Prawa autorskie

Wszystkie teksty publikowane na tym blogu są mojego autorstwa. Jeśli jest inaczej, wtedy zaznaczam, że jest to cytat. Kopiowanie i rozpowszechnianie treści tej witryny bez mojej zgody jest niezgodne z prawem.

[Dz.U. z 1994 r. nr24, poz. 83]

niedziela, 9 czerwca 2013

Czerwcowe wyciąganie za uszy

    Lubię Zoo pod koniec roku szkolnego. Oczywiście - jest sporo biurokracji i wypełniania nikomu niepotrzebnych papierów, tak samo, jak w każdej innej szkole. Jeśli jesteś wychowawcą, to musisz w określonym terminie wypieścić dziennik przed kontrolą dyrektorską, uzupełnić arkusze ocen, wydrukować świadectwa [tak tak, już nawet u nas się je drukuje - cywilizacja pełną gębą :)]. Tylko że u nas mimo wszystko nie odbywa się to w aż tak wariackim tempie, a przynajmniej ja nie odczuwam takiej presji. Się zrobi. Się wypełni. Się sprawdzi. Luzik :)
    Zgodzę się jednak, że jedną z przyczyn takiego stanu rzeczy jest niewielka ilość uczniów [a więc może we wszystkich małych szkołach pod koniec roku jest względny spokój?]. Kiedy pracowałam w liceum, to miałam w swojej klasie zapisanych 35 sztuk, z czego chodzili wszyscy [mniej lub bardziej regularnie, ale jednak]. Dla wychowawcy oznacza to dopilnowanie, aby całej trzydziestcepiątce na czas wszyscy nauczyciele wystawili oceny ołówkiem [żeby w terminie poinformować rodziców], a potem bieganie za ich ocenami końcowymi, żeby jak najwcześniej zabrać się za wklepanie do komputera danych potrzebnych do wydrukowania 35 świadectw. Potem jeszcze "tylko" wypełnienie 35 arkuszy ocen i uzupełnienie dziennika - wszystkie rubryczki dotyczące danych osobowych, ocen i frekwencji trzeba sprawdzić razy 35.
    W Zoo - no cóż... W Muppeciarni jest 15 delikwentów, z czego dwóch to "martwe dusze", które nie pokazały się ani razu od września. Rachunek jest prosty - ponad połowa mniej roboty papierkowej.
    Pomijając ten aspekt, to pod koniec roku u nas najczęściej jest po prostu zabawnie, a przynajmniej mnie bardzo śmieszy nagłe uaktywnianie się małpek, które przez cały rok sobie bimbały, a teraz zaczynają biadolić i przychodzić na każde zajęcia w nadziei, że jednak się je puści. Ja z reguły jestem nieubłagana, choć oczywiście do uczniów podchodzę indywidualnie, więc zdarza mi się przymknąć oko na zbyt dużą ilość nieobecności delikwentowi, bo zaszły jakieś "wyjątkowe okoliczności". W dobie niżu demograficznego, likwidowania szkół i zwalniania nauczycieli każdy uczeń jest na wagę złota, więc w tradycyjnych placówkach panuje polityka, by nikogo nie sadzać z jedynką - bo jeszcze się obrazi i zabierze papiery. W naszym gimnazjum takiego ryzyka nie ma, bo sam fakt, że dziecię jest u nas, świadczy o tym, że żadna inna szkoła już go nie przyjmie. Czy zatem będzie w drugiej klasie, czy po raz kolejny w pierwszej [bo nie zdał] - to i tak zostanie u nas, dopóki nie zrobi się naprawdę za stary.
    Trochę inaczej w tym roku ma się niestety sprawa z zawodówką, którą musimy już prowadzić na ogólnych zasadach. Jeśli zatem w wyniku klasyfikacji liczba uczniów spadnie poniżej określonego pułapu, to nam Urząd Miasta klasę rozwiąże - młodzież pójdzie na zieloną trawkę [bo kto inny ich przyjmie?], a nauczyciele stracą godziny... Dodatkowo niedobory nie mają się jak wyrównać "spadochroniarzami" [czyli - pierwszą klasę zasilą "spady" z drugiej, a drugiej z trzeciej] - bo w tym roku weszła akurat nowa podstawa programowa do zawodówek, w wyniku czego program i siatka godzin klasy pierwszej i drugiej za bardzo się od siebie różnią. Nie mamy więc wyjścia, tylko musimy puścić taką grupę uczniów, by wystarczyło na klasę. A uwierzcie mi - trafiła nam się taka słaba pierwsza zawodówka, że jest to prawdziwy problem. Na 29 osób wymogi klasyfikacji - biorąc pod uwagę wszystkie przedmioty - spełniają może 3-4 osoby. Część chodzi do szkoły od czasu do czasu i ta grupa ma jeszcze jakieś oceny, ale zdecydowana większość pojawia się od święta. Jakim cudem wobec tego mają mieć minimum trzy pozytywne oceny, bo tyle według przepisów muszą mieć, aby można ich było sklasyfikować? Do tego dochodzą i przypadki takich małpek, które tak czy siak na wszystko leją. Pamiętacie Darka, czyli Oliwiera Twista? Chodzi do tej nieszczęsnej zawodówki i co z tego nawet, że pojawia się dość regularnie [bo go w Domu Dziecka pilnują]. Nie dość, że facet jest siłą rzeczy przygłupi, to wszystkie wymagania mu kompletnie zwisają i powiewają. Jakim cudem mam postawić pozytywną ocenę delikwentowi, który na zajęciach ostentacyjnie leży na ławce i śpi albo gra sobie w coś na komórce, do odpowiedzi mu się nawet nie chce wstać, a na sprawdzianach oddaje puste kartki? No jak? A jednak będę musiała - i to jest dopiero patologia...

    W gimnazjum też bywają ciekawe przypadki. Najwięcej enkaeli wlepię w osławionej 2B - tej, do której uczęszcza Rambo. Polski mają na ostatnich godzinach, więc go olewali przez okrągły rok, a teraz się okazuje, że ogromna większość ma problemy, by dobić do tego nieszczęsnego progu połowy obecności. Tu już ze względów formalnych "litować" się nie muszę - klasy nie rozwiążą, spady będą, uczeń i tak zostaje u nas - więc puszczę tych, którzy na to zasługują. Chyba że... No właśnie. Jest taki chłopak - nazwijmy go Biedroń, bo nosi nazwisko jednego z "medialnych" polityków Ruchu Palikota [na szczęście nie jest z tego powodu przedmiotem żartów, bo małpki za mało orientują się w bieżących sprawach Polski, by to skojarzyć]. Otóż Biedroń generalnie jest słabiutki, czyli ledwo pisze, sylabizuje i nie potrafi zapamiętać niczego dłużej, niż na kilka godzin. W dodatku jego rodzina jest w bardzo złej sytuacji finansowej - oboje rodzice chorzy, nie pracują, tylko ciągną socjal, a dzieciaków w domu tyle, że nie sposób się doliczyć. Sam chłopiec opuścił w ciągu roku tyle lekcji, że spokojnie mogłabym go nieklasyfikować, ale ponieważ jeżeli już się pojawiał, to był cichy i spokojny, więc pod koniec maja zawarłam z nim umowę, że jeśli będzie do końca przychodził na każdy polski, to go puszczę z tym dopalaczem. Wszystko pięknie - ale czego dowiaduję się kilka dni później od jego wychowawczyni? Otóż w międzyczasie ojciec Biedronia stracił prawo do renty, rodzina generalnie jest po uszy w długach, odcięli im prąd i gaz, a jeśli nie wydarzy się jakiś cud, to w wakacje czeka ich eksmisja. Z tego w praktyce wynika jedno - chłopak nie będzie w czerwcu chodził do szkoły, bo najzwyczajniej w świecie nie ma za co dojechać.
    No i przecież go puszczę, mimo naszej umowy...
    A jest w tej samej klasie inny delikwent, Mariuszek. Jego frekwencja na polskim w skali roku wynosi ok. 35% - w dodatku kiedy już się pojawiał, to pyskował do mnie, wykłócał się i robił wszystko, byle się nie narobić. Teraz łazi za mną i jęczy, żebym mu nie stawiała enkaela, tylko jedynkę, bo wtedy będzie mógł zdawać poprawkę w sierpniu. Tjaaa... Posłałam go rzecz jasna na drzewo. Na jedynkę też trzeba sobie zasłużyć :)
    Inny przypadek - Przemek. Trafił do Zoo w marcu - z poprzedniego gimnazjum wyleciał za kiepskie oceny i za złe zachowanie. W porównaniu do statystycznej małpki jest dość inteligentny, za to bardzo pyskaty i cwaniaczący. Jeśli ma dobry humor i polecenia nauczyciela mu odpowiadają, to pracuje przykładnie i sumiennie - w przeciwnym razie zaczynają się schody. Przemek zaczyna dyskutować, przedstawiać swoje racje, przy czym najpierw stara się to robić kulturalnie, ale przy pierwszym oporze ze strony nauczyciela puszczają chłopakowi nerwy. Dla przykładu - ja swojego czasu dowiedziałam się, że jestem chora psychicznie, a potem postraszył mnie rozmową z wychowawcą i pedagogiem, bo bezczelnie upierałam się, że nie wolno mu palić na lekcji e-papierosa... No ale do rzeczy. Przemek frekwencję na polskim ma nieco poniżej 50%, czyli mam prawo postawić mu enkaela, ale postanowiłam tego nie robić, bo - jako się rzekło - chłopak mimo wszystko nie jest głupi. Z ocen wypada mu dostateczny, w poprzedniej szkole miał jednak jedynkę na półrocze, więc teraz chciałam mu postawić dopalacza, czym Przemek był  bardzo rozczarowany. Zbierałam zeszyty do sprawdzenia - przyniósł mi kajecik z dosłownie czterema tematami mówiąc, że ukradli mu plecak i musiał założyć nowy zeszyt. Owszem, wszystko było wykaligrafowane pięknie i starannie, ale co z tego? Powinien mieć zeszyt od marca i guzik mnie obchodzi, co się stało z poprzednim. Bądźmy poważni, to nie przedszkole - są braki, to pożyczam od kolegi i uzupełniam, proste, a nie oddaję cztery tematy i czekam na oklaski. Postawiłam więc Przemkowi dwa z minusem z odpowiednią adnotacją, że zeszyt - choć bardzo staranny - jest jednak nieuzupełniony. Chłopak zamiast przyjąć to na klatę, to zaczął się ze mną wykłócać: że jakim prawem, przecież to nie jego wina, że nie ma starego zeszytu [a co, może moja...?], że nie ma czasu na przepisywanie, a zresztą nie miał od kogo pożyczyć [co nie jest prawdą]. Przy czym swoim zwyczajem wpadł w słowotok i po prostu nie dał mi dojść do słowa, nie miałam więc nawet jak wyjaśnić mu, skąd taka ocena - przecież nie będę się z gówniarzem przekrzykiwać. Spokojnie więc dałam mu się wygadać, po czym słodko oświadczyłam, że miarka się przebrała i wobec jego postawy nie mam zamiaru iść mu na rękę. Zgodnie ze statutem szkoły nie muszę go w ogóle klasyfikować, bo brakuje mu obecności do pułapu 50% - i mam zamiar z tego prawa skorzystać. Mógł mieć dopalacza, będzie miał enkaela. Żałujcie, że nie widzieliście jego miny... No cóż, Przemek właśnie otrzymał lekcję pod tytułem: "Nie podskakuj do kogoś, kto ma na ciebie haka i w sposób legalny [co z całą stanowczością podkreślam] może cię załatwić".

10 komentarzy:

  1. Ciekawie się Ciebie czyta...
    Człowiek nawet nie ma pojęcia ,że taki świat istnieje...

    OdpowiedzUsuń
  2. Oj niektórzy, to się pokory musza niestety uczyć od podstaw. Nie lubie orszczeniowych ludzi, takich jak Przemek. W doroslym zyciu pojdzie i bedzie uwazal, ze za nic nie robienie będzie mu sie wszystko nalezalo. Strach sie bac.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W Zoo niestety co drugi uczeń jest roszczeniowy [zresztą, nie tylko w Zoo - mam wrażenie, że to cecha pokoleniowa]. Są nauczeni, że "im się należy", bo rodzice mają dokładnie taką samą postawę wobec państwa.

      Usuń
  3. pamiętam to z czasów kiedy też uczyłam w normalnej szkole (nigdy więcej...)
    'moja' szkoła była na drugim biegunie, bo mimo że państwowa, to uważana za elitarną. na koniec roku miałam pochód mamuś i wychowawczyń, które próbowały mnie przekonać dlaczego ich pociechy zasługują na sześć :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przerąbane. Szczerze współczuję. To ja już wolę moje Zoo - tu przynajmniej nikt nie ma wygórowanych ambicji...

      Usuń
  4. Dragonello, zupełnie nie w temacie postu, spieszę donieść, żeś mię się śniła, choć nie mam pojęcia, jak wyglądasz ;) We śnie piłaś kawę z moją koleżanką z pracy, a ja byłam na tę koleżankę zła, że to ona z Tobą pije kawę, a nie ja.Ja nie mogłam, bo zatrzasnęłam się w jakimś hotelowym apartamencie, ale widziałam Was przez szybkę.

    :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dobre :) Ma ktoś pomysł, co to może znaczyć? Havranek pisze ostatnio pracę o staropolskich sennikach, może go zapytam, co to znaczy "Smoka przy kawie z przyjaciółką widzieć" :)

      Usuń
    2. Ja znam tylko to jedno: "Fusy od kawy w sposób niepohamowany w dużych ilościach spożywać - dostaniesz rozstroju żołądka." ;)

      Usuń
    3. Muszę powiedzieć Hipkowi - on pije tylko fusiastą :)

      Usuń