Pamiętacie post o omawianiu "Otella" w Muppeciarni? Po nim - zgodnie z zapowiedzią - wzięliśmy na tapetę najpierw "Władcę much", a potem "Rok 1984". I o ile w pierwszym przypadku wybór okazał się strzałem w dziesiątkę, to przy drugiej lekturze pojawiły się nieprzewidziane komplikacje. No cóż, uroki pracy w Zoo.
Zakładałam, że nawet jeśli jedynym pozytywnym efektem omówienia "Władcy much" będzie fakt, że dzieciaki przestaną ten tytuł kojarzyć wyłącznie z idiotyczną kreskówką, Czesiem i Mondziołami, to i tak osiągnę sukces edukacyjny :) Okazało się jednak, że ukazana historia rzeczywiście ich ruszyła, a najbardziej oczywiście finał. Od momentu śmierci Prosiaczka zrobiło się cichuteńko, a małpiątka wpatrywały się w ekran wybałuszonymi oczami i z lekko rozdziawionymi pyszczkami. O tym, że cały film obejrzały ze wzmożoną uwagą świadczy też fakt, że kiedy przyszło do quizu z treści, to naprawdę wszyscy sporo pamiętali. Każdy zaprezentowany film kończę czymś w rodzaju konkursu, który umożliwia przypomnienie całości [bo przecież oglądamy w kawałkach, na kilku lekcjach, a co za tym idzie - na każdych zajęciach obecny jest trochę inny skład]. Przygotowuję serię szczegółowych pytań, które sobie kolejno losują, wypisuję ich imiona na tablicy i za poprawną odpowiedź stawiam kreseczkę. Pierwsze miejsce piątka, drugie czwórka, za trzecie trójka lub dwa plusy, do wyboru. Po plusie też na zachętę dostają wszyscy uczestnicy w ogóle [no, chyba że ktoś nie odpowie poprawnie na żadne pytanie i ma czyste konto]. No i tym razem musiałam postawić trzy oceny bardzo dobre i cztery czwórki, bo wszyscy wszystko wiedzieli. Dla przykładu:
- Jakie uprawnienia dawała koncha?
- Czym skończyło się pierwsze rozpalenie ogniska?
- Po co Simon poszedł do jaskini?
- Kim był tytułowy "Władca much"?
- Jaki szczegół w wyglądzie odróżniał bandę Jacka od reszty chłopców?
- Dlaczego koledzy Jacka nie dopilnowali ogniska?
Jak widać, za każdym razem punktowana jest konkretna odpowiedź [czyli żadne tak/nie, prawda/fałsz]. Wiesz, albo nie wiesz. Tym razem wiedzieli :) A na kolejnych lekcjach poświęconych omawianiu lektury bardzo fajnie pogadaliśmy sobie o systemach politycznych, o dyktaturze, o zaletach i wadach demokracji. Taki nam się WOS zrobił zamiast lekcji języka polskiego, ale to przecież nie ma znaczenia. Może przynajmniej efekt będzie taki, że przy następnych wyborach pójdą głosować, zamiast zostać w domach i mówić, że to bez sensu. Choć fakt faktem - przy obecnej jakości sceny politycznej to naprawdę nie ma kogo wybierać, ale to już inna sprawa...
Co do "Roku 1984" - no cóż, w ogólnym ujęciu za mroczny, dołujący i jednak zbyt abstrakcyjny jak na mało wyrobione mózgi moich podopiecznych. Żeby ogarnąć reguły jakiegoś nieistniejącego świata trzeba jednak pewnej dozy wyobraźni i uruchomienia procesów myślowych, a z tym u małpek krucho. Najpierw usiłowali się skupić, a ponieważ wysiłek z tym związany nie przyniósł efektu, to zaczęli się nudzić, dopytywać "A długo jeszcze?", a przy końcu [tak tak, wtedy, kiedy Winstona zabierają do osławionego pokoju 101!] to już zajmowali się tylko graniem w gierki na telefonach komórkowych. Quiz po wszystkim im co prawda zrobiłam, ale wyniki były na tyle kiepskie, że nie ma się czym chwalić. Orwell to jednak za wysokie progi na małpiątek nogi.
A owo nieprzewidziane zdarzenie, o którym wspomniałam na początku? Otóż rzecz dotyczy Lecha, tego, który na wszelkie niepowodzenia reaguje na poziomie pięcioletniego dziecka. "Władca much" mu się bardzo podobał, ale tak się złożyło, że na pierwszej lekcji z "Roku 1984" nie był - dostałam usprawiedliwienie od matki, że miał problemy żołądkowe. Streściliśmy mu więc, o co w obejrzanym fragmencie chodziło, no i Lechu z resztą towarzystwa ogląda. Po jakichś 15, góra 20 minutach chłopak bez żadnego ostrzeżenia wstał, wziął plecak, przemaszerował w szybkim tempie przez klasę i wyszedł tak trzaskając drzwiami, że mało nie wypadły z zawiasów [co zresztą należy do stałego repertuaru zachowań tego ucznia]. Zdębieliśmy - i ja, i reszta towarzystwa. Nie mieli pojęcia, co go ugryzło - Daniel, który siedział koło Lecha, stwierdził, że ten nic do niego nie mówił, tylko po prostu nagle wstał... Jako nauczyciel byłam w tym momencie w głupiej sytuacji: nie wiem, co się dzieje, a przecież nie mogę zostawić reszty uczniów samych i pójść szukać zgubionej owieczki. Mając w pamięci, że chłopak poprzedniego dnia był nieobecny z powodu sensacji żołądkowych, kazałam Danielowi zadzwonić do Lecha i ustalić, co z nim - jednym słowem, czy jest w łazience i rzyga, czy to jeden z jego fochów. A ponieważ chłopak stwierdził, że "po prostu musiał wyjść i już", to przestałam drążyć temat i dokończyliśmy oglądanie filmu. Bo co innego było do zrobienia?
Nie zamierzałam wracać do tej sprawy, a już na pewno nie na forum klasy. Jestem w końcu wychowawczynią Lecha od trzech lat, niejeden już numer w jego wykonaniu widziałam i wiem też, że stawianie sprawy na ostrzu noża w przypadku tego ucznia nie przyniesie niczego dobrego. Rzecz się jednak sama wyjaśniła. Lechu pojawił się następnego dnia na polskim, a ja jak gdyby nigdy nic po sprawdzeniu listy chciałam przejść do quizu, jako że skończyliśmy poprzednio oglądanie filmu. Chłopak na to bardzo spokojnym, ale stanowczym tonem oświadczył, że w takim razie on wychodzi i jeśli będzie miał nieobecność, no to trudno. Spytałam naturalnie, czemu chce wyjść i w odpowiedzi usłyszałam, że to przez "Rok 1984". Otóż "coś mu się skojarzyło" na tyle intensywnie, że wczoraj nie mógł na to patrzeć, a dziś nawet nie ma zamiaru o tym słuchać. Przysięgam, że nie mam pojęcia, co go poruszyło aż do tego stopnia, a oczywiście nie dopytywałam, bo lekcja polskiego to nie psychoterapia, więc drążeniem mogłabym w tym momencie zrobić więcej szkody, niż pożytku - nawet, gdyby Lechu chciał cokolwiek powiedzieć, w co szczerze wątpię. Ale skoro temat został wywołany, to pozostało mi z jednej strony lekko objechać chłopaka za wybiegnięcie z klasy [na zasadzie: "To trzeba było powiedzieć, że wychodzisz z powodu filmu, a nie trzaskać drzwiami bez słowa - martwiliśmy się, że gdzieś puszczasz pawia za winklem..."] - a z drugiej pochwaliłam, że teraz nie kręci, tylko mówi wprost i przynajmniej wiadomo, o co chodzi. Spytałam, czy nie miałby ochoty w takim razie pogadać o tych emocjach z Pedagożycą, na co chętnie przystał. Skończyło się więc na tym, że Lechu poszedł do niej na herbatkę [co nie jest u nas niczym niecodziennym - jeśli nie jest zajęta, to uczniowie często zaglądają do niej, żeby się "odgadać"], a reszcie zrobiłam quiz ze znajomości filmu. Który - jak już wspominałam - wyszedł beznadziejnie.
Do końca roku zdążę im zaprezentować jeszcze jedną ekranizację, ale szczerze mówiąc po doświadczeniach z "Rokiem 1984" trochę jestem w kropce. Chciałam im puścić "Lot nad kukułczym gniazdem", ale teraz sobie myślę, czy to nie będzie znów za mocne? Może już wystarczy tego dołowania, bo znowu którejś małpce odbije?
Może Wy macie jakieś pomysły? Coś wartościowego, ale nie dołującego? No i będącego ekranizacją klasyki - albo chociaż filmem na tyle ważnym, by go można było puszczać uczniom w szkole?
Myślę, że Orwella dzisiejszej młodzieży jest trudno zrozumieć, bo nie rozumieją idei dla której powstał Rok 1984 i o co w tym wszystkim chodziło. Podejrzewam, że podobnie by było jeśli chodzi o Folwark Zwierzęcy. Po prostu, ciężko im jest zrozumieć ideologię czasów w których umówmy się nie przyszło im żyć.
OdpowiedzUsuńJa im Orwella próbowałam sprzedać pod innym kątem - permanentnej inwigilacji, szpiegowania obywateli, wszechobecnego nadzoru i kamer. To akurat mają na co dzień. Myślę, że z bardziej wyrobioną młodzieżą by przeszło, ale jednak nie w Zoo.
UsuńZ Zoo jest ciężko.
OdpowiedzUsuńPodpytałam męża, na początku wymyślił filmy dokumentale, które niedawno oglądał. Po pierwsze tytułów nie pamiętał, a po drugie, to nie filmy fabularne :-). Aż w końcu wpadł na to: "Bazyl. Człowiek z kulą w głowie". Byliśmy kiedyś na tym w kinie. Film całkiem dobry, Co prawda to nie ekranizacja, ale... :-) Ewentualnie "Sala samobójców (to już mój pomysł). Może trochę za mocne? I niestety też nie ekranizacja. Ciężko u nas z pamięcią do dobrych filmów. Muszę je zacząć zapisywać w osobnym kajeciku :-)))
"Sala samobójców" jest świetna, tylko w Zoo byłby z nią problem ze względu na wątek homoseksualności Dominika. Małpki są w ogromnej większości bardzo homofobiczne. Zaczęły by się emocjonować tym, że główny bohater to "pier*** ciota" i żaden przekaz filmu by do nich nie trafił.
UsuńA może "Dwunastu gniewnych ludzi"?
OdpowiedzUsuńA wiesz, że to dobry pomysł? Mam na komputerze tę starszą wersję. Tylko to cholera trzeba by oglądać jako całość, a nie w kawałkach, bo jak tu streszczać, "co było w poprzednim odcinku"? Ale film rzeczywiście dobry - a Małpki są cięte na wymiar sprawiedliwości :)
UsuńDomyślam się, że są ;)
UsuńA film znakomity i daje do myślenia.
Cześć. Strasznie trudne zadanie coś wybrać. Może zainteresuje Cię co napisali tu: http://www.projekcje.edu.pl/projekt/film-w-edukacji.html?id=90 Ciężko mi samemu cokolwiek wymyślić. Przyszedł mi na myśl tylko "Cast away", jako współczesna wersja Robinsona Cruzoe (który chyba jest w kanonie) - jest pozytywny i w miarę wciągający.
OdpowiedzUsuńPozdrawiam, Alpha Centauri