W Zoo trwają narady pt. "Co zrobić z 1A?". Okazuje się, że coraz większa ilość nauczycieli zaczyna mieć problem z tą klasą - co, niestety, było według mnie do przewidzenia, skoro ich wychowawcą jest Grażyna... Faktem jest jednak, że ich zachowanie jeszcze bardziej się pogorszyło od czasu, kiedy do składu dołączył Kibolek. W tej chwili to on już nawet nie musi nic robić - wystarczy, że jest. Sama jego obecność skutecznie nakręca resztę małpiątek, które z jednej strony najchętniej spuściłyby mu wpierdziel, a z drugiej strony bez przerwy się przed nim popisują.
Na języku polskim miałam w tej klasie tak z półtora tygodnia spokoju, bo Kibolek jakiś czas nie pokazywał się w szkole [potem wyjaśnię, dlaczego]. To umożliwiło mi spokojne omówienie najważniejszych części mowy i jako takie przygotowanie klasy do sprawdzianu, który zrobię w najbliższy poniedziałek. Niestety, wszystko co dobre kiedyś musi się skończyć i Krzyś znów zawitał na zajęcia. Jak na jego możliwości zachowywał się znośnie, bo po prostu siadł sobie z Kacprem [nota bene - tym samym, który miał mu obciągnąć w toalecie...], rysował w zeszycie [zauwaważ, Drogi Czytelniku, w zeszycie, a nie po ławce!] i grał w wyścigi samochodowe na smartfonie. Zgodnie z bardzo praktyczną, nauczycielską niepisaną zasadą panującą w Zoo, czyli "nie tykaj gówna, bo się ubrudzisz", zostawiłam go w spokoju - na tyle, na ile było to rzecz jasna możliwe. Jakakolwiek bowiem interakcja z tym uczniem to proszenie się o kłopoty. Przykład pierwszy z brzegu - sprawdzałam listę obecności, a w klasie był hałas. Powtórzyłam więc nazwisko Krzysia drugi raz, co spotkało się z następującą reakcją ucznia: "Przecież, kurwa, mówię, że jestem!".
Co z tego jednak, że Kibolek póki co odpuścił sobie bezpośrednie ataki w moją stronę, skoro w dalszym ciągu nakręca klasę, uniemożliwiając normalne prowadzenie lekcji? Cały czas zagaduje do kolegów i koleżanek, zachowując się tak, jak by to była przerwa i zupełnie ignorując moją obecność. Jako nauczyciel jestem w wyjątkowo głupim położeniu. Mam do wyboru: albo zwrócić mu uwagę i usłyszeć potok bluzgów, które jeszcze bardziej podkręcą sytuację - albo nie zareagować i poczekać na spokój, niestety pozwalając tym samym, by to Krzyś regulował tempo zajęć. Wybór pomiędzy dżumą a tyfusem.
W sprawie Kibolka staramy się coś robić, ale to niestety potrwa. Odbyłam na ten temat ostatnio rozmowę z Wiceszefową, która stwierdziła, że "gdyby to dotyczyło innego nauczyciela, to bym pomyślała, że się daje nakręcać - ale znam panią i skoro pani ten uczeń wchodzi na głowę, to znaczy, że sprawa jest poważna". Tjaa... Swoją drogą, fajną w takim razie mam opinię u dyrekcji :) Wracając do meritum - jak już pisałam w osobnej notce poświęconej Krzysiowi, minusem sytuacji jest jego bardzo młody wiek [bo jeśli go nie spacyfikujemy, to się będziemy długo z nim męczyć], a plusem to, że jego matka współpracuje. Była notabene z nim ostatnio ponownie u psychiatry [dlatego delikwent nie pojawiał się w szkole] - synuś dostał jakieś leki wyciszające, zobaczymy, na ile przyniesie to efekt. Generalnie jednak plan jest taki, by się skurczybyka jak najszybciej pozbyć, zanim skutecznie pozatruwa wszystkim życie. Póki co mamy zamiar zagrać z jego rodzicielką w dobrego i złego policjanta. Otóż Pedagożyca spróbuje przekonać ją, by sama umieściła Krzysia w MOSie, czyli Młodzieżowym Ośrodku Socjoterapeutycznym. Jest to łagodniejsza forma nadzoru zamkniętego, do którego sam rodzic może posłać dziecko, z którym sobie nie radzi - miałam taki przypadek w ubiegłym roku w swojej Muppeciarni [patrz Mikołaj]. Argumentacja - skądinąd, jak najbardziej słuszna - jest taka, że Krzyś w takim miejscu mógłby otrzymać stosowną pomoc w postaci terapii, która ma szansę powodzenia, ponieważ chłopak jest jeszcze młody. No i "współosadzeni" to jeszcze nie do końca zdemoralizowane przypadki. Równolegle natomiast rozmowy z mamusią ma prowadzić Wiceszefowa w roli złego gliniarza. Zakomunikuje jej wprost, że jeśli zachowanie syna nie ulegnie poprawie [a bądźmy szczerzy - samo z siebie na pewno nie ulegnie...], to jako szkoła załatwimy mu ośrodek zamknięty drogą sądową, czyli MOW [Młodzieżowy Ośrodek Wychowawczy]. To oczywiście potrwa dłużej i w praktyce uzależnione jest od tego, na jakiego sędziego Kibolek trafi, tym niemniej skoro po rozmaitych bataliach udało nam się wyekspediować do poprawczaka osławionego Dawidka [czyli Złego Psa], to i z Kibolkiem się powiedzie. Cóż, pozostaje mieć nadzieję, że takie postawienie sprawy trafi mamusi do przekonania.
Wywalić Kibolka nie możemy, bo do 18 roku życia ma "obowiązek szkolny", a zatem prawo do nauki w gimnazjum. Zostanie zatem w pierwszej klasie, bo szanse na promocję do drugiej przy takim podejściu do nauki ma zerowe. I tak co rok będzie psuł atmosferę w kolejnym zespole klasowym, dopóki wreszcie nie osiągnie pełnoletności i nie będziemy mogli pozbyć się go zgodnie z paragrafami Statutu Szkoły. Aby skrócić naszą męczarnie z nim, trzeba mu załatwić przeniesienie do placówki zamkniętej. Po dobroci - lub sądownie. Trzymajcie kciuki :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz