Prawa autorskie

Wszystkie teksty publikowane na tym blogu są mojego autorstwa. Jeśli jest inaczej, wtedy zaznaczam, że jest to cytat. Kopiowanie i rozpowszechnianie treści tej witryny bez mojej zgody jest niezgodne z prawem.

[Dz.U. z 1994 r. nr24, poz. 83]

środa, 30 grudnia 2015

Zimowe czary

    Wystarczył jeden dzień z zimowymi, nocnymi przymrozkami - a tu takie cuda na szybie samochodu. Zdjęcia - rzecz jasna - zrobione przez Hipka. Tuż po wschodzie słońca :)




piątek, 25 grudnia 2015

Kocie święta

    Żeby w święta w trakcie ogromnego wysiłku fizycznego, jakim jest trawienie tak niewyobrażalnej ilości żarcia, nie dokładać Wam jeszcze konieczności wysilania mózgu - uraczę moich drogich Czytelników szczyptą różnej maści uroczych bożonarodzeniowych zdjęć i memów. Wszystkie zaś pod hasłem: kto kiedykolwiek miał kota w święta, ten doskonale rozumie... :)









środa, 23 grudnia 2015

Ho ho ho - święta jakieś mamy...?

    To, że święta nie mają dla mnie wymiaru religijnego, nie oznacza przecież, że nie mogę Wam życzyć - zdrowych, rodzinnych, leniwych, obfitych w prezenty i pyszne żarcie w ilościach nie do przejedzenia. A ponieważ nie chcę, żeby na blog ateistki wkradł się tu wigilijny patos, to mam dla Was coś na wesoło :)





czwartek, 17 grudnia 2015

Smok lubić antyutopia. Trylogia Veroniki Roth

    W ramach "Czytelni Dragonki" dbam póki co o różnorodność. Była historyczna beletrystyka, był kryminał - czas na futurystyczną antyutopię. Szto eta takiego? Uwaga, będzie mały wykład - no nie byłabym sobą, w końcu to blog nauczycielski :) Ostrzegam lojalnie, kto nie ma ochoty na malutką, ale taką tyci-tyci lekcję z historii literatury, proszony jest o opuszczenie następnych dwóch akapitów.


    A zatem - sam termin "utopia" nawiązuje do tytułu dzieła Tomasza More'a z XVI wieku, w którym opisał wizję społeczeństwa idealnego. W skrócie - ludzie zajmowali się wyłącznie rolnictwem i rzemiosłem, byli równi, wolni [również w kwestiach religii - choć ateizm był zakazany], ubierali się tak samo, a pieniądze i przemysł uważali za ZUO. Głoszenie takich poglądów w tamtych czasach nie mogło się oczywiście dla autora dobrze skończyć, a że miał on pecha żyć w Anglii za czasów Henia VIII, to ostatecznie wylądował pod toporem kata. Mniejsza z tym - dziś słowo "utopia" oznacza po prostu przedstawienie doskonałego państwa. Nota bene pierwszym tego typu utworem było - o ile mi wiadomo - "Państwo" Platona, choć wizja tam opisana zdecydowanie bardziej dziś przypomina państwo totalitarne, niż raj na ziemi. Na naszym rodzimym gruncie koncepcją utopii bawił się Ignacy Krasicki w niemiłosiernie nudnawych "Mikołaja Doświadczyńskiego przypadkach". O ile generalnie uwielbiam pana XBW, o tyle ta książka była najgorszą lekturą, którą musiałam łyknąć do egzaminu z literatury oświecenia.
    Antyutopia - jak można się domyślić - to zaprzeczenie utopii, czyli ukazanie takiego państwa, w którym życie jest koszmarem. Dragonka ten gatunek łyka jak młody pelikan, odkąd w liceum natknęła się na słynny "Rok 1984" Orwella. Tych Czytelników, którzy podobnie jak Smoczyca lubią babrać się w przerażających wizjach uciśnionych społeczeństw, odsyłam do takich pozycji, jak "Nowy wspaniały świat" Aldousa Huxley'a, "Władca much" Wiliama Goldinga czy "Wielki marsz" Stephena Kinga. Oraz do tego, co dziś mam Wam do polecenia.


Veronica Roth, Trylogia [Niezgodna. Zbuntowana. Wierna.], Warszawa 2015

    Mamy bliżej nieokreśloną przyszłość. Ludzie - zmęczeni wojnami - na gruzach starego świata podzielili społeczeństwo na pięć frakcji w zależności od tego, jakie idee mają im przyświecać. Mamy zatem:
- Serdeczność - dla tych, którzy chcą porzucić wszelką agresję
- Altruizm - skupia ludzi wyrzekających się swoich potrzeb, by pomagać innym
- Nieustraszoność - tu najbardziej liczy się odwaga i siła fizyczna
- Erudycja - wierzą, że szczęście daje tylko nauka, wiedza i inteligencja
- Prawość - dla nich największą cnotą jest prawda i uczciwość.
    Co roku odbywają się Testy Predyspozycji dla młodych ludzi kończących właśnie 16 lat, podczas których dowiadują się, do której z frakcji mają wrodzone skłonności. Następnego dnia po teście wobec całego społeczeństwa dokonują wyboru, którego już nie można cofnąć - decydują się na życie według zasad danej grupy, a jeśli okaże się, że zawiedli, to zostają wywaleni i kończą jako bezfraktowcy, czyli społeczne wyrzutki. W 90% przypadków okazuje się, że Test Predyspozycji wskazał frakcję, w której młody człowiek się wychował, choć zdarzają się wyjątki i wtedy delikwent staje przed dylematem: rodzina czy rozwój zgodny z własnymi skłonnościami. Ale to jeszcze nic - najbardziej przerąbane mają ci, którzy łączą zdolności kilku frakcji, a więc są Niezgodni. Stanowią zagrożenie dla społeczeństwa [bo są zbyt doskonali...], więc się ich po prostu eliminuje. 
    No i właśnie - poznajcie Triss, której w teście wyszedł jak byk wynik NIEZGODNA i od tej pory musi zrobić wszystko, by ten fakt nie wyszedł na jaw. Wychowała się w Altruizmie, postanawia jednak wybrać Nieustraszoność, musi zatem opuścić rodzinę oraz świat, jaki dotąd znała i nauczyć się żyć według całkiem nowych zasad. Szybko jednak okazuje się, że - ponieważ tak naprawdę jest Niezgodna - to nie pasuje również do swojego nowego otoczenia, w którym panują o wiele bardziej bezwględne reguły, niż się spodziewała.

    Dwie pierwsze część tej trylogii doczekały się ekranizacji i przyznaję się bez bicia, że to dzięki filmowej wersji "Niezgodnej" dowiedziałam się o książce. Adaptacja trzyma poziom i nie wypacza sensu lektury, choć z konieczności z kilku wątków pobocznych trzeba było zrezygnować. A sama książka - no cóż, ja w nią wsiąkłam. Jestem w drugiej połowie pierwszej części i naprawdę ciężko mi się oderwać, a rzecz jasna czytam tak szybko, jak mi na to pozwalają Mysze obowiązki :) I wcale nie psuje mi zabawy fakt, że oglądałam film i w związku z tym wiem, jak się toto kończy. Znowu - jak w przypadku "Diabli nadali" - mamy wszystko, czego można wymagać od dobrej antyutopii. Intrygująca bohaterka, z którą można się utożsamić, powolne odkrywanie mrocznych reguł i zawiłości rządzących przedstawionym społeczeństwem, a nawet umiejętnie i nienachalnie wkomponowany w całość wątek miłosny, który przyjemnie się śledzi. Narracja jest dobrze prowadzona, opisy nieprzegadane, postacie drugoplanowe wyraziste. Nic, tylko czytać.
    Ergo - Dragonka czyta. I innym też poleca.




UPDATE
25.12.2015

    Przeczytałam drugą część ["Zbuntowana"] i zabrałam się za trzecią [czyli "Wierna"] - i cóż, jak by Wam tu powiedzieć... Mój entuzjazm niestety osłabł, bo są zdecydowanie słabsze, tak jakby "weny TFUrczej" wystarczyło autorce tylko na jedynkę. W skrócie - żeby nie zdradzać zbyt wiele fabuły - w "Zbuntowanej" zdecydowanie za dużo jest akcji w stylu "zabili go i uciekł", a "Wierna" jest napisana tak odmiennym [i niestety według mnie - gorszym...] stylem od pierwszej części trylogii, że aż trudno mi uwierzyć, że wyszły spod klawiatury tej samej osoby.
    Cóż zatem? Przeczytajcie jedynkę, bo naprawdę warto. Co do reszty - jeśli Wam się naprawdę nudzi, to można...

czwartek, 10 grudnia 2015

Coraz bliżej święta...

    Natchnięta przez moją Bratową rzucę w Was garścią świątecznych memów. A kiedy je sobie obejrzycie, to możecie idealnie wprawić się w nastrój za pomocą nieśmiertelnego przeboju... Nie wiem jak Wy, ale ja pierwszy raz usłyszałam go w tym roku w radiu już 2 listopada :)








  
  I wszyscy razem: "Last krismas aj gejw ju maj haaart..." :)



wtorek, 8 grudnia 2015

Fajne czytadło. Olga Rudnicka "Diabli nadali"

Olga Rudnicka, Diabli nadali, Warszawa 2015

    Druga odsłona "Czytelni Dragonki". Tym razem coś w bardziej przyziemnym stylu - lekki kryminał w stylu Joanny Chmielewskiej. Ciężko recenzuje się takie książki, bo trzeba dokonać umiejętnego balansu. Z jednej strony jakoś lekturę przybliżyć, a z drugiej jednak nie napisać zbyt wiele, by nie zepsuć czytelnikowi intrygi, która jest istotą tego gatunku literackiego. No cóż, mam nadzieję, że mi się to uda...
    Ameryki nie odkryję pisząc, że - zgodnie z właściwą konwencją oraz sugestią okładki - prawie od razu na wstępie mamy trupa. Denat to Dagmar Różyk ["Prawdziwie zbójeckie nazwisko!" - jak skomentowałaby Mała Mi z "Muminków"] - szef działu promocji, znaleziony przez sekretarkę z przestrzeloną głową w swoim gabinecie. Za życia nie był aniołem - stąd zresztą nazywany był powszechnie w firmie Diabłem - a zatem bardzo wiele osób miało dobry powód, by wyprawić go na tamten świat. Pierwszą podejrzaną wszelako zostaje wspomniana już sekretarka Monika, która według wszelkiego prawdopodobieństwa jako ostatnia widziała szefa żywego. A ponieważ jest niewinna i kryształowo czysta, to z pomocą młodego, zakochanego w niej policjanta Mateusza usiłuje nie tylko oczyścić się z zarzutów, ale i rozwikłać zagadkę śmierci Różyka.
    W tej książce mamy zdaje się wszystko, czego należałoby wymagać od dobrego kryminału. Zagadkowy trup - obecny. Sympatyczna, uroczo kobieca główna bohaterka, która jednak jest na tyle inteligentna, że da się ją polubić - jest. Dzielny policjant niczym rycerz na białym koniu pragnący wybawić ją z opresji, a przy okazji poderwać [oczywiście mając jak najbardziej uczciwe zamiary] - melduje się posłusznie. Do tego dorzucono szereg barwnych postaci drugolpanowych, w rodzaju wyjątkowo antypatycznej zastępczyni Różyka, czyli Zdziry - albo braci Moniki, którzy nie są nawykli do myślenia, ale za to bardzo chętnie dadzą po mordzie każdemu, kto chciałby skrzywdzić ich "małą siostrzyczkę". Fabuła zawiera zaskakujące zwroty akcji [że tak ucieknę się do tego wyświechtanego frazesu... :)], nie jest nużąca, a cała historia na tyle prawdopodobna, że nie wymaga stukania się czytelnika w czoło z niedowierzaniem co kilkanaście stron. Jedyne, do czego mogłabym się przyczepić, to retrospekcje - czyli wycieczki fabularne w przeszłość - które nie są moim zdaniem wprowadzane dość czytelnie, przez co na początku trudno się połapać, czy opisywane właśnie wydarzenie zdarzyło się w literackiej przeszłości, czy dotyczy spraw bieżących. Ale do tego "idzie się przyzwyczaić", choć mnie zajęło to tak z pół książki...
    Mówiąc zwięźle - jeśli ktoś lubi łyknąć przed snem lekki, ale niegłupi kryminał, to szczerze polecam. Intryga wciąga, całość dobrze się czyta, można jednak swobodnie przerwać lekturę i wrócić do niej w stosownej chwili. Szkoda tylko, że książka nie została porządniej wydana [w choć trochę sztywniejszej okładce!] - bo dobrze nadawałaby się na świąteczny prezent. A tak to...


niedziela, 29 listopada 2015

Mapa Polski dla innastrańców

    Dziś tylko obrazek - moja bratowa wygrzebała w sieci. Urocze - dla osób znających angielski. Na pewno zapodam to moim obcokrajowcom, jak wrócę do pracy :)


wtorek, 24 listopada 2015

Marchewkowy potwór

    Dawno nic nie było o Myszy, a zatem... :)
   Niedługo kończy 4 miesiące, więc zgodnie ze wskazaniami położnej można jej zacząć powolutku wprowadzać "dorosłe" pokarmy. Nie ukrywam, że mam z tego straszną podjarkę. Nie mogę się doczekać jej reakcji, gustów kulinarnych - nie mówiąc już o tym, kiedy będzie uczyła się jeść sama. Ale oczywiście do tego to jeszcze dużo czasu upłynie, bo na razie przecież nawet nie siedzi, a sztukę chwytania i trzymania czegoś świadomie w łapce opanowała ledwo jakiś tydzień temu.
    Na pierwszy ognień poszła marchewka. To jest taka dziecięca triada: marchew - ziemniak - jabłko, tzn. to są produkty, które wprowadza się w pierwszej kolejności, bo najmniej uczulają i są najlżej strawne. Z tym, że położna poradziła, by raczej nie zaczynać od jabłka, bo jest najbardziej z tego zestawu słodkie, więc jest ryzyko, że dziecko potem dajmy na to nie zje ziemniaka, skoro był już deser :) Wprowadza się powolutku, najpierw jedna łyżeczka, potem z każdym dniem więcej. No i jest zasada, że jeden nowy produkt tygodniowo.
    Alergii się tak bardzo nie obawiałam, jako że i ja, i Hipek nie mamy z tym żadnych problemów, a takie sprawy często są w genach. Bardziej się bałam, że Myszy po prostu nie posmakuje i że będzie plucie marchewką na cały pokój i dziki ryk. Jednak nic bardziej mylnego :) Operacja "Marchewka" nastąpiła na niedzielny obiad - odbyła się cała procesja, tzn. mama-Smoczyca z łyżeczką, a tatuś-Hipopotam obok nagrywający cały proces komórką [o tempora, o mores... :)]. No i cóż, po pierwszym zdziwieniu nastąpił szał. MYSZA KOCHAĆ MARCHEWKA :) Wcina aż miło, oblizuje się, mlaska, a jak jej już teraz podaję przecier [czyli w następnych dniach, kiedy już wie, o co chodzi], to aż łapkami macha z uciechy na widok łyżeczki, a oczy robią jej się wielkie jak postaciom z japońskich kreskówek :) Gdyby jej pozwolić, to wpierniczyłaby z pół słoiczka na jedno posiedzenie [czy raczej: poleżenie :)]. 
    Niżej mam dla Was mały dowód Myszego zaangażowania w nowy typ posiłku w postaci trzech użytych od niedzieli śliniaczków... A potem piosenka, która jak nic pasuje mi do sytuacji :)




środa, 18 listopada 2015

Sztuka robienia makijażu

    Dziś coś bardzo lekkiego. Mam dla Was filmik o grupce facetów usiłujących bez niczyjej pomocy zrobić sobie wieczorowy makijaż - można się spodziewać, z jakim skutkiem... Mnie cała akcja bawi szczególnie, gdyż jestem na 100% pewna, że w analogicznej sytuacji poradziłabym sobie niewiele lepiej, niż oni. Z zasady się nie maluję, bo nie lubię - a skoro tego nie robię, to i nie potrafię :) Pełny makijaż miałam dosłownie na twarzy kilka razy w życiu i za każdym razem musiałam wołać kogoś, by mi pomógł. Z okazji ślubu na przykład pacykowała mnie Seniorka. Sama potrafię co najwyżej nałożyć tusz na rzęsy i pomalować usta - ale na tym koniec. Serio serio. Ma to przynajmniej tę zaletę, że nikt nigdy nie jest zaskoczony moim wyglądem, niezależnie od pory dnia. Hipek nie dostaje zawału, kiedy ogląda mnie rano... :)
    Jedna uwaga - ostrzegam, panowie podczas tego malowania trochę bluzgają...




poniedziałek, 16 listopada 2015

Przemyślenia ateisty po zamachach w Paryżu

    13 listopada grupa muzułmańskich fanatyków religijnych dokonała serii zamachów w centrum Paryża. W wyniku tego zginęło kilkaset przypadkowych osób [jeszcze nie wiadomo dokładnie, ile - wielu ludzi walczy wciąż o życie w szpitalach], których jedynym "przestępstwem" było znalezienie się w niewłaściwym miejscu i czasie. Europa jest w szoku i w żałobie, rządy państw zastanawiają się, co z tym wszystkim zrobić - a zwykli ludzie chodzą oddawać krew dla rannych, składają kwiaty przed ambasadami Francji oraz zmieniają zdjęcia profilowe na FB na takie z flagą czerwono-biało-niebieską w tle.
    Długo zastanawiałam się, czy opublikować jakikolwiek post komentujący to wydarzenie. Mierzi mnie bicie piany na ludzkiej tragedii i dyskusje pod hasłem: "Kto jest temu winien?" [w sensie - uchodźcy? lewacy? polityka "multi-kulti"? Angela Merkel? etc...], od których obecnie huczy Internet. Nie znaczy to jednak, że nie myślę o tym, co się stało w Paryżu. Przecież to byli zwyczajni ludzie, mieszkający w - zdało by się - cywilizowanym świecie, niedotkniętym wojną, uczący się, pracujący, płacący podatki i mający w związku z tym prawo spodziewać się, że jutro też wstanie zwykły dzień. Otóż okazuje się, że dla nich już nie wstanie, bo jakiś sku*** postanowił chwycić za kałacha lub obwiązać się bombą. Ot tak po prostu.
    Paryż nie jest na drugim końcu świata, a poza tym dla terrorystów odległości nie mają znaczenia. Kto mi zagwarantuje, że następnym razem któryś świr nie spojrzy na mapę i nie powie: "Hmm... Polska... A czemu by nie tutaj...?". 
    Idę pod koniec listopada z Havrankiem na koncert muzyki barokowej. Generalnie pewnie nie mam się czego obawiać - ale nie można mieć 100% pewności, bo kto przewidzi, co się uwidzi islamiście jednemu z drugim? W jednym momencie słucham muzyki - a w drugim są strzały i wybuchy... I tak Mysza w kilka chwil nie ma już mamy, a Hipek żony. A ja nigdy nie słyszę, jak moja córa mówi do mnie: "Kocham cię" ani nie widzę, jak ląduje na pupie po zrobionym pierwszym kroku. 
    I poryczałam się, pisząc te słowa.

    Jedno jeszcze muszę napisać - w końcu to mój blog, który ma odzwierciedlać przede wszystkim moje przemyślenia i punkt widzenia. A od jednej myśli nie mogę się odgonić, odkąd usłyszałam o zamachach w Paryżu.
    Wysilam swoją całą pamieć, przegrzebuję zakamarki mózgu, ale jakoś nie mogę sobie przypomnieć ani jednej nazwy organizacji czy ruchu ateistycznego, który w imię swojej ideologii - czyli, że nie istnieją żadni bogowie - mordował ludzi tylko dlatego, że nie podzielają ich poglądów. Piszę całkiem poważnie. Słyszeliście o jakimś oszalałym ateiście, który zabijałby przypadkowych chrześcijan, muzułmanów, buddystów czy kogokolwiek innego właśnie za to, że ośmielił się w coś wierzyć? Albo jeszcze lepiej - o jakimś niewierzącym fanatyku, który obwiązałby się materiałami wybuchowymi i wysadził w powietrze w miejscu pełnym ludzi? Który w imię hasła "Boga nie ma!" byłby gotów umrzeć i jednocześnie zabić kilkadziesiąt przypadkowych osób?
    No bo ja jakoś nie potrafię przypomnieć sobie nikogo takiego. Za to ludzi, którzy wycierali sobie usta religią przy mordowaniu innych - całą masę. I to nie pojedynczych świrów - całe organizacje były do tego powoływane, całe narody, całe państwa szczyciły się tym, ilu to "niewiernych" posłały w piach, na stos, pod topór czy co tam jeszcze. Przez stulecia prym w tym wiedli chrześcijanie [różnych odłamów], a teraz mamy islamistów. Z punktu widzenia ofiar - to i tak wszystko jedno, prawda?
    To co jest nie tak z tą religią, co? I czemu wobec tego to ateistów wiecznie oskarża się o brak moralności, nihilizm, szarganie wartości, znieczulicę, niewrażliwość, egoizm oraz wszelkie plagi świata? Aha - w naszym kraju jeszcze do tego zestawu dorzuca się zwyczajowo "brak patriotyzmu". Bo przecież jak Polak, to katolik...
    Zaznaczam, że nie chciałam urazić żadnego z moich wierzących Czytelników [a wiem, że są tu tacy]. Ale tak, jak napisałam - to mój blog i w związku z tym moje przemyślenia. I powyższa refleksja serio nie daje mi spokoju.