co teraz mam.
   Otóż, panie i panowie, moim skromnym zdaniem, dyrekcje całego świata powinny przyjeżdżać do Zoo na korepetycje pod hasłem: "Jak zdrowo i sprawnie zarządzać placówką oświatową". W szkołach zwykle mamy do czynienia z takim podziałem obowiązków, że Główna zajmuje się kwestiami administracyjnymi, a Wice jest od spraw wychowawczych. Nie inaczej jest u nas, z tym, że tutaj cel jest wyraźnie nadrzędny, a brzmi on: "Tak kierować tym całym bajzlem, żeby mimo trudności działał bez zarzutu, a nauczyciele mogli skupić się na tym, na czym powinni - to znaczy na uczeniu i wspieraniu rozwoju młodzieży". I nie ma żadnego "ale", bo ta maksyma NAPRAWDĘ jest realizowana. I obie strony dyrektorskiego tandemu są właściwymi ludźmi na właściwych stanowiskach. Choć obie to zupełnie różne typy przełożonych.
   Główna to kawał twardej i zdecydowanej kobiety i wystarczy rzut oka na nią, by to zauważyć. Ubrana zawsze nienagannie, szykownie i z klasą, porusza się dostojnie, stosownie do zajmowanej funkcji. Jest przy tym energiczna, co widać w gestykulacji, ale przede wszystkim SŁYCHAĆ, bo głos ma donośny, a i temperament niczego sobie. Jej krzyk, kiedy się zdenerwuje, słychać w całym Zoo, a że nie przebiera w słowach (jeśli sytuacja tego wymaga), to nie znam Małpki, która lekko traktowałaby konfrontację z Główną. Potrafi być jednocześnie sympatyczna i ma lekko rubaszne poczucie humoru. Co jednak w niej najbardziej cenię, to granie w otwarte karty i nazywanie rzeczy po imieniu. Jeśli jej się coś nie podoba, to można być pewnym, że powie o tym otwarcie i nie przebierając w słowach - ale przynajmniej sprawa będzie jasna. Zapunktowła u mnie już na wstępie, kiedy przyniosłam do Zoo swoje CV w zębach. Zamknęła się ze mną w swoim gabinecie i prosto, bez upiększania, wyjaśniła, do jakiej szkoły aplikuję i jakich numerów mogę się tu spodziewać. Jasne, że co innego usłyszeć, a co innego przeżyć, o czym przekonałam się szybciuteńko, ale na pewno nie mogę mieć pretensji, że nie zostałam ostrzeżona przed tym, co mnie może czekać. W dodatku Główna NAPRAWDĘ tak kieruje szkołą, byśmy my - nauczyciele - mieli jak najmniej problemów związanych z formalnościami. Nawet szkolna zmora, którą zwykle są zebrania Rady Pedagogicznej, to u nas bułka z masłem. Dla porównania - Rada Plenarna, w mojej poprzedniej szkole trwająca 6 godzin lekką ręką [tamtejsza dyrekcja mogłaby konkurować w kwestii długości przemówień z Fidelem Castro...], w Zoo trwa 2 godzinki. Szybko, sprawnie, na temat - i do domu. Żadnego mnożenia bytów, straszenia, umoralniających pogadanek. Dorosły człowiek mówi do dorosłych ludzi. Koniec i kropka.
   O Wice-Szefowej wspominałam już na łamach tego bloga nie raz, zdążyliście więc już ją trochę poznać. Drobna, mała kobieta w średnim wieku, która potrafi i pocieszyć, i opierdzielić z góry do dołu. Osobiście jestem przede wszystkim pod wrażeniem jej wyczucia sytuacji oraz mądrości w kwestiach pedagogicznych. Sprawia wrażenie, jak by potrafiła te Małpki prześwidrować na wylot - w sekundę poznaje, czy ma do czynienia z biedną sierotą, którą trzeba wyciągnąć za uszy z szamba, czy z cwaniaczkiem, który zgrywa niewiniątko i żeruje na dobrym sercu innych ludzi. Ma też "gadanę jak cholera", co jest niezwykle ważne w Zoo. Nie raz słyszałam, jak jedną celną ripostą potrafi sprawić, że młodociany kryminalista z kuratorem na karku i wyrokiem w zawiasach zbiera zęby z podłogi. Kiedy jestem świadkiem jej rozmów z uczniami, to naprawdę mam ochotę wyciągnąć dyktafon albo chociaż zeszyt i gorliwie robić notatki.
   Podoba mi się też jej podejście do nas, nauczycieli, co najlepiej przedstawię na własnym przykładzie. Zdawała sobie sprawę, że - jako nowej - będzie mi trudno, bo Małpki będą mi robić kocówę, dlatego od początku zadbała, bym w miarę możliwości czuła się bezpiecznie. Wiedziałam, że jeśli sytuacja wymknie się spod kontroli, to mogę ją telefonicznie wezwać na interwencję i nie spotkają mnie za to potem żadne przykre konsekwencje w rodzaju stwierdzenia, że "skoro sobie pani nie radzi, to niech pani zmieni szkołę". Nie - tu KAŻDY nauczyciel od czasu do czasu "sobie nie radzi", a co dopiero "świeżynka". Pytała mnie też życzliwie, po ludzku, w wolnych chwilach - jak mi się pracuje, kto mi najbardziej daje popalić, jak się czuję i tak dalej. Wiedziała, że muszę mieć możliwość odgadania stresów, by po trudnej lekcji móc spokojnie prowadzić następną. Poza tym, co wyraźnie widać, ma do nas zaufanie jako do nauczycieli. Żadnych nacisków w stylu: "a tego to należy przepchnąć, a temu to nie wystawiać jedynki", czy przeciwnie - "temu to by dobrze zrobiło zimowanie w tej samej klasie". To MY uczymy, MY wystawiamy oceny i oczywiście w razie czego MY jesteśmy za nie odpowiedzialni. Wice zwykła mawiać, że na tyle dobrze zna nauczycieli pracujących w szkole, że może ufać w nasze umiejętności. Podobnie jak Główna stara się przede wszystkim umożliwić nam normalną pracę. Jako pointę przytoczę w tym momencie z pamięci słowa Wice-Szefowej pochodzące z pogadanki skierowanej do Dawidka - tej samej, którą cytowałam kilka postów temu.

Załóżmy, że pracujesz na budowie w wykończeniówce. Dobry młotek jest w tym momencie twoim narzędziem pracy, o który musisz dbać. Gdyby ktoś świadomie chciał ci ten młotek popsuć, to na pewno byłbyś wściekły i chciałbyś tę osobę powstrzymać, dałbyś jej na przykład w mordę. No to zrozum, że jestem dyrektorem tej szkoły, a nauczyciele są tutaj MOIMI narzędziami pracy. Jeśli na lekcji robisz wszystko, by wyprowadzić panią X z równowagi, tak, żeby nie mogła pracować, czyli was uczyć, to znaczy, że mi psujesz młotek. I ja cię przed tym powstrzymam.

Przyjemnie pracuje się "pod ludźmi", w których kompetencje się ufa i którzy stosują jasne reguły gry. Nigdy więcej mobbingu. Czego i wam życzę.

5 komentarzy:

  1. Hej mobbing mobbingiem, ale wiesz co mnie jeszcze wkurza to,że stara gwardia jest nie do ruszenia ja miała taką sytuacje, że ze szkoły podobnego typu musiałam odejść ponieważ, nie było godzin a został chłopak, który się totalnie do tego zawodu nie nadaje a przynajmniej jak rozmawiałam na koniec z dyrektorką to mi powiedziała wprost,że woli mnie a nie jego ale nie ma wyjścia a takich przykładów są tysiące. Pozdrawiam Magda

    OdpowiedzUsuń
  2. Z tego, co wiem, to głównie zależy od tego, jaką kto ma umowę. Jeśli ten chłopak miał umowę na czas nieokreślony, a Ty nie - to dyrektorka nie miała wyjścia. Uroki budżetówki. Dlatego też zresztą dyrektorzy kombinują, jak mogą, by co roku zatrudniać na czas określony. W mojej poprzedniej szkole w drugim roku pracy [po zrobieniu awansu zawodowego] tak wykombinowała, bym miała 0,89 etatu, a nie cały - bo z całym musiałaby mi dać umowę na czas nieokreślony...

    OdpowiedzUsuń
  3. Zgadzam się z Tobą w zupełności ale on się męczy z takim dzieciakami, które jakby mogły to by go w łyżce wody utopiły, robią mu na złość a ja pracę z takimi małpkami uwielbiałam, wyobraź sobie, że jeszcze nie było 19 godziny a ja ją wyrabiałam , ponieważ miałam swój fan klub i dziewczyny z zawodówki gastronomicznej nawet swoje wytwory mi przynosiły byle im zrobić kółko i posiedzieć z nimi godzinę, bo
    czekały na autobus, czasem robiłyśmy ćwiczenia, a czasem po prostu przegadałyśmy.
    Jak ja tęsknię za tą szkołą Magda

    OdpowiedzUsuń
  4. Tylko szkoda, że czasem, niestety, trzeba mieć porównanie (doświadczenie), żeby wiedzieć, że kiedyś miało się dużo gorzej.

    OdpowiedzUsuń
  5. Ważne, że umiem docenić. Wiesz, jak byłam w tamtej szkole, to nie zdawałam sobie sprawy, jakie tam są układy, a pozostali nauczyciele w sumie byli fajni... Teraz to bym tam nie wytrzymała :)

    OdpowiedzUsuń