Jak może niektórzy pamiętają, Smok cierpi na erozję rogówki. Cholerstwo polega z grubsza na tym, że z powierzchni oka odkleja mi się nabłonek i robią się ranki, które trą o powiekę i oczywiście bolą jak k*** mać [wrażenie mniej więcej takie, jak by ktoś wbijał w oko cienki szpikulec]. Zrobiło mi się to po raz pierwszy 1,5 roku temu - po kilku niezbyt przyjemnych perypetiach wylądowałam na na SORze, gdzie sprawę załatano. Potem trafiłam do [niestety] przypadkowej okulistki [choć prywatnie!], która niby przepisała mi jakieś krople, ale w sumie nie powiedziała nic sensownego odnośnie dalszego postępowania z erozją. I tak się bujałam od nawrotu do nawrotu, które miałam regularnie co dwa miesiące bez względu na to, czy stosowałam sumiennie lekarstwo, czy nie. No cóż, wszak pani doktor orzekła, że "jeśli ma nawracać, to będzie nawracało i nic pani na to nie poradzi...", więc cierpliwie znosiłam wyłączanie mnie z życiorysu na ok. 5 dni co 8 tygodni, bo weź tu rób cokolwiek, kiedy oko puchnie, łzawi i niemiłosiernie boli. Wyczytałam też na którymś z portali internetowych, że w Katowicach traktują toto operacyjnie laserem, co jednak przynosi poprawę tylko u części chorych, a reszta cierpi, jak cierpiała. Robiłam więc niezobowiązująco podchody, jak by tu sobie załatwić skierowanie na taki zabieg, a erozja jak była, tak była.
Do poważniejszego zajęcia się problemem skłoniły mnie w końcu dwie rzeczy. Po pierwsze - rozmowa z moją lekarką rodzinną, do której pobiegłam po L4 przy którymś z nawrotów. Jest ona co prawda internistką, a zatem bynamniej nie specjalistką od chorób oczu, ale to bardzo mądra kobieta, o czym już się wielokrotnie z Hipkiem przekonaliśmy. Pani doktor mianowicie dyplomatycznie stwierdziła, że co prawda nie chce wchodzić w kompetencje okulistki, u której byłam - ale że tej erozji nie można po prostu tak zostawić, bo jeśli mi się te ranki będą robiły aż tak często, to w końcu wyhoduję sobie na powierzchni oka zbliznowacenia, które mi najwzyczajniej w świecie spieprzą wzrok. To już przestało być zabawne, bo oczy są moim narzędziem pracy na równi z głosem.
Druga sprawa natomiast postawiła mnie do pionu w tempie natychmiastowym. Mianowicie - erozja robiła mi się w lewym oku [według rozpoznania - na skutek urazu mechanicznego], a tu tymczasem kolejny nawrót wystąpił w prawym, teoretycznie zdrowym! No to co do cholery, jakim cudem, skoro to ponoć lewe sobie poharatałam?! Dotarło do mnie, że najwidoczniej poprzednia okulistka g...ucio się znała na erozjach, więc trzeba poszukać innej. I tu pałeczkę przejął Hipek, mistrz szperactwa internetowego. Wyszukał mi [oczywiście - znów prywatnie...] jakąś renomowaną panią doktor, o której rozmaite fora rozpisywały się w samych superlatywach. Umówiło się więc smoka tak szybko, jak to było możliwe i na szczęście jak się okazało tym razem gadzina miała szczęście.
Zostałam po pierwsze przebadana na wszystkie strony [chyba jeszcze nigdy nikt tak wnikliwie nie oglądał moich oczu za pomocą rozmaitych maszynerii...]. Pani doktor po wysłuchaniu historii mojej choroby i obejrzeniu obu ślepi stwierdziła, że erozja nie jest wcale wynikiem żadnego uszkodzenia mechanicznego, tylko muszę ją mieć genetycznie... bo odkryła u mnie te ranki na OBU gałkach ocznych i - co najlepsze - symetrycznie, dokładnie w tych samych miejscach! Tak się podobno czasem zdarza, a czynników wywołujących erozję jest tak dużo, że nie sposób je wyeliminować, bo musiałabym chyba siedzieć w namiocie tlenowym i się nie ruszać. Jak najbardziej jednak da się coś z tym robić - na początek zaordynowała mi zupełnie inne krople plus maść z nakazem jak najczęstszego stosowania [tzn. po klilka razy dziennie], żeby powierzchnia oka miała poślizg i nie szorowała po powiece. No i kazała zgłosić się na kontrolę za kilka miesięcy celem ocenienia, czy to przynosi efekty, czy zaczynamy się bawić z soczewkami kontaktowymi wygładzającymi nabłonek.
Jaki efekt? Ano taki, że w zeszłym tygodniu znów przerabiałam erozję - z tą różnicą, że od poprzedniej minęło pół roku [a nie dwa miesiące], trwała dwa dni [zamiast pięciu] i bolała znacznie mniej. Polazłam na wizytę do pani doktor, która zapisała mi doraźnie lekarstwa na przyspieszenie gojenia, ale stwierdziła jednocześnie, że leczenie jest na dobrej drodze, więc mam stosować dalej tę samą maść i krople tak często, jak się da. Powinno być lepiej - póki co udało się wydłużyć czas między nawrotami trzykrotnie, a jeśli tak dalej pójdzie, to uda się osiągnąć efekt, że będę miała erozję raz w roku albo i rzadziej. A tak to już można normalnie żyć.
Nio - i tak się sprawy mają. Jest dobrze, a ma być lepiej. Swoją drogą - popatrzcie, jak dużo zależy od wyboru kompetentnego lekarza. Tylko skąd niby laik ma wiedzieć od razu, czy go dobrze leczą, czy nie?
A ja już trzeci tydzień się babrzę z wymrożoną azotem brodawką około paznokciową... Dwa razy ciekły azot w ciągu dwóch tygodniu. Pęcherz się niby zrobił, ale nie ma zamiaru odłazić, a nie mam ochoty iść znowu, bo poprzednio to zwijałam się z bólu pół dnia, będąc w szkole. A łapę zapakowałam do temblaka, bo jakbym w coś tym palcem walnęła, to bym chyba zaczęła wrzeszczeć.
OdpowiedzUsuńCoś mam wrażenie, że ta pani dermatolog też nie tego... Bo siostra z kolei miała wymrażanego włókniaka, też wadliwie i poszła na "poprawkę", i brat parę miesięcy temu z kurzajką był dwa razy... Tato chyba też z jeszcze czymś innym.
Przynajmniej z wzrokiem jako-tako nie mam problemu... Tylko -2.25 w obu oczach. ;)
Wiem, o czym mówisz - chorowałam na to w podstawówce, nabawiłam się skubańca brodawczaka na basenie, tak bolało, że kulałam, bo zaatakował pięty i palce u stóp. Na szczęście u mnie skończyło się na kuracji polegającej na wypalaniu tego punktowo jakimś świństwem, co to wyżerało kilka warstw zdrowego naskórka, jeśli nie trafiłam w brodawkę... Ale gdyby nie pomogło, to też by mnie potraktowali ciekłym azotem.
UsuńMoże faktycznie warto by zmienić dermatologa? Jak pisałam w poście, cholernie ważne jest trafić na dobrego lekarza.
To jest właśnie problem dzisiejszych czasów.
OdpowiedzUsuńJa sprawdzam wszystko co mi podają leki znaczy się.
Czytam w Internecie o chorobie.
I zmieniam lekarzy.
Moje zdrowie , więc nikt o nie nie zadba tak jak ja.
Szczeście ,że zmieniłaś lekarza.
Wyzdrowienia życzę !
Też mam genialną internistkę.
Zawsze czytam dokładnie ulotki leków, nim coś wezmę - ale raczej ufam lekarzom, wychodząc z założenia, że to w końcu oni są po medycynie, a nie ja. Nie mam nawyku patrzenia lekarzom na ręce. Może powinnam...?
UsuńA internistkę też już raz zmieniałam. Poprzednia nadawała się tylko do wystawiania L4, bo to robiła bez mrugnięcia okiem. Ale wkurzyłam się, jak mi przeoczyła zapalenie tchawicy i chciała mnie wyleczyć herbatką z malin... Kiedy trafiłam w końcu do laryngologa, to skończyło się na miesiącu brania antybiotyków.
skąd ja to znam, sama długo szukałam odpowiedniego specjalisty ocznego i mnie aż do Wawy wywiało, ale warto bo Pan Profesor naprawdę zajął się tematem i dał mi nadzieję na korektę wzroku. Pomijam już fakt znalezienia dobrego internisty i w ogóle jakiegokolwiek lekarza. O ginekologu nie wspomnę :) Życzę Ci kochana, by kuracja się powiodła. Ściskam mocno
OdpowiedzUsuńGinekologa nie wiem, czy mam dobrego, bo jak do tej pory nie chorowałam w tym temacie jakoś specjalnie, więc nie miałam tak naprawdę jak zweryfikować, czy mój jest kompetentny. Za to jest specyficzny, bo to "Cziarna Murzyna" bardzo specyficznie mówiąca po polsku. Mam mu zawsze ochotę zaproponować korepetycje z polskiego dla obcokrajowców :)
Usuń