Jak zapewne pamiętacie, Młoda Gniewna jest w ciąży. Kwestia jej dalszej edukacji się trochę skomplikowała, bo jest to ciąża bardziej zaawansowana, niż dziewczyna przypuszczała. Myślała, że będzie rodzić w lutym, a tymczasem termin ma już na połowę grudnia. W związku z tym pewne jest tylko, że zaliczy pierwszy semestr zawodówki [o ile rzecz jasna nie wynikną jakieś komplikacje], a z drugim może być już problem - chyba, że się po porodzie zbierze w ekspresowym tempie, żeby pochodzić jako tako do szkoły chociaż ze dwa ostatnie miesiące. No ale zobaczymy. Jak na razie udało jej się załatwić przyjazną praktykę - z tym, że Sylwia zrezygnowała jednak ze swoich wcześniejszych planów nauki w zawodzie lakiernika. Ostatecznie zdecydowała się na sprzedawcę, więc Krysia wyszukała jej dużą drogerię, która nota bene przyjmie od września aż dwunastu uczniów. Na początku Młoda Gniewna będzie normalnie pracowała w kontakcie z klientami, a potem, kiedy brzuch będzie już za bardzo widoczny, to znajdą jej jakieś zajęcie na zapleczu.
Co do samej Sylwii, to wygląda na to, że obsadziła mnie w roli kogoś w rodzaju starszej siostry czy "młodszej mamusi" :) Kiedy tylko jest możliwość, to przychodzi sobie do mnie pogadać, poopowiadać o różnych sprawach albo zapytać o coś. Nie jestem co prawda najlepszą kandydatką na doradzanie dziewczynie w ciąży, bo nie doświadczyłam na własnej skórze tego stanu i jedyne co wiem, to teoria. Okazuje się jednak, że widocznie mój autorytet jako wychowawcy rozciąga także na sprawy nie związane ze szkołą, bo Młoda Gniewna traktuje bardzo serio to, co jej mówię - ze świadomością przecież, że nie mam dzieci. Rozmawiałyśmy więc na temat diety [a ile powinna przytyć, a czy może pić kawę lub chociaż czarną herbatę, a czy jak wypiła ostatnio cały słoik zalewy po kiszonych ogórkach, to czy jej to nie zaszkodzi...], imienia dla dziecka, w którym szpitalu w mieście najlepiej urodzić [a żebym ja to wiedziała :)], a kogo by chciała mieć przy porodzie, a czy lepiej cesarka czy poród naturalny... Nie bójcie się, nie zgrywam eksperta wtedy, kiedy nie mam pojęcia, co jej odpowiedzieć. Odbieram to raczej tak, że Sylwia potrzebuje się wygadać komuś życzliwemu, do kogo ma zaufanie i kto potraktuje ją poważnie. Myślę, że im więcej rozmów, tym będzie spokojniej podchodziła do tej sytuacji. Wyobrażam sobie, że się musi bardzo bać - w końcu ma dopiero 17 lat i zupełnie inaczej planowała swoją najbliższą przyszłość.
Dziś na lekcję przyniosła mi do obejrzenia zdjęcia z pierwszego badania USG. Wiecie no, zdjęcia jak zdjęcia, prawie nic nie widać - ledwo można rozeznać, gdzie jest głowa - ale sama Sylwia była bardzo zadowolona. Hipek śmieje się, że jak tak dalej pójdzie, to jeszcze mnie na chrzestną poprosi :) Dobrze, że w szkole nie jest tajemnicą, że jestem ateistką. Poza tym wreszcie udało mi się Sylwię wykopać do okulisty [bo powtarzam jej co najmniej od początku drugiej klasy gimnazjum, że skoro dobrze widzi w MOICH okularach, to znaczy, że ma sporą wadę wzroku...] - więc teraz wystąpiłam w roli eksperta w temacie, jakie szkła zamówić i którego optyka bym jej poleciła.
W kwestii nastoletnich ciąż, to mam coś jeszcze w ramach kontrastu. Do pierwszej zawodówki, z którą mam język polski, chodzi Monika, która też jest w ciąży. Nie wiem, który to miesiąc, ale na moje oko piąty albo szósty, bo brzuch jest już pokaźnych rozmiarów. Wychodzę dziś ze szkoły i idę na parking z boku budynku, gdzie w samochodzie czekał na mnie Hipek - i widzę rzeczoną Monikę jarającą spokojnie papierosa za winklem razem z wianuszkiem koleżanek. Podeszłam do niej i mówię, że w ten sposób naraża dziecko jeśli nawet nie na trwałe uszkodzenia, to przynajmniej na astmę, skłonności do rozmaitych alergii i generalnie obniżoną odporność. Wiecie, jaka była reakcja przyszłej matki?
Otóż wzruszyła spokojnie ramionami i odparła:
- A wali mi to...
Tjaaa... Dziecko się jeszcze nie zdążyło urodzić, a jej już wali to, czy będzie zdrowe, czy chore. To ciekawa jestem, co będzie potem? Pewnie też jej będzie waliło, czy płacze, bo jest głodne albo leży w zasikanej pieluszce? Albo że ma gorączkę i wypadałoby z nim pójść do pediatry?
Najprawdopodobniej będzie jej zwisało co się stanie z dzieckiem, i lepiej moze dla tego malucha zeby oddala je w szpitalu. Bo jak ma kolejne wyladowac w smietniku albo wyslizgnac sie z kocyka to będzie dramat. Kiedys stawaly mi na drodze tego typu dziewczyny i bardzo sie przejmowalam tym, ze sie nie szanuja puszczaja z kim chca najczesciej codziennie z innym, wpadaja, jaraja i pija w ciazy i maja ogolnie wyj*ane na to czy maluch urodzi sie zdrowy czy chory. Takim powinno sie na sile podwiazywac co nieco, bo one sie nigdy nie zmienia. Sama na wlasnej skorze sie przekonalam, ze nie warto pomagac takim ludziom. Bo z reguly uznaja zasade, urwania calej reki jak ktos im poda palec. I są bardzo rszczeniowe co do swoich wymagań. Ale dobrze, ze Sylwia sie przejela dzieciatkiem, dobrze ze ma w Tobie oparcie. Przynajmniej ona jedna wyjdzie z tego obronną ręka wierzę w to.
OdpowiedzUsuńNajgorsze jest to, że nawet jeśli to dziecko odda - w co wątpię, bo pewnie je zatrzyma, żeby ciągnąć socjal - to ono już ma przerąbane na starcie, bo urodzi się z większymi lub mniejszymi wadami rozwojowymi.
OdpowiedzUsuńCo do Sylwii, to myślę, że źle nie będzie, o ile jej coś po drodze nie odbije, albo z ojcem dziecka nie wynikną jakieś komplikacje [co już bardziej prawdopodobne].
Ach, marzy mi się adopcja ze wskazaniem. Ile to by problemów załatwiło, ile dzieci uratowało!
OdpowiedzUsuńTylko też, prawda, jeśli nastoletnią mamusię wali, to pewnie i adopcji nie wzięłaby pod uwagę. No i myślę, że wali ją to dlatego, że tak samo kiedyś waliło to jej matkę, I tak oto nieszczęście przenosi się prawie że genetycznie :(
I jak tu pomóc? Jak zmienić?
Jej wali - a ja, jak coś takiego widzę, to mam ochotę jej walnąć...
UsuńNo ja wiem. Tylko patrząc na to szerzej, myślę sobie, czy ona może inaczej, jeśli prawdopodobnie nie zna żadnego "inaczej"? Czy da się coś zrobić, żeby to "inaczej" jeszcze jej dać i pokazać, czy w tym momencie jest za późno?
UsuńJa wierzę, że zawsze jest czas na zmianę, tylko tej zmiany trzeba chcieć. A jak można chcieć czegoś, o czego istnieniu nie ma się pojęcia.
Dlatego chyba tak ważne jest, żeby dawać świadectwo, jak to się ładnie mówi, dawać przykład, że można inaczej, i że to inaczej znaczy lepiej. Tylko jak się widzi takie dziewczę, to można zwątpić :(
Po trzech latach pracy w Zoo to już jednak jestem na etapie zwątpienia, przynajmniej jeśli chodzi o niektóre przypadki. I też nie do końca się zgadzam z tym, że ona nie zna żadnego "inaczej". Choćby nie wiem, jak bardzo przerąbaną miała sytuację domową, to nie żyje na księżycu, a w tym momencie jest już na tyle dorosła, by szukać dla siebie pomocy - choćby u nas, w szkole. A fakt, że pali w ciąży? Nie wierzę, by nie wiedziała o konsekwencjach, ale jej to po prostu WALI. To jest jej decyzja, że skazuje to dziecko na wady rozwojowe, z których ono nigdy nie wyjdzie.
UsuńWidzisz, jak Sylwię nastraszyłam, czym grozi palenie w ciąży, to się przejęła i ogranicza [przyznała mi się, że zdarza jej się wypalić 1-2 dziennie, ale to zdecydowany postęp, po wcześniej jarała paczkę...]. Panna ma 17 lat, wyrok więzienia w zawieszeniu, ale jej jakoś nie wali...